Recenzja horroru

Horror Astro-Zombies, The

Astro-Zombies, The

Tytuł oryginalny:

The Astro-Zombies

Reżyseria:

Ted V. Mikels

Scenariusz:

Ted V. Mikels, Wayne Rogers

Obsada:

Wendell Corey, John Carradine, Tom Pace, Tura Satana

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1968

Czas trwania:

91 minut

Horror The Astro-Zombies - zdjęcie 1Horror The Astro-Zombies - zdjęcie 2Horror The Astro-Zombies - zdjęcie 3Horror The Astro-Zombies - zdjęcie 4Horror The Astro-Zombies - zdjęcie 5Horror The Astro-Zombies - zdjęcie 6

Ponoć scena, w której aktor przypala papierosa to klasyczny przykład jak wydłużyć film o kilka sekund. Ted Mikels, jeden ze znanych twórców niskobudżetowych horrorów ("The Corpse Grinders", "Blood Orgy of She-Devils") cieszący się pewnym uznaniem wśród wielbicieli kina klasy B, jest najwyraźniej gorącym wyznawcą takiego podejścia. Dużą część ekranowego czasu w jego debiucie filmowym "The Astro Zombies" wypełniają bowiem wyjątkowo długie i nic nie wnoszące do całości sceny. Reżyser nie ogranicza się przy tym do samego przypalania papierosa (każe go palić aktorom do końca), tylko jest wiele innych, które wydają się trwać i trwać, a ich wpływ na rozwój akcji jest żaden. Najlepszy przykład mamy już na samym początku: młoda kobieta jedzie przez kilkanaście minut samochodem, kamera co jakiś czas pokazuje stare radio, by po chwili znowu skoncentrować się na jeździe i tak w kółko. Jeszcze bardziej irytujący i chyba najcięższy do strawienia moment przychodzi w drugiej połowie filmu, w której Mikels skupia się na pokazaniu działań doktora DeMarco. Przez kilkadziesiąt minut stara się on przeprowadzać różnego rodzaju badania w laboratorium, tłumacząc swojemu asystentowi pseudo-naukowym bełkotem co robi i po co. Takiego sztucznego zapychania rolki filmowej, wprowadzania wątków, które brną w ślepy zaułek lub są całkowicie zbędne jest jednak dużo więcej np. całkowicie oderwana od całości scena tańca w nocnym klubie, która miała na celu chyba jedynie pokazanie samego reżysera, który gra na bongosach. Oczywiście założę się, że Mikels każdą z tych scen wytłumaczyłby jako potrzebną dla rozruszania akcji lub uzasadnioną dla fabuły, bo to człowiek przeświadczony o swojej wizji, ale doprawdy trudno znaleźć uzasadnienie dla takiego marnotrawienia taśmy filmowej. Jedynym i jakże oczywistym powodem może być tylko fakt, że gdyby odchudzić "The Astro Zombies" z tych kilku scen okazałoby się, że nie udałoby się nakręcić filmu pełnometrażowego.

To bardzo chaotyczny obraz, z całkowicie poszarpaną i często niedorzeczną fabułą, za którą trudno od razu podążyć. Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ jest tam kilka wątków, które nabierają sensu, dopiero po jakimś czasie, w miarę oglądania. W każdym razie krótki zarys przedstawia się następująco: Doktor DeMarco (w tej roli legenda kina grozy – John Carradine) pracuje nad stworzeniem idealnej istoty z części ciał zmarłych, jednak eksperyment wymyka się spod kontroli, kiedy wszczepia swojemu obiektowi mózg mordercy. Ponieważ jego prace z jednej strony przyczyniły się do brutalnych mordów, a z drugiej mogą mieć nieocenioną wartość na tropie naukowca znajdują się zarówno agencji CIA, jak i grupka międzynarodowych szpiegów dowodzona przez niejaką Satanę (w tej roli niedawno zmarłą gwiazdę "Faster Pussycat Kill! Kill!" Russ Meyra - Tura Satana). To tyle i tylko z grubsza – fabuła w filmie Mikelsa doprawdy może być problematyczna, ale nie zasługuje na jakieś rozwlekłe analizy. Ważne jest natomiast, że "The Astro Zombies" łączy w sobie dość niezdarnie sci fi oraz horror i wykorzystuje wiele motywów charakterystycznych dla tych gatunków filmowych. Być może kluczem do rozwiązania zagadki jest fakt, że pracując nad scenariuszem do "The Astro Zombie" Mikels miał w głowie zupełnie inny obraz swojego filmu, ponieważ w jego zamyśle było to przede wszystkim opowieść sci-fi. Koncentrowałaby się na przedstawieniu futurystycznej wizji świata, w której najważniejszą rolę odgrywają rozwijająca się nauka pozwalająca na stworzenie niezniszczalnego robota, czy postęp w dziedzinie medycyny umożliwiający przeszczepy organów itp. Dopiero Wayne Rogers, producent filmu i współpracownik Mikelsa, przekonał go, aby zrobić z tego campową zabawę w konwencji horroru. Na ile jest to prawda, na ile jedynie tłumaczenie uzasadniające taki a nie inny ostateczny kształtu filmu, trudno jednoznacznie ocenić, jednak fakt faktem, że "The Astro Zombies" łączy te dwa gatunki filmowe, a efekt tego połączenia jest dość mizerny. Mordercze ataki astro-zombie i inne elementy horroru (chociażby odwołania do "Frankensteina") są nieliczne, sprawiają wrażenie nieco sztucznych i są zdominowanie przez motywy kina sci fi. W sumie to jedynie początek i koniec przypomina nam, że miał to być film, który powinien widza w jakiś sposób przerazić, bo to właśnie wtedy na ekranie pojawiają się tytułowe zombie. A jakaż to może być niespodzianka dla fanów kina przyzwyczajonych do opowieści chociażby George’a A Romero! Nie są to bowiem zwykłe zombie, tylko zombie napędzane energią słoneczną! No i nie są to bezwiednie poruszające się umarlaki w poszukiwaniu świeżego pożywienia, tylko istoty która po przeszczepie mają bezrefleksyjnie wykonywać polecenia, rodzaj super robotów, które wykonają każde zadanie. Dlatego zamiast klasycznej postaci zombie, na ekranie pojawia się odziany w zwyczajny strój człowiek w taniej masce i z maczetą w dłoni. Przez większość filmu mamy do czynienia z jednym takim osobnikiem, który jedynie sporadycznie pojawia się na ekranie, dlatego też ogólny czas, podczas którego możemy podziwiać zombie ogranicza się zaledwie do kilku minut. Silniejszy akcent jest położony chociażby na warstwę, nazwijmy to naukowo-badawczą (wspomniane sceny w laboratorium) niż na jakiekolwiek krwawe ekscesy, do których po "Nocy żywych trupów" (nota bene nakręconej w tym samym roku) widz zdążył się przyzwyczaić. W każdym razie "The Astro Zombies" to nieco wprowadzający w błąd, ale jednocześnie idealny tytuł dla filmu łączącego elementy kina fantastycznego oraz horroru. Oczywiście jeżeli zapomnimy przy okazji, że Mikels częściowo nakręcił też kino sensacyjne, z rozbudowanymi wątkami szpiegowskimi. Co do całej reszty to wystarczy obejrzeć napisy początkowe, na których roboty zabawki toczą coś w rodzaju małej wojenki i od razu wiadomo czego się spodziewać. Tak, te pierwsze ujęcia o zapowiedź filmu, który nie stanowi żadnego dzieła filmowego, za to oferuje widzowi wiele spośród przysmaków kina klasy B (czy jak kto woli nawet jeszcze niższej kategorii): tandetne efekty specjalne, sztuczną juchę, niepoważne dialogi, złe aktorstwo, itd. Wszystkiego w nadmiarze.

Pomimo tego łatwo wyczuć w filmie Mikelsa sporo entuzjazmu i tej charakterystycznej swobody twórczej często przemieszanej z beztroską i przekonaniem, że można nakręcić wszystko to na co ma się ochotę. To nieco niefrasobliwe, ale jakże szczere podejście do kina, w połączeniu z kilkoma zabawnymi (oczywiście w sposób niezamierzony) scenami m.in. z tą, w której zombie musi uciekać przez miasto z latarką przystawioną do czoła oraz, mimo wszystko, zapadającym w pamięć obrazem zombie wymachującego maczetą (utrwalonym przede wszystkim przez okładkę filmu) ratuje produkcję Mikelsa przed zakwalifikowaniem go do kinematograficznego śmietniska. Żeby jednak była jasność: niewiele to zmienia, bo to film kiepski i nudny, a tych którzy lubią czasem obejrzeć jakąś nieporadną drętwotę, specjalnie po to, aby się trochę pośmiać, odsyłam jednak gdzie indziej. Pomimo paru budzących rozradowanie momentów "The Astro Zombies" w moim odczuciu nie należy do filmów z kategorii "tak zły, że aż dobry", który można obejrzeć przy browarze i czipsach.

"The Astro Zombies" być może cieszy się swoistym kultem wśród niektórych fanów gatunku, zapewne jest kilka osób, które darzy je sentymentem, kojarzy ze złotymi czasami kin drive-in, jednak to nie znaczy, że jest to film wart większej uwagi. Mojego stosunku do twórczości Mikelsa, a w szczególności do "The Astro Zombies" nie zmienią jednak ani dyndający na jego szyi kieł odyńca – pamiątka z czasów, kiedy reżyser polował, ani jego ekstrawaganckie pomysły na życie objawiające się w tym, że jako poligamista swego czasu mieszkał z kilkoma swoimi żonami w posiadłości przypominającej zamek. Szanuję go za miłość do kina, nieustępliwość i realizowanie swojego hobby, bo to zawsze zasługuje na pochwałę, ale trudno mi docenić wysiłki jego pracy. Na koniec pozostaje dodać, że po ponad 30 latach Mikels nakręcił dwie dalsze części "The Astro Zombies" jednak przyznaję szczerze, że wcale nie jest mi spieszno do zapoznania się z nimi.

Ocena: 2-/6

Autor: Mort