Recenzja horroru

Star Crystal (Gwiezdny kryształ)
Tytuł oryginalny:
Star Crystal
Reżyseria:
Lance Lindsay
Scenariusz:
Lance Lindsay, Eric Woster
Obsada:
C. Juston Campbell, Faye Bolt, John W. Smith, Taylor Kingsley, Marcia Linn
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1986
Czas trwania:
90 min.
Od czasu "8 pasażera Nostromo" załogi promów kosmicznych nie mają łatwego życia. Z nastaniem lat 80-tych oprócz awarii urządzeń sterowniczych, eksplozji zbiorników tlenu czy uszkodzenia cylindrycznego modułu napędowego zawierającego silnik rakietowy, grozi im rozczłonkowanie, dekapitacja, a w najgorszym wypadku silne wymioty prowadzące do zadławienia. Na wypadek tak nieprzewidzianych okoliczności nie pomogą już szkolenia w specjalnie przygotowanych salach agencji NASA. Tu potrzeba sal specjalnie przygotowanych na projekcje filmowe, gdzie odpowiednio dobrany repertuar, uświadomi naszych drogich astronautów z CZYM maja do czynienia i jak z TYM walczyć. Wspomniany "Alien" (1979), "Creature" (1985), "Inseminoid" (1981), "Forbidden World" (1982) oraz "Star Crystal" – oto menu każdego rozsądnego kosmonauty. Co do samej kolejności dań mam tylko jedno zastrzeżenie – "Star Crystal" na sam koniec, bo przecież nie chcemy by nasi dzielni piloci rozchorowali się zanim zakończą maraton.
Spójrzmy zatem czym Lance Lindsay, reżyser "Gwiezdnego kryształu" mógłby potruć załogę przygotowującą się do kosmicznego lotu. Przede wszystkim absolutnie niewykrywalnym warsztatem reżyserskim, którego (jak podają sprawdzone źródła) nie odnaleziono również w jego kolejnym filmie "Real Bullets". Zaraz po "warsztacie" wychodzą na jaw wielkie jak okrętowa śluza luki w scenariuszu, co absolutnie zadziwia, biorąc pod uwagę jego nieokiełznaną prostotę.
W trakcie Rutynowej Wyprawy Marsjańskiej w roku 2032 ginie załoga wahadłowca SC37. W czasie lotu doszło do zwarcia w układzie elektrycznym na skutek kontaktu z dziwną cieczą wydobywającą się z zebranych na Marsie skał. Będąc bardziej dokładnym – z jednej specyficznej skały, której roztwór tworzy potworka. SC37 przybywa w końcu do bazy kosmicznej, która chwilę później eksploduje. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności 5 osób badających wrak, ucieka na jego pokładzie, nieświadoma obecności szóstego pasażera!
"Świecąca krowa – 6 pasażer SC37" albo "Złoty pies czyli kosmiczny przyjaciel" – niech te wyssane z palca tytuły alternatywne nakreślą Wam mniej więcej z czym będziecie mieć do czynienia chwytając za kasetę. Niech Was nie zwiedzie ta cudowna okładka VHS, ja poddałem się jej mocy licząc na odrobinę posoki i kiczowatej frajdy. W zamian za to otrzymałem garść niekontrolowanych grymasów serwowanych przez aktorów jednego filmu i puste niczym mydlane bańki dialogi, które bawiły przez pierwszy kwadrans. Później już tylko sterylna przestrzeń wahadłowca, ograniczająca się do trzech pomieszczeń połączonych okrągłymi tunelami, spełniającymi rolę mało wygodnych korytarzy, których średnica uniemożliwia chodzenie wyprostowanym. Widzimy zatem jak załoga promu dzielnie przeprawia się z punktu A do punktu B pełzając na czworaka. Owa niedogodność zaowocowała całkiem udaną sceną grozy, gdzie przy akompaniamencie bublowatych kompozycji pana Katsaros, jeden z astronautów zostaje zaatakowany przez macki potwora. Gore sobie podarowano więc nie ma co ostrzyć zębów tylko przygotować się na największy szok. Oto bowiem międzyplanetarne monstrum włamuje się do komputera pokładowego i zaczyna studiować "Pismo Święte". I tu dopiero następuje paraliżujący stawy, przyprawiający o opad szczęki i drętwienie języka zwrot akcji, który przemilczę w obawie o Wasze zdrowie psychiczne.
Dodatkowym ciosem jest wygląd maszkary. Z początku widzimy jedynie złowieszczy cień malujący się na ścianie ładowni, kilka wijących macek oraz przypominające gorący krochmal gluty, które wszyscy chętnie i z opóźnionym obrzydzeniem dotykają rękami. Niejeden miłośnik gumowych potworów przyzna z pewnością, że to dobry początek, mimo, iż kolejne wejścia kreatury, przerywa paplanina głównych bohaterów, wypełniona po brzegi intergalaktyczno-technicznym żargonem zapożyczonym z serialu "Star Trek". Nie czujemy więc żalu gdy zielona wić potwora uderzy któregoś z nich w twarz zdzierając plaster skóry. Brzmi groźnie, ale do solidnego gore jeszcze kawał drogi, którego z powodu wspomnianego zwrotu akcji, nie będzie nam dane przebyć. Gdy stwór ukarze swe szpetne oblicze, padnie zapewne niejedna salwa śmiechu. Osobiście jednak czułem się paskudnie oszukany – przecież tam były mordercze macki, a skoro są macki to powinny być pazury i kły jak bagnety! Niestety nie wszystkie filmy o groźnych kosmitach mogą być jak "Obcy" czy "Forbidden World".
Nie wszystkie też mają szansę przygrać w finale tak do bólu tandetną balladę jak "Gwiezdny kryształ". Utwór "Crystal of a Star" w wykonaniu Stefani Christopherson (podkładała głos pod Daphne w serialu "Scooby Doo, Where Are You!") potraktowałem już jak kopanie leżącego. I jak to zazwyczaj bywa w tego typu produkcjach, wśród realizatorów znajduje się osoba, której obecność zaskakuje, lecz warsztat i doświadczenie niewiele zmienia. Robert Caramico, autor zdjęć do tak kultowych perełek jak "Slithis", "Octaman", "Eaten Alive" i "Lemora – A Child’s Tale of the Supernatural", nie wniósł do projektu Lindsay’a nic za co można by go pochwalić, co kompletnie zaskakuje biorąc pod uwagę ostatni z wymienionych tytułów.
Ostatecznie nie uważam aby "Star Crystal" był totalnie złym filmem. To ciekawie zapowiadający się monster movie dla miłośników kiczu, okrutnie okaleczony przez beznadziejny zwrot fabularny, który być może w mniemaniu reżysera, miał mu zapewnić nieśmiertelność. Cóż, niektórych rzeczy nie da się zmienić i kosmiczne potwory ludojady z pewnością do nich należą.