Recenzja horroru

Spirits of Death
Tytuł oryginalny:
Un Bianco Vestito Per Mariale
Reżyseria:
Romano Scavolini
Scenariusz:
Remigio Del Grosso, Giuseppe Mangione
Obsada:
Ida Galli, Ivan Rassimov, Luigi Pistilli, Pilar Velazquez, Ezio Marano, Carla Mancini
Kraj:
Włochy
Rok produkcji:
1972
Czas trwania:
84 minuty






Urodzony we Włoszech w 1940 roku Romano Scavolini już od dziecka interesował się kinem. W wieku 18 lat wyjechał do Niemiec, gdzie napisał, wyreżyserował i wyprodukował pierwszy film "The Ravaged One". Pod koniec lat sześćdziesiątych poleciał do Wietnamu jako fotograf. Po powrocie do Włoch założył własną wytwórnię Lido Cinematografica w której napisał, wyreżyserował i wyprodukował następujące obrazy: psychodeliczne giallo "Spirits of Death" (1972), film mafijny "Your Honor" / "Servo Suo" (1973) oraz adaptację czterech historii dla dzieci pochodzących z klasycznej włoskiej noweli "Cuore" pod tym samym tytułem ("Cuore" – 1973). W latach 1973-1976 dużo podróżował po Ameryce Łacińskiej pracując jako dziennikarz, scenarzysta i realizator filmów dokumentalnych o tamtejszym rejonie świata. W 1976 roku osiadł w Stanach Zjednoczonych prowadząc wykłady ze sztuki filmowania na uniwersytetach New York i Columbia. Rok 1980 przyniósł w jego dorobku thriller akcji "Savage Hunt". Przełom nastąpił rok później za sprawą krwawego slashera "Nightmare". Kosztujący 400 tysięcy dolarów film trafił do 170 nowojorskich kin i według Variety zarobił 4 miliony dolarów w trakcie wyświetlania w 28 miastach w ciągu zaledwie 20 dni. "90 minut totalnego terroru..." (Variety), "Sny, od których nie możesz uciec żywy...", "Najkrwawszy i najstraszliwszy film, jaki kiedykolwiek zrobiono..." (Bill Carlton, Daily News) – prasa podniosła skuteczny wrzask dodając oliwy do ognia. W UK film został zakazany przez BBFC i trafił na listę video nasties, a jego ówczesnego dystrybutora aresztowano na 6 miesięcy. Scavolini nigdy nie powrócił do horroru, choć jego późniejszy film wojenny "Dog Tags" (1988) obfitował w krwawe sceny. Giallo "Spirits of Death" to jego dziewiczy ukłon w stronę kina grozy – ukłon nie do końca lubiany przez samego reżysera.
Jako dziecko Mariale była świadkiem morderstwa. Ojciec zastrzelił na oczach sparaliżowanej strachem dziewczynki matkę i jej golusieńkiego kochanka (Gianni Dei – "Giallo a Venezia"). Mijają lata. Blondwłosa piękność wychodzi za mąż za Paolo, bogatego właściciela niszczejącej rezydencji (weteran włoskiego kina grozy Luigi Pistilli). Małżonek zabrania jej uczestnictwa w życiu towarzyskim i więzi w pałacyku. Pewnego dnia Mariale postanawia zaprosić na wieczór grupę hedonistycznych przyjaciół: pod nieuwagę męża dobiera się do telefonu i wysyła telegramy. Na powitanie gości kobieta przyodziewa białą suknię zamordowanej matki i po zwiedzaniu spowitych pajęczynami podziemi rozpoczyna się epikurejska uczta, która szybko przeradza się w orgię. Nie trwa jednak długo... Ktoś zaczyna po kolei mordować jej uczestników...
Nadżarta zębem czasu, tonąca w kurzu i pajęczynach posiadłość położona gdzieś na skraju lasu. Po podłogach grasują skorpiony, wiją się węże, gdzieniegdzie stoją ubrane w cudaczne stroje manekiny o upiornych trupich obliczach. "Spirits of Death" wyraźnie nawiązuje do wczesnej twórczości maestro makabry Mario Bavy, a w szczególności do "5 Dolls for an August Moon" (1969) i "Bay of Blood" (1971). Tajemnicze morderstwa zaczynają się dość późno, bo dopiero od 50 minuty czasu trwania filmu. Bicie po głowie kawałem drewna, cios nożem w brzuch, poderżnięcie gardła brzytwą i moja ulubiona scena, gdy pewna czarnoskóra hedonistka otrzymuje kilka soczystych ciosów pałką po łbie i łapach topiąc się jednocześnie w basenie. Identyfikacja sprawcy morderstw nie jest jednoznaczna: zależy od wersji zdarzeń, którą przyjmie widz. Wykreowaniu iście dekadenckiej atmosfery niniejszego giallo sprzyja stylowe operowanie kolorami, składająca się z weteranów włoskiego kina grozy obsada i melancholijna ścieżka dźwiękowa Fiorenzo Carpi i Bruno Nicolai. W trakcie zwiedzania katakumb pałacu gości z kandelabrami w dłoniach zaskakuje wicher i grzmot burzy... – ta niemal surrealistyczna sekwencja znakomicie puentuje "Spirits of Death".
Przyzwoite giallo i nic ponadto. Trochę za bardzo skupia się na mało interesujących postaciach i stanowczo za długo każe spragnionemu mocnych wrażeń widzowi czekać na morderstwa, lecz nadrabia wszelkie braki ponurym nastrojem i nihilistycznym zakończeniem, które poniekąd było do przewidzenia. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek ten zapomniany film trafi na DVD...