Recenzja horroru

Curse of the Crying Woman, The
Tytuł oryginalny:
La Maldición de la Llorona
Reżyseria:
Rafael Baledón
Scenariusz:
Rafael Baledón, Fernando Galiana
Obsada:
Rosa Arenas, Abel Salazar, Rita Macedo, Carlos López Moctezuma
Kraj:
Meksyk
Rok produkcji:
1961
Czas trwania:
81 minut






…"dokładnie dziś o północy… dzwon na wieży… zadzwoni po raz pierwszy od jej śmierci. Podczas tych dwunastu uderzeń… usuniesz włócznię z jej ciała! W tym momencie… ostatecznie powstanie z martwych… a ja ostatecznie posiądę wszechpotężną moc. A ty… Ty nie możesz uciec swojemu przeznaczeniu. Bunt jest bezcelowy… Klątwa jest silniejsza od nas!"
Scenariusz do nakręconego na początku lat 60-tych horroru "The Curse of the Crying Woman" w bardzo luźny sposób opiera się na znanej meksykańskiej legendzie. Opowiada ona o kobiecie, która w przypływie szału zabiła swoje dzieci, następnie sama rozstała się ze światem i od tej pory błąka się po Ziemi jako duch w poszukiwaniu swoich pociech. W nocy można usłyszeć jej smutny szloch, a czasem nawet zobaczyć jej budzącą grozę postać. Istnieje wiele różnych wersji tej starej legendy, w której czasem zmienia się motyw morderczyni, czasem sposób popełnienia zbrodni, niekiedy przybiera ona nawet kształt zupełnie nie związany z zaprezentowanym powyżej opisem. Bez względu na to jak jest przestawiana ta historia, zawsze jest ona tragiczna, smutna i przede wszystkim przerażająca. Motyw Płaczącej Kobiety (La Llorona) nie tylko stał się podstawą książkowych opowiadań, ale również znakomitym materiałem do wykorzystania w kinie, o czym świadczy fakt, że legenda doczekała się już kilku ekranizacji i nadal stanowi inspirację dla współczesnych twórców ("Las Lloronas", reż. Lorena Villarreal, 2004). Sama historia okazała się na tyle interesująca, że znalazła również uznanie poza granicami Meksyku, że wystarczy wspomnieć amerykańskie produkcje m.in. "The Wailer" (2006) czy obecnie przygotowywany "The Cry", reż. Bernadine Santistevan. "The Curse of the Crying Woman" nie jest pierwszą próbą przeniesienia na ekran tej historii (wcześniej dokonał tego m.in. René Cardona), jednak to właśnie wizja zaproponowana widzom przez Rafaela Baledóna jest obecnie najbardziej znana i do dziś jest traktowana jako jeden z najważniejszych i najlepszych meksykańskich horrorów.
Dwójka scenarzystów "The Curse of the Crying Woman" nie chciała jednak wiernie odwzorowywać żadnej z wariacji opowieści i postanowiła wykorzystać jedynie sam motyw Płaczącej Kobiety, czyniąc ją centralną postacią filmu, który utrzymany jest w konwencji, modnego wtedy, gotyckiego horroru. Inspiracje reżyser czerpał zdecydowanie z klasyków europejskiego kina, widać i czuć tutaj atmosferę największych dzieł tamtego okresu, przede wszystkim "Black Sunday" Mario Bavy, od którego Baledóna zaczerpnął nie tylko sam styl, ale również i historię odradzającej się wiedźmy, a nawet poszczególne ujęcia. Z tego powodu Selma nie tylko mieszka w stylizowanej na ponure zamczysko, posempnej posiadłości, w której znajdziemy sekretne przejścia, mroczne pomieszczenia z zasłoniętymi lustrami i zalegającymi w kącie pajęczynami. Mury samego domostwa spowijają opary mgły, jedyna droga do celu prowadzi przez ścieżkę wypełnioną po obu stronach przez złowrogo powykrzywiane drzewa, a w początkowej scenie tytułowa Płacząca Kobieta oczekuje na powóz w towarzystwie trzech żądnych krwi dogów niemieckich, co jest oczywistą kopią sceny z dzieła włoskiego mistrza z udziałem Barbarą Steele. Baledóna starał się jak mógł oddać aurę grozy właściwą dla filmu Bavy, i choć z pewnością nie jest w stanie mu w tym dorównać, to udało mu się stworzyć mroczny i nastrojowy film, który można stawiać w jednym rzędzie z innymi produkcjami tego typu. Efekt ten jeszcze bardziej podkreślają bardzo ładne czarno-białe zdjęcia i dobry podkład muzyczny Gustavo Césara Carrióna. Podobnie jak i w filmie Włocha, również i tu twórcy przyłożyli wagę głównie do strony wizualnej i nie zaprzątali sobie zbytnio głowy samą fabułą, która jest w sumie dość mało skomplikowana.
Oprócz wyraźnie zarysowanego, wyłaniającego się na pierwszy plan gotyckiego stylu, widać również jak silne piętno na twórcach odcisnęły amerykańskie filmy z wytwórni Universal: przenikanie przez pajęczynę godne jest samego Beli Lugosi’ego, a finałowa scena to katastroficzny spektakl na miarę zakończenia "Frankensteina", tyle że troszkę bardziej rozwlekła. Fascynacja dokonaniami sąsiadów jest zresztą cechą charakterystyczną większości meksykańskich horrorów tamtego okresu, czemu – swoją drogą – trudno się dziwić. Ale to nie wystarczyło twórcom, którzy postanowili wcisnąć do opowieści o Płaczącej Kobiecie także motywy znane z wielu filmów grozy, którymi obdzielić by można kilka produkcji: oprócz wskrzeszania wiedźmy mamy tutaj m.in. rodzinną klątwę, rytuał voodoo, pakt z Szatanem, wampiryzm, nawiedzony dom, itp. Taka mnogość może się wydawać przesadzona, ale zapewniam, że wszystko tutaj pasuje, a całość ogląda się bardzo dobrze.
Pomimo że The Curse…" pozwala rozkoszować się przede wszystkim niesamowitą atmosferą, twórcy wyszli z założenia, że nie można ograniczyć horroru jedynie do odpowiedniego nastroju i postarali się, żeby widz miał również zapewnioną odpowiednią dawkę przemocy: sługa Selmy zostaje wychłostany przez monstrum z wieży, a oficerowie policji zostają bezlitośnie zagryzieni przez psy. Nie jest to poziom brutalności, który byłby dla współczesnego widza wielkim szokiem, ale muszę szczerze przyznać, że np. scena, w której niewinna dziewczyna zostaje przejechana przez powóz, była dla mnie olbrzymim zaskoczeniem. Trzeba też wspomnieć, że jak na tamte czasy przystało, nie mamy tu żadnej golizny, ale chyba nikt sięgający po dzieła z tamtego okresu nie spodziewa się czegoś innego.
Budżetowe ograniczenia są aż nadto widoczne, ale podejrzewam, że nikomu nie będą przeszkadzały ewidentnie doklejane czarne oczy głównej postaci czy sztuczne nietoperze. Możliwości techniczne też dały znać o sobie, ale twórcy posłużyli się własną wyobraźnią i inwencją, która pozwala obejść wydawałoby się nawet największe przeszkody. Dzięki temu możemy oglądać na ekranie zarówno pomysłowe rozwiązania dotyczące zwierciadeł (aktorzy imitujący odbicie postaci), jak i zestaw wizualnych trików, dzięki którym Selma przenika przez pajęczynę, w lustrze odbija się szpetna twarz widźmy, a tragiczna historia rodziny pokazana zostaje przy użyciu obrazów w negatywie (swoją drogą pochodzących z innych meksykańskich horrorów). I choć pewnie współcześnie, w dobie zaawansowanych komputerowych technologii, nie robi to już takiego wrażenia, to mając na uwadze czas powstania warto docenić efekt tych zabiegów, bo jest naprawdę niesamowity.
Zdaję się sobie sprawę, że raczej nie przekonam do tego klasyka młodszego pokolenia fanów horroru wpatrzonego we współczesne komercyjne kino amerykańskie, jednak poławiacze gatunkowych pereł, lubiący horror w starym, dobrym stylu, w tej chwili powinni zacząć się rozglądać za egzemplarzem DVD wydanym przez Casa Negra. Obok takich dzieł jak "The Black Pit of Dr. M", o którym w dzisiejszej aktualizacji pisze grzEGOrz, czy "The Witch’s Mirror" Chano Urueta, "The Curse of the Crying Woman" zalicza się do prawdziwych rarytasów meksykańskiego kina horroru z tamtego okresu.
…"Pani Ciemności... już prawie czas. Powrócisz z zapomnienia... I ożyjesz po raz kolejny... i przekażesz mi władzę, o którą prosiłam! To twoja misja i musisz ją wypełnić. Twoja klątwa spadła na nią... najmłodszą z mojej dynastii... I to ona przywróci Twoje istnienie... wraz z wybiciem północy. To jest zapisane w Czasie!