Recenzja horroru

Beasts, The
Tytuł oryginalny:
Shan Kou
Reżyseria:
Dennis Yu
Scenariusz:
Eddie Ling Ching Fong, Lee Ten
Obsada:
Chan Sing, Wong Ching, Kent Cheng Jak Si, Patricia Chong Jing Yee
Kraj:
Hong Kong
Rok produkcji:
1980
Czas trwania:
88 minut






W 1972 roku zainspirowany krwawymi wydarzeniami w Wietnamie oraz serią morderstw bandy Charlesa Mansona Wes Craven nakręcił skandalizujący "Last House on the Left" – brutalną opowieść o czwórcę zwyrodniałych kryminalistów, którzy gwałcą, torturują i bestialsko mordują dwie nastoletnie dziewczyny. Rodzice jednej z nich, pałając żądzą zemsty, po kolei eliminują oprawców. "Ostatni dom po lewej" przyczynił się do powstania nurtu rape and revenge, którego sztandarowymi pozycjami są chociażby wstrząsający "I Spit on Your Grave" Meira Zarchi i świetny "Night Train Murders" Aldo Lado. Osiem lat później Dennis Yu ("The Imp") zainspirowany filmem Cravena, a także "Deliverance" Johna Boormana, zrealizował "Flesh and the Bloody Terror" aka "The Beasts" – ponury shocker pod wieloma względami lepszy od swego słynnego pierwowzoru.
Grupa nastolatków udaje się w głąb górskiego lasu na kilkudniowy piknik w namiotach. Wśród rozochoconej młodzieży znajduje się Wah oraz jego siostra Ling. Szybko piątka nastolatków wpada w oko bandzie prymitywnych przestępców zamieszkujących dzikie okolice. Idylla zamienia się w przerażający koszmar, gdy nieśmiała Ling zostaje bestialsko zgwałcona przez czterech zwyrodnialców (piąty z nich, zidiociały grubas, odmawia udziału w brutalnym akcie seksualnym). Szum okolicznego wodospadu zagłusza paniczne krzyki dziewczyny. Wah jako pierwszy odnajduje zmaltretowaną siostrę, po czym rusza tropem zbirów uzbrojony w siekierkę, lecz w walce z nimi nie ma żadnych szans i umiera zepchnięty do dołu z zaostrzonymi bambusowymi kijami. Ling trafia do szpitala, gdzie odwiedza ją zrozpaczony ojciec. Dziewczyna go nie poznaje – wskutek przeżytej traumy zostaje oddelegowana do placówki dla psychicznie chorych. Nie mogąc sobie poradzić z trawiącym go smutkiem rodzic obojga ofiar poprzysięga okrutną zemstę...
Bez cienia wątpliwości "The Beasts" jest jednym z najlepszych oraz najbardziej wciągających filmów rape and revenge, jakie miałem okazję oglądać. Sukces opisywanego horroru tkwi przede wszystkim w znakomitym zarysowaniu postaci. Niefortunni wczasowicze wzbudzają u widza sympatię, podobnie jak działający pod wpływem nieskrępowanego gniewu ojciec, natomiast bandyci są odrażający. Gangowi lideruje nie bojący się niczego przywódca, inny z gwałcicieli nazwany Snake zachowuje się niczym bestia warcząc oraz sycząc, z kolei grubas (znany z "Run and Kill" Kent Cheng) stanowi najsłabsze ogniwo grupy. Atutami "Flesh and the Bloody Terror" są także świetne zdjęcia niemalże idyllicznego krajobrazu, w którym rozgrywają się straszliwie wydarzenia oraz wyśmienite aktorstwo.
Horror Dennisa Yu ocieka brutalnością, jest mroczny i przygnębiający. Ofiarą tytułowych "bestii" pada niezwykle wrażliwa Ling. Scena gwałtu, choć nie trwa nawet minuty, jeży włosy na głowie równie skutecznie jak sekwencje seksualnej agresji w "Last House on the Left" oraz "I Spit on Your Grave". Rewanż, który ma miejsce potem jest nie mniej brutalny. W odróżnieniu od filmu Wesa Cravena nie ma tutaj jednak miejsca na bzdurny humor (no może poza zabawną sceną, gdy obleśny Fu usiłuje poderwać panienki w obskurnej knajpie). Na szczególne wyróżnienie zasługuje bolesny moment, gdy jeden z gwałciceli uderza głową w drewniane pudełko po brzegi wypełnione ponabijanymi gwoźdźmi. Niestety film oferuje także sceny przemocy wobec zwierząt: już na samym początku widzimy wieprza przebijanego włóczniami przez opryszków, potem zabijane są węże. Na szczęście nie ma ich tak wiele, jak w niesławnym "Calamity of Snakes" (1983).
"The Beasts" jest przeznaczony wyłącznie dla fanów ostrego kina eksploatacji. To mroczny, brutalny, brzydki i posępny horror. Wiem, iż istnieje również piracka wersja filmu zatytułowana "Flesh and the Bloody Terror" zawierająca elementy hardcore w trakcie sceny gwałtu (widok wzwiedzonego penisa, penetracja palcem itd.), ale jej nie widziałem i nie mam zielonego pojęcia, kto odpowiada za wspomniane ujęcia. Nie obchodzi mnie to specjalnie, bo i bez nich "The Beasts" ogląda się z zapartym tchem.