Recenzja horroru

Superstition (Zabobony)
Tytuł oryginalny:
Superstition
Reżyseria:
James W. Roberson
Scenariusz:
Donald G. Thompson
Obsada:
James Houghton, Albert Salmi, Lynn Carlin, Larry Pennell, Jacquelyn Hyde
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1982
Czas trwania:
85 min.






Odludna okolica, a pośród niej samochód, którego wnętrze zachęca do wspólnych igraszek. Nagle wszelka żądza niknie, ostudzona wspomnieniami makabrycznych legend krążących na temat domostwa położonego nieopodal. "Te wszystkie historie o zbrodniach i duchach, podobno dom jest nawiedzony" - stwierdza profilaktycznie dziewczyna leżąc już na przednim siedzeniu z rozchyloną koszulką. Nie myli się, w przeciwieństwie do innych, te zabobony okażą się prawdziwe, a James W. Roberson zadbał o to, by ich skutki były widoczne w najdrobniejszych szczegółach. Solidne wiadro posoki czeka na każdą zabłąkaną duszyczkę gotową do seansu. W ponad 80-minutowym repertuarze twórcy serwują głowy odcięte, pocięte i przebijane oraz sznury jelit ciągnące się za bohaterami niczym rozwiązane sznurowadła. Prawie pół godziny przerażających zmagań z koszmarami przeszłości podane w prostej, lecz niezwykle atrakcyjnej wizualnie formie. Zalatuje tu klasycznymi opowieściami grozy rodem z Lovecrafta i Stokera oraz uroczym włoskim kinem niskobudżetowym. Jesteście gotowi? Nadwerężone zębem czasu domostwo zaprasza w swe trzewia.
Wnętrze skryte w mroku, w wielu miejscach okryte nieskalanym przez lata całunem kurzu. Liczne meble ponakrywane zszarzałymi płótnami, których przedłużenie zdają się tworzyć gęste pajęczyny, wyglądają niczym stado upiorów w prześcieradłach. W ową posępną scenerię widz zostaje wprowadzony na samym początku wraz z dwójką bohaterów, którzy jak się zapewne wszyscy domyślają robią ogromny błąd przekraczając próg. W ten sposób otwiera się jedna z najlepszych moim zdaniem i najbardziej przerażających scen w horrorach wczesnych lat 80-tych. Wspaniała muzyka tłoczy suspens w każde ujęcie, nie pozostawiając kadru niezilustrowanego choćby złowieszczym dźwiękiem czy "wiedźmowatym" śmiechem. Ciarki wyrastające na plecach wystraszonych postaci udzielają się widzom i trwają aż do krwiożerczego zakończenia sceny, za które odpowiedzialni byli Kelly McGowan i David B.Miller. Według mnie sukces "Zabobonów" to w głównej mierze ich zasługa. Nie wyobrażam sobie tego horroru bez efektów charakteryzatorskich, gdyż fabuła jest tak banalna, iż wymagała jakiegokolwiek urozmaicenia. W takich wypadkach gore to najlepsze rozwiązanie, a że w obrazie Robersona trup ściele się gęsto, charakteryzatorzy mieli wiele do roboty. Dla Kelly McGowan był to drugi film przy jakim pracowała i jak na razie ostatni. W przeciwieństwie do niej, David B.Miller to weteran nominowany do Saturna za pracę przy "Nothing But Trouble", którego talent można podziwiać w takich pozycjach jak "Koszmar z ulicy Wiązów", "Noc komety" czy "Night of the Creep". Dzięki tej parze mordercze sekwencje w "Zabobonach" nie tylko szokują ale też zaskakują pomysłowością i oryginalnością, choć pewnie już nie w takiej mierze co w latach 80-tych. Kolejne horrory adoptowały wiele z tych pomysłów, jednak niedościgniony wzór nadal dzielnie się trzyma, a scena z piłą tarczową wciska w fotel.
Jak wspomniałem w akapicie wyżej fabuła dzieła Robersona jest banalna lecz zarazem niezwykle dynamiczna. Intryga rozwija się szybko, cały czas coś się dzieje potęgując napięcie w klasyczny sposób. Historia napisana przez Donalda G. Thompsona ma jeden watek i kurczowo się go trzyma, a tempo jej opowiadania nie pozwala zaistnieć jakiejkolwiek nudzie. W "Zabobonach" nie ma żadnych zbędnych dialogów, wszystkie w bezpośredni lub pośredni sposób tyczą się zagadki wiekowej budowli dążąc do jej rozwiązania. Przy 85 minutach pozostawia to niewiele miejsca na tworzenie długich, budujących nastrój ujęć, a jednak za sprawą scenografii, muzyki i płynącej dziarsko posoki, horror ten charakteryzuje się wyjątkową, bardzo urokliwą atmosferą. Zapuszczone domostwo przywodzi na myśl obskurne wille z włoskich filmów grozy (w szczególności tę z "The Ogre" Lamberto Bavy), a muzyka Davida Gibney'a, który w tym przypadku debiutował ścieżką dźwiękową do obrazu pełnometrażowego, uczucie to pogłębia.
Do cieszącej się złą sławą rezydencji, figurującej w aktach jako własność Kościoła, wprowadza się pastor wraz z rodziną. Do tej pory opiekowała się nią zdziwaczała stróżka Wera i jej upośledzony syn Arlen. Mieli oko na dom, jak i rozlany niczym gigantyczna plama ropy, Czarny Staw, na terenie posesji, będący popularnym miejscem schadzek młodzieży. Z chwilą przyjazdu makabryczne wypadki poczynają zbierać żniwo wśród policji i domowników. Duchowny David Thompson, wpada na trop tajemnicy sięgającej niemal trzech wieków wstecz, której zrozumienie może powstrzymać koszmar.
W przeciwieństwie do innych filmów tego rodzaju, jak np. "Amityville" z 1979 roku, z początku nie panuje żadna idylla. Rodzina pastora wprowadza się i nie dane im jest zjeść nawet obiadu, gdyż od razu rozpoczyna się eliminowanie jej członków oraz wszystkich innych ludzi gotowych służyć pomocą. To kolejny przykład (bodajże najwyraźniejszy), świadczący o szybkim tempie opowiadania, przy którym znalazło się jeszcze miejsce na nastrojową retrospekcję. Ozdobny, żelazny krzyż, który wtedy widzimy (najistotniejszy rekwizyt w filmie) był również użyty w horrorze "The Evil" z 1978 w reżyserii Gusa Trikonisa.
"Zabobony" to dobry film grozy, w którym przyczepić można się jedynie aktorstwa. Drętwe, sztuczne, przymiotniki można by mnożyć w nieskończoność, a i tak większość byłaby trafiona. Żal mam tu przede wszystkim do aktorów drugoplanowych, chociaż Albert Salmi ("Burned at the Stake") oraz Lynn Carlin (główna rola w "Dead ot Night" Boba Clarka) również szczególnie się nie wysilili. Proponuję przymknąć na to oko i dalej rozkoszować się wyborną wręcz atmosferą panującą w przycupniętej koło zagadkowego stawu siedzibie zła, w której czekają na widza głowy odcięte, pocięte i przebijane, o jelitach nie wspominając.