Recenzja horroru

Beckoning, The (Wezwani)
Tytuł oryginalny:
No-Do
Reżyseria:
Elio Quiroga
Scenariusz:
Elio Quiroga
Obsada:
Ana Torrent, Francisco Boira, Héctor Colomé, Rocío Muñoz, Francisco Casares
Kraj:
Hiszpania
Rok produkcji:
2009
Czas trwania:
120
Zły dom, w którym straszy. Duchy materializujące się w oknach. Dziecięcy płacz odbijający się echem w opuszczonych korytarzach. Krwawe napisy samoistnie pojawiające się na ścianach. Nawiedzona staruszka zwiastująca tragedię. Ksiądz ruszający na ratunek, by "wypędzić zło" i nieodłączna tajemnica sprzed lat, czekająca na odkrycie. "Wezwani", hiszpański horror, który możemy właśnie oglądać w naszych kinach, powiela znane już schematy podgatunku filmów o "nawiedzonych domach", jednak czyni to bez klasy, do której przyzwyczaiły nas już horrory z ojczyzny Jessa Franco. "Wezwanym" brakuje i oryginalności filmów Cerdy ("The Abandoned"), i klimatu charakterystycznego dla dzieł Balagueró ("Fragile" czy "Darkness"). Niby wszystko jest na swoim miejscu, gatunkowym konwencjom staje się zadość, a filmowa opowieść ma ręce i nogi, ale całość jest tylko ledwie poprawną realizacją, nic ponadto.
Szkoda, bo były przynajmniej dwa powody, dla których można było z nadzieją oczekiwać na seans "Wezwanych". Pierwszym jest reżyser Elio Quiroga, człowiek od wszystkiego w hiszpańskim kinie: scenarzysta, rysownik, dokumentalista, autor m.in. zrealizowanej przy współpracy z Guillermo del Toro cenionej krótkiej animacji "Home Delivery" opartej na opowiadaniu "Urodzi się w domu" Stefana Króla, oraz fabuły "The Dark Hour", łączącej elementy sci-fi i horroru. Mając pierwszy raz styczność z jego dorobkiem, ciekaw byłem rezultatów, no i niestety od strony warsztatowej właśnie "Wezwani" rozczarowują na całej linii. Drugim powodem był udział w produkcji świetnej aktorki Any Torrent, która w horrorze wystąpiła pierwszy raz od czasu pamiętnej "Tezy" Amenábara (jeśli "Tezę" uznać za film grozy). I trzeba przyznać, że jej występ jest jednym z nielicznych świetlanych elementów całego przedsięwzięcia.
Występuje ona w głównej roli pediatry Francesci, która zmagając się z traumatycznym przeżyciem z przeszłości, postanawia wraz z mężem odnaleźć spokój w domu na prowincji. Wraz z nowo narodzonym dzieckiem i młodą córką wprowadzają się do niegdysiejszego sierocińca dla ubogich dzieci, którym jeszcze pół wieku temu zawiadywał kościół katolicki. Dom z bliżej nie znanych przyczyn zamknięto, a młode małżeństwo jest od tego czasu jego pierwszymi lokatorami. Już wkrótce po przeprowadzce nowi domownicy odkrywają, że nie są jednak sami...
Punkt wyjściowy filmu jest jak widać klasyczny w każdym calu, choć scenariusz (także podpisany przez Quirogę) rezerwuje parę niespodzianek. Duże wrażenie robi przede wszystkim historia, która stoi u źródeł wszystkich paranormalnych manifestacji. Jej szczegóły wyjawiane są za pośrednictwem fragmentów starych kronik filmowych z czasów frankistowskich. Czarno-białe, porysowane kadry znacznie skuteczniej ścinają krew w żyłach niż oglądanie komputerowo generowanych duszków. Ciekawy wątek, choć poprowadzony nazbyt grubą kreską, poświęcono także nadużyciom kościoła katolickiego, który jak wiadomo, jest w stanie poświęcić wiele, by zachować niektóre tajemnice tylko dla siebie. Wątki spiskowe nie są zbyt wyszukane, ale dzięki postaci "wątpiącego" księdza de Azpeitii, uzyskują przynajmniej ludzki wymiar.
Materiał do realizacji udanego horroru był, ale niestety Quiroga zawiódł totalnym brakiem wyczucia. Nie powiodło się parę ryzykownych stylistycznych rozwiązań, takich jak włączenie kadrów z kronik filmowych w formie swoistych przerywników, czy też pseudo-psychodeliczne wizje księdza de Azpeitii. Niestety robią one tylko wrażenie zbędnego efekciarstwa. Nieprzypadkowo zresztą. W "Wezwanych" nie ma bowiem miejsca na stopniowanie atmosfery grozy, czy na posługiwanie się siłą sugestii. Duchy pojawiają się już pierwszej nocy po przybyciu nowych rezydentów i wykorzystują cały arsenał środków, by zwrócić na siebie uwagę. Dudniąca podłoga, donośne odgłosy tupania, dziecięce głosy… "Hello, witamy w nawiedzonym domu"! By ostatecznie pozbawić nas wszelkich złudzeń, podczas trwania filmu reżyser wykorzystuje cały potencjał grafiki komputerowej, by zaznaczyć obecność "obcych lokatorów": cienie odbijające się w oknach, "mgła" rysująca się na szybie, a w końcu wszelkiego rodzaju barwne zjawy rodem z taniej gry komputerowej. W jednej z ostatnich scen filmu reżyser pozwala sobie nawet na efekt à la "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", który "trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć". Ba, żeby tylko duchy, w "Wezwanych" nawet pogoda jest w stu procentach generowana komputerowo! Dodajmy do tego przesadnie chwilami barokową ścieżkę dźwiękową Alfonsa Condego – stałego kompozytora reżysera – z obowiązkowym chórkiem w tle (fragmenty dostępne na stronie internetowej kompozytora) i efekt końcowy gotowy!
Cieszy fakt, że dystrybutorzy starają się zdyskontować sukces "Sierocińca", "Rec" czy "Labiryntu Fauna", wprowadzając do kin także te mniej znane hiszpańskie horrory. "Wezwanym" nie wróżę jednak niestety wielkiego sukcesu. W porównaniu ze swoimi szczytnymi poprzednikami wydaje się tylko mechanicznie ułożoną w całość kompilacją "the best of" nastrojowego horroru. No i właśnie tego jednego zabrakło… klimatu.