Recenzja horroru

Horror Terror Train

Terror Train (Terror w pociągu)

Tytuł oryginalny:

Terror Train

Reżyseria:

Roger Spottiswoode

Scenariusz:

Thomas Y. Drake

Obsada:

Ben Johnson, Jamie Lee Curtis, Hart Bochner,David Copperfield, Sandee Currie

Kraj:

Kanada, USA

Rok produkcji:

1980

Czas trwania:

97 min.

Karnawał, czas zabaw, piwa i miłosnych igraszek. W porze gdy ziemia skrywa swe skute mrozem oblicze pod płaszczem puszystego śniegu, w czyjejś głowie zrodziła się chęć zemsty. Znów poleje się studencka krew by jeszcze raz zmącić nieskazitelną biel wyciszającą zimowy krajobraz. Tym razem będzie to pociąg śmierci, pełen otumanionych alkoholem ciał, w które nie raz w czasie podróży przez zalane mrokiem lasy zatopi się ostrze noża. Przejażdżka pełna magii i suspensu, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej stacji.

Złośliwe żarty będące swego rodzaju "chrztem", przytrafiające się z reguły ciamajdowatym, nieśmiałym, ulizanym na bok uczniom w okularach, są popularne nie tylko w rzeczywistości, ale także w slasherach ("Slaughter High"), gdzie najczęściej odbijają się nielitościwym echem w przyszłości. Owo echo zaczyna pobrzmiewać w kilkunastu wagonach wycieczkowych zaprzęgniętych do ociekającej parą lokomotywy, które wynajęła grupa studentów medycyny i urządziła w nich bal przebierańców. Bawią się w nich adepci ostatniego roku oraz ich młodsi towarzysze jakimi z reguły jest płeć piękna, przed którą starsi koledzy pragną się pochwalić wiedzą zdobytą na zajęciach z ginekologii. Impreza rozkręca się, a w raz z nią morderca, przemykający wąskimi korytarzami wagonów w coraz to nowszych kostiumach. Gdy trupy poczynają ścielić się gęsto, zaczynamy powątpiewać czy to na pewno przeszłość doszła do głosu, być może to zupełnie nowe zjawisko, wręcz magiczne.

Na stację podjeżdża autobus, staje, a z jego wnętrza wylewa się na chłodne, zimowe powietrze rozwrzeszczana banda rozbisurmanionych studentów. Panowie obejmują panie częstując się nawzajem piwem. "Za cztery wspaniałe lata" słyszymy toast i złocisty płyn wlewa się do gardeł, które już niedługo wydadzą z siebie przerażający krzyk. Karnawałowa uroczystość zamienia się w koszmar, którego sprawcą jest postać w masce Groucho Marxa, najbardziej charakterystycznego z braci Marxów, z nieodłącznym cygarem i sztucznymi wąsami. Twarz legendarnego komika, który w swych filmach mistrzowsko władał intelektualnym dowcipem, nabiera w tym wypadku niezwykle dwuznacznego wyrazu. Niczym twarz klauna, zastygła w ironiczny uśmiech wykwitający spod przesadzonego wąsa, wpatrując się w swe ofiary wygląda naprawdę niesamowicie. W połączeniu z wystrojem wnętrz, w których poza parkietem do tańczenia panuje niezwykły przepych, kolorowymi kostiumami uczestników balu i mnóstwem tajemniczych przedmiotów, które przywiózł ze sobą wynajęty iluzjonista, całość sprawia wrażenie zaplecza teatralnego. Znakomicie wpływa to na atmosferę horroru, która w obliczu panującej przez cały seans nocy, gęstnieje z każdą kolejną minutą. Szkoda tylko, że suspens nie rozwija się od początku równie sprawnie co klimat. Pierwsze pół godziny buduje nastrój, ale nic poza tym, przez co intryga zwalnia tempo, więcej w tym czasie alkoholu i magii niż horroru. Prawdziwy strach ogarnia widza dopiero od trzeciego trupa, zabójca pozbywa się maski Groucha (wielka szkoda) i idzie na całość. Za wiele gore przy tym nie ma, lecz nie wpływa to ujemnie na wizualny efekt, którego współtwórcą był zmarły w 1986 roku, zdobywca Oscara, nadworny operator Stanley'a Kubricka, John Alcott. Jego zdjęcia wspaniale zharmonizowały ze scenografią i plenerami, dzięki czemu podziwiać możemy wspaniałe ujęcia pędzącego nocą pociągu, za którym unosi się chmura dymu. Słabe oświetlenie wagonów wprowadziło nieco mrocznego klimatu do fabuły, popartego niepokojącą muzyką, za którą John Mills-Cockell był nominowany do kanadyjskiej nagrody Genie. Jeśli się przysłuchacie usłyszycie, że w kompozycjach Cockella często pobrzmiewa bardzo charakterystyczny dźwięk przywodzący na myśl muzykę z "Teksańskiej masakry piłą łańcuchową". Wszystkie te czynniki zaowocowały wspaniałą sekwencją ataku na młodziutką Jamie Lee Curtis. Tym razem napastnik przywdziewa oblicze pomarszczonego starucha, które uczyniło z tej sceny jedną z lepszych jakie widziałem w slasherach.

Dodatkowym atutem filmu jest aktorstwo. Roger Spottiswoode, nominowany w 1983 roku do nagrody im. Edgara Allana Poe za scenariusz do "48 godzin", skompletował wspaniałą obsadę. Ben Johnson, laureat Oscara i Złotego Globu za rolę w "Ostatnim seansie filmowym", jako konduktor wypadł niezwykle przekonująco. Do tego Hart Bochner pamiętany z "Apartment Zero" i Jamie Lee Curtis, która za rolę w "Terror Train" została nominowana do Saturna. Niezwykle urocza, lekko podpita flirtuje z samym Davidem Copperfieldem, który wcielił się w postać wynajętego magika. Raczy on zarówno widzów jak i bohaterów klasycznymi sztuczkami przy użyciu kart i monet, niemal przez całą pierwsza połowę obrazu. Kilka lat później w swym telewizyjnym show powrócił wspomnieniami do filmu Spottiswoode'a sprawiając, że w jednym z programów zniknął cały wagon. Następnie zaproponował widzom przed telewizorami grę, w której stawali się mordercami grasującymi w pociągu, zaś on sam odgadywał w jakim przedziale się ukrywają. Osobiście przyznam, iż był to jeden z lepszych numerów Copperfielda, jakie mieliśmy okazję oglądać w polskiej telewizji.

Jeśli jesteście spragnieni dobrego "slasherka", "Terror Train", nominowany w 1981 roku do Saturna w kategorii najlepszy horror, będzie najlepszym wyborem. Z początku nieco opieszały, lecz z każdą kolejną sekundą lokomotywa przyspiesza, a wraz z nią wagony pełne worków posoki na dwóch nogach. Tożsamość osobnika, który owe worki będzie rozpruwał intryguje do samego końca dzięki sprawnemu scenariuszowi Thomasa Y. Drake'a (twórca "The Keeper" z 1976). Tak więc po piwku na drogę i pamiętajcie żeby nie siadać przy oknach, kto wie co czai się na zewnątrz.

Ocena: 4-/6

Autor: Lobo