Recenzja horroru

Horror Storm Warning

Storm Warning (Przed burzą)

Tytuł oryginalny:

Storm Warning

Reżyseria:

Jamie Blanks

Scenariusz:

Everett De Roche

Obsada:

Nadia Farès, John Brumpton, Robert Taylor, David Lyons, Mathew Wilkinson

Kraj:

Australia

Rok produkcji:

2007

Czas trwania:

82 minuty

Reklamowanie filmu, jako dzieła twórcy, który nakręcił "Urban Legend" to nieco ryzykowny pomysł. Tym bardziej byłem zdziwiony, gdy zobaczyłem "Storm Warning" w programie FrightFestu. Choć uczciwie trzeba przyznać, że debiut Australijczyka był całkiem znośny i oglądalny na tle reszty post-Screamowskich slasherów, to żadnym osiągnięciem nie był. Z "Valentine" sprawa jest niejasna – film jest przeraźliwie głupi, choć można go ciekawie interpretować.* Nic nie zapowiadało dobrego seansu, szczególnie kiedy zobaczyłem pierwsze kilkanaście minut filmu – kamera wideo, aktorzy niezbyt rewelacyjni… A seans zakończyłem z otwartą ze zdumienia gębą i gorąco biłem brawo, razem z resztą zgromadzonej publiczności. Jest to jeszcze dziwniejsze zważywszy, że ten survival nakręcono w większości w studio! Dopiero później, w programie festiwalowym doczytałem, że za scenariusz odpowiadał Everett De Roche – który napisał scenariusze takich filmów jak "Patrick", "Long Weekend" czy "Roadgames". A walczyć o przetrwanie bohaterowie mogą i w szopie z narzędziami.

Pia, artystka i Rob, prawnik, wybierają się na krótki rejs niewielką łódką. Pogoda niezbyt dopisuje, na dodatek psuje się silnik, przez co para dryfuje w nieznane sobie rejony (o ile dobrze kojarzę, bo film widziałem już kilka miesięcy temu, to koniec końców płyną rowem melioracyjnym!). Po wydostaniu się na ląd bohaterowie szukają schronienia, gdzie mogliby się ogrzać i zadzwonić po pomoc. Trafiają na odludną farmę pod nieobecność właścicieli. Myszkując po zabudowaniach, odkrywają w szopie sporą plantację marihuany. Gdy mieszkańcy zrujnowanego domu wracają na farmę okazuje się, że nie są wcale przyjaźnie nastawieni, telefon nie działa, a trójka "farmerów" nie ma najmniejszej ochoty wypuścić Pi i Roba żywcem.

Pierwsze dwadzieścia minut naprawdę nie zachęca do wytrwania do końca projekcji. Drewniane dialogi od których uszy krwawią i kompletna nieciekawość tego, co się dzieje na ekranie sprawiają, że ma się ochotę wyjść z kina. Myślę, że hasło promocyjne filmu "Survival can be murder" nabiera tu podwójnego znaczenia. Ale w momencie kiedy dwójka bohaterów opuszcza rów melioracyjny, zaczyna się robić coraz ciekawiej. Eskalacja przemocy jaka ma miejsce na ekranie naprawdę robi wrażenie. I co interesujące, szczególnie dla tropiących takie smaczki widzów, to kobieta jest tutaj stroną aktywną. Rob jest człowiekiem słowa – próbuje pertraktować z oprawcami, jest opanowany, logiczny i kompletnie bezradny w sytuacji, w której się znalazł. To Pia będzie aniołem śmierci dla trójki zdegenerowanych mężczyzn.

Mam wrażenie, że kręcenie filmu w studio odcisnęło swoje piętno na aktorach. Postaci grają nazbyt teatralnie, jakby aktorzy nie potrafili dobrze wcielić się w rolę. Szczególnie widoczne jest to w przypadku oprawców. Przypuszczam, że od strony scenariusza, na papierze wszystko wygląda dobrze, choć może nieco komiksowo – członkowie szalonej rodziny są przepisowo i wręcz modelowo zdegenerowani, odrażający i brudni, brutalni i ponurzy. Tyle tylko, że na ekranie nie ma przekonująco zagranego szaleństwa. Aktorzy recytują swoje kwestie, zbyt teatralnie można nawet stwierdzić, a ja nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest wystudiowane, postaciom brakuje rysu autentyczności, życia, nerwu w tym co i jak robią. Inna kwestia, że w pewnych partiach "Storm Warning" jest nazbyt "literacki" w formie. Zamiast za pomocą środków filmowych pokazać relacje między trzema mężczyznami mieszkającymi na odludnej farmie, twórcy wkładają w usta postaci dialogi, które opowiadają widzowi o tym (o tym jaki to ojciec jest brutalny i dominujący, jak synowie się go boją i muszą się podporządkować). Gdyby jednak postawić na obraz, dzieło Blanksa odbierałoby się lepiej. A tak widz dostaje recytowane przez umorusanych krwią bohaterów kwestie, które brzmią jak z podręcznika "Complete Idiot's Guide To Screenwriting: A Pathological Family". Bo generalnie Blanks do pewnego momentu opowiada zupełnie typową historię, podobnych widzieliśmy w horrorze już setki...

Ale trzeba mieć na uwadze, że "Storm Warning" to tak naprawdę wehikuł dla kilku naprawdę pomysłowo zaaranżowanych krwawych scen. I kiedy Pia przejmuje inicjatywę i bierze sprawę przetrwania w swoje ręce można parę razy szeroko otworzyć oczy ze zdumienia. Bohaterka jest artystką i wykorzystuje swoje talenty by przygotować jedną z pułapek – takiej żywej instalacji nie powstydziliby się akcjoniści wiedeńscy! Mniejsza o prawdopodobieństwo, bo ono nie gra tu żadnej roli, ale widok po prostu wgniata w ziemię. Druga połowa filmu to prawdziwa orgia okrucieństwa, a reżyser nie cofa się przed filmowaniem najbardziej okrutnych obrazów i wymyślnych sposobów zadawania bliźniemu cierpień. Do dzisiaj zastanawiam się co Pia dokładnie zrobiła, by uchronić się przed gwałtem. Rozumiem ogólny zamysł, ale praktyczne wykonanie wprawia mnie w zakłopotanie. Dość powiedzieć, że efekt działań kobiety jest krwawy i spektakularny. "Storm Warning" warto obejrzeć właśnie dla drugiej połowy filmu, przez pierwszą trzeba przetrwać.

Zastanawiam się czy Jamie Blanks szukał finansowania dla swojego projektu w USA, w wielkich studiach, czy też od początku jego nowy film był pomyślany jako produkcja niezależna. Bo dzieło Australijczyka wpisuje się w nurt torture porn, wciąż silnie obecny na srebrnym ekranie. Z drugiej strony brak dużych pieniędzy stojących za tym obrazem nie był przeszkodą dla stworzenia interesującej (pod pewnymi względami) opowieści. Jedyne czego można żałować to faktu, że Blanks ma niezłe oko do plastycznych planów i sporo uwagi poświęca wyglądowi swoich filmów, więc dysponując większym budżetem mógłby nadać odpowiedni wygląd "Storm Warning" (i w diabły rzucić kamerę cyfrową!). Mimo to, porównując z takim "Saw IV" stawiam zdecydowanie na twórców niezależnych! A dodatkowo Blanks udowadnia, że nie trzeba swoich bohaterów ganiać po lasach, spławiać rzeką, kazać im przeprawiać się przez bagna czy inne niedostępne tereny, żeby nakręcić dobry survival. Nawet w studio filmowym można stworzyć dobry film z tego nurtu!





* tytułem dygresji – w swojej recenzji "Valentine" stawiałem tezę, że film jest pastiszem i parodią, bo nikt czegoś tak głupiego nie byłby w stanie zrobić serio i jeszcze podpisać własnym nazwiskiem. Jakiś czas temu czytałem w DVD World wywiad z Denise Richards, z którego wynika, że obraz jest jak najbardziej serio. Ech…

Ocena: 3+/6

Autor: grzEGOrz