Recenzja horroru

Cottage, The
Tytuł oryginalny:
Cottage, The
Reżyseria:
Paul Andrew Williams
Scenariusz:
Paul Andrew Williams
Obsada:
Andy Serkis, Reece Shearsmith, Jennifer Ellison, Dave Legeno
Kraj:
Wielka Brytania
Rok produkcji:
2008
Czas trwania:
92 minuty






Podczas FrightFestu 2007 wyświetlano trailer do "The Cottage". Alan Jones wspominał później, że reżyser i reszta ekipy byli bardzo stremowani i obawiali się reakcji publiczności, która na horrorach zęby zjadła. Mimo tych obaw zajawka filmu przyjęta została entuzjastycznie, a widzowie w trakcie krótkiej sesji pytań do twórców raczej ciepło wypowiadali się o tym, co zobaczyli. I choć nie jestem zaprzysięgłym fanem łączenia komedii i horroru, to uważam, że od czasu do czasu dawka śmiechu skąpanego w posoce nie szkodzi. Trailer mi sie podobał, więc kiedy podczas Jameson International Film Festival wyświetlano "The Cottage", postanowiłem się wybrać. Dość powiedzieć, że po seansie widzowie mogli przyznawać oceny poszczególnym filmom. Do pudła z głosami wrzuciłem kupon z maksymalną oceną.
Dwóch braci porywa córkę właściciela nocnego klubu. Wywożą dziewczynę na położoną na odludziu farmę, gdzie chcą zaczekać na okup. Na miejscu okazuje się, że pannica wcale nie ma zamiaru potulnie czekać aż tatuś ją uwolni. Daje do wiwatu swoim prześladowcom. Szczególnie oberwie się mniejszemu z braci – fajtłapowatemu pantoflarzowi Peterowi. To nie koniec problemów – mafioso dobrze wie, kto stoi za porwaniem i zamiast pieniędzy trzeci wspólnik przywozi torbę wypchaną papierowymi ręcznikami. W ślad za nim podąża dwóch chińskich cyngli gangu. Ale to nie jest największe zmartwienie i niebezpieczeństwo jakie czeka bohaterów. Na położonej niedaleko farmie mieszka ktoś, kto bardzo nie lubi przyjezdnych...
Oczywiście mój głos z maksymalną notą dla nowego filmu Williamsa był sporo na wyrost. Bardziej chodziło mi o nabicie głosu jedynem horrorowi na JIFF. Niemniej jednak bawiłem się naprawdę dobrze. Historia porwania, które poszło nie do końca tak, jak powinno wywołała na sali kinowej gromkie wybuchy śmiechu jak i okrzyki zgrozy, wszystko w odpowiednich momentach. Gdzie miało być śmiesznie, było; gdzie miało być obrzydliwie, brutalnie i krwawo, też było. Skąd więc niepewność i obawy twórców? No cóż, jeśli ktoś debiutuje takim filmem jak "London To Brighton" - przejmującym, realistycznym dramatem, który zbiera wysokie noty u krytyków, to może się niepokoić o reakcję fanów horroru na nowe dzieło, które jest z zupełnie innej bajki niż debiut.
Scenariusz do "The Cottage" powstał jednak na długo przed "London To Brighton", ale pewne wspólne tropy tematyczne można znaleźć. Pierwsza część fabuły to świat znany z debiutu Williamsa, tym razem jednak podlany mocno humorystycznym sosem. Zderzenie pewnego siebie Davida, który stara się kontrolować sytuację mimo kolejnych niepomyślnych wydarzeń i ciamajdowatego Petera to źródło kilkunastu naprawdę zabawnych scen. Także Jennifer Ellison w roli zdzirowatej Tracy i jej konfrontacje z porywaczami wywołują głośny śmiech. W drugiej części obrazu, fabuła skręca w stronę klimatu znanego z "Severance". Widać, że reżyser równie dobrze czuje się w przestępczym półświatku zaludnionym przez alfonsów i wysokopostawionych pedofilów, jak i nad jeziorem Kryształowym, otoczony przez maniaków uzbrojonych w siekierę lub czekan. W "The Cottage" sporo jest mrugnięć do widza, które świadczą, że Williams lubi też kino rozrywkowe.
Takie rozbicie fabularne obrazu na dwie części to oczywiście nic nowego. Do głowy przychodzi choćby "Psychoza" Hitchcocka, czy może bardziej pasujące do klimatu "From Dusk Till Dawn" Rodrigueza. I trzeba przyznać, że mimo tego nagłego zwrotu z gangsterskiej komedii do komediowego slashera, film jest spójny i sprawnie opowiedziany. Nie miałem poczucia, że ogladam dwie niespecjalnie pasujące do siebie nowelki. Druga część "The Cottage" to "Friday The 13th" na wesoło. Choć może bardziej wspomniane już "Severance". Co ciekawe, oba filmy wykorzystują niemal identyczną scenę z pułapką na niedźwiedzie. Reżyser podczas wywiadów mówił, że w scenariuszu owa sekwencja była na długo zanim film Christophera Smitha ujrzał światło dzienne i dlatego zdecydował się ją zostawić. Ale na brak krwii nie można narzekać nawet gdyby tę scenę usunięto. Kiedy zaczyna się rzeź to nie ma zmiłuj – jest brutalnie, krwiście i obrzydliwie. Odcinane stopy, wyrywane kręgosłupy, przepołowiane głowy – na ekranie dzieje się sporo. Co bardziej wrażliwe niewiasty na sali kinowej odwracały wzrok i pokrzykiwały z obrzydzenia.
Warto również wspomnieć, że "The Cottage", choć ma wybitnie komediowy charakter, to nie stroni od poważniejszych tonów. Relacja między braćmi – początkowo wyłącznie mająca wywoływać u widza wybuchy śmiechu, pod koniec filmu nabiera emocjonalnego ciężaru. I to jest duża sztuka - umieć pośród litróch tryskającej posoki i potoku gagów, skonstruować scenę, która potrafi wiarygodnie i wzruszająco wybrzmieć. Na plus wyróżnia się również scenariusz, który zaludniają soczyste i żywe postacie. Na szczęście to film angielski, a nie kolejna amerykańska horror-komedia z wyciętymi z kartonu bohaterami. Najbardziej błyszczy tu oczywiście Andy Serkis, który stara się jak może stawiać czoła pietrzącym się problemom i nie ma najmniejszego zamiaru poddawać się. Ale i Reece Shearsmith oraz Jennifer Ellison stworzyli interesujące kreacje, które zapadają w pamięć.
Współczesny brytyjski horror coraz bardziej powraca na mapę gatunku. W Wielkiej Brytanii zaistniała grupa reżyserów młodego pokolenia, którzy coraz śmielej poczynają sobie w polu filmowej grozy. Paul Andrew Williams nie należy do tej grupy, ale jego film na pewno. Zresztą, biorąc pod uwagę rozrzut stylistyczno-fabularny wyreżyserowanych przez niego filmów, kto wie, czym jeszcze zaskoczy w przyszłości. A "The Cottage" to półtorej godziny godziwej rozrywki. Nawet dla takich malkontentów, którzy nie przedają za komediohorrorem, jak ja. I ostatnie słowo: obejrzyjcie film do samego końca, po napisach końcowych jest jeszcze jedna scena.