Recenzja horroru

Horror Capture of Bigfoot, The

Capture of Bigfoot, The (Porwanie Wielkiej Stopy)

Tytuł oryginalny:

The Capture of Bigfoot

Reżyseria:

Bill Rebane

Scenariusz:

Bill Rebane, Ingrid Neumayer

Obsada:

Stafford Morgan, Richard Kennedy, George „Buck” Flower, Wally Flaherty, Janus Raudkivi

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1979

Czas trwania:

86 min.

Bigfoot, Wielka Stopa lub w języku Indian Sasquatch. Potężne, człekokształtne zwierzę, które według kilkudziesięciu niepotwierdzonych relacji zamieszkuje Góry Skaliste oraz ich sąsiednie regiony USA i Kanady, od dłuższego czasu fascynując filmowców. Jako że istnienie olbrzyma i wszelkie związane z nim doniesienia osnute są tajemnicą, a jak wiemy wszystko co tajemnicze zawiera w sobie pierwiastek grozy, Sasquatch szybko stał się ulubieńcem horrorów i tanich filmów fantastycznych, w których był często krzyżowany z Yeti. Dla reżyserów i producentów nigdy nie miało to szczególnego znaczenia. Ważne, że oba są duże, włochate, a imponujące rozmiary sugerują posiadanie nadzwyczaj silnych szczęk, służących oczywiście do rozszarpywania ludzkiego mięsa. Niestety nie zawsze budżet filmu pozwalał na ich ukazanie. Najlepszym na to przykładem jest niezwykle tandetny obraz, wyprodukowany na licencji Tromy, "The Capture of Bigfoot". Tutaj bestia zowie się Arak, a jej słodką, skłaniającą do współczucia twarz, przywodzącą na myśl charakteryzację "Planety małp", otacza śnieżna sierść, której przez cały seans nie skazi nawet kropla czerwieni.

Bill Rebane, debiutujący w 1965 roku obrazem "Monster A Go-Go", posiadał wyjątkowy dar do tworzenia tej przyjemnej odmiany kiczu, od której na gałkach ocznych widzów nie występowały złośliwe bąble, skutek obcowania z nieokiełznaną głupotą. Niestety utracił go wraz z nadejściem lat 90-tych, kiedy to porzucił filmowe rzemiosło. Lecz nim to nastąpiło obdarował świat takimi tworami jak "Rana: The Legend of Shadow Lake", "The Demons of Ludlow" czy też "The Giant Spider Invasion". W przypadku "Porwania Wielkiej Stopy" obawa o nasze oczy powraca, ale na straży zdrowia szacownego widza staje niezamierzona przez twórców porcja humoru i niezawodny George "Buck" Flower, który tym razem nie w epizodzie, a sympatycznej drugoplanowej roli, oczarowuje nas swym talentem. I piszę te słowa jak najbardziej poważnie, gdyż na pozostałych członków obsady liczyć nie można. Richard Kennedy, znany z "The Witch Who Came from the Sea" zagrał karygodnie, a Wally Flaherty, odtwarzający postać szeryfa Coopera, to kwintesencja głupoty. Wystarczy spojrzeć na jego bezcelowe próby naśladowania Johna Wayne’a by mieć tę pewność. Stan ten utrzymuje się niewzruszenie do końca, a w celu pogłębienia jego beznadziejności, na scenę wkracza zespół The Friends z utworem "Sensuous Tiger". Po uszach obrywa widz, jak i skryty w cieniu gęstego listowia Arak, który pałając żądzą zemsty, pragnie unieść pierwszego napotkanego człowieka pod niebo by rzucić nim w dal, łamiąc w ten sposób kark ofiary. Sztuka ta udaje się dwukrotnie, za co osobiście jestem niezmiernie wdzięczny. Rzut kukłą zawsze mile widziany.

Skupmy się jednak na Araku, skąd ta żądza mordu? Skąd ta nienawiść do ludzkiego gatunku? Otóż w przyjemnie kojarzącej się fanom horroru miejscowości Wolf Creek, dochodzi do podwójnego zabójstwa. Społeczność traperów jest tym wyraźnie zaniepokojona. Zaczynają powstawać najróżniejsze teorie, lecz jak na ironię najbardziej chwytliwą jest ta o Wielkiej Stopie. Plotki zostają zdementowane, Sasquatch ujawnia się, a zachłanny finansista Olesn zleca dwójce zakapiorów dobrze płatną robótkę. Ginie jednak nie ta istota co trzeba, skutkiem czego Bigfoot wpada w szał.

Niestety szał to skromny, niemogący równać się z poczynaniami monstrum z "Night of the Demon" Jamesa C. Wassona. Arak częściej skupia się na udeptywaniu śniegu niźli wyrywaniu ludzkich kończyn. Prawdę powiedziawszy sprawia wrażenie jakby mu to wcale do tej futrzastej głowy nie przyszło. Potrafi za to ryczeć i unosić groźnie łapy do góry, a gdy się postara nie wygląda jak aktor w stroju wypożyczonym na Halloween. Ogólnie rzecz ujmując, scenariusz duetu Rebane-Neumayer nie oferuje za wiele. Tandetne filmidło nakręcone w stanie Wisconsin wyłączy w połowie seansu każdy, kto z obrazami tego typu nigdy wcześniej nie miał przyjemności obcować. Jednakże wytrawni "zajadacze" kina klasy Z mogą mieć nie lada frajdę z tej prostoty, z tej głupoty, z tej brodzącej w śniegu kosmatej istoty.

Ocena: 1+/6

Autor: Lobo