Recenzja horroru

Something Wicked This Way Comes (Coś paskudnego tu nadchodzi)
Tytuł oryginalny:
Something Wicked This Way Comes
Reżyseria:
Jack Clayton
Scenariusz:
Ray Bradbury
Obsada:
Jason Robards, Jonathan Pryce, Diane Ladd, Royal Dano, Pam Grier
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1983
Czas trwania:
95 min.
Ray Bradbury jest przedstawicielem tej dość licznej w scence-fiction grupy twórców, jaką są autorzy opowiadań. Co więcej, należy do tego grona pisarzy, obejmującego np. Harlana Ellisona, którym "płodzenie" opowiadań powiodło się, choć nigdy nie napisali prawdziwej powieści. Legendarne "451° Fahrenheita" jest wydłużoną nowelą, "Słoneczne wino" to zbiór opowieści z wspólnym głównym bohaterem, natomiast "Coś paskudnego tu nadchodzi", napisane w 1962 roku, powstało z rozwinięcia pomysłu zawartego w opowiadaniu. Bradbury zbudował swą sławę na nowelach i ich zbiorach, spajanych niekiedy środkami takimi jak wspólny temat ("Kroniki Marsjańskie"), nic więc dziwnego, że gdy zainteresował się nim przemysł filmowy, pisywał głównie do seriali. Najlepszym przykładem jest słynne "The Twilight Zone", które tworzył m.in. z Richardem Mathesonem i Charlesem Beaumontem. "Coś paskudnego tu nadchodzi" jest historią, której znacznie bliżej do mrocznego fantasy czy horroru niźli science-fiction. Pełna magii, grozy i uroku klechda, którą na szeroki ekran przeniosła Walt Disney Company.
Już na wstępie widać, że "Something Wicked This Way Comes" przepełnione jest chłopięcym pragnieniem przeżywania przygód i towarzyszącym im fantazjom, w których to kreują się przeważnie na dorosłych, gotowych sprostać wszelkim przeciwnościom, mężczyzn. Wypełniają w ten sposób pustkę, o zagospodarowanie której powinien zadbać każdy ojciec. Jej składnikami, iście rycerskimi, szczególnie dla dorastających młodzieńców, jest głównie odwaga, honor, mądrość i szlachetność. Natomiast, gdy brak tego najważniejszego w życiu każdego chłopca nauczyciela, ideały te czerpać jest zmuszony z innego źródła, często niewłaściwego. Narasta też chęć szybszego dorastania lub najprościej w świecie bohaterem staje się pierwszy zgrabniejszy "iluzjonista" w oczach dziecka. Patologiczne kwestie tych rozważań pozostawiam z boku i ani myślę się za nie zabierać. Powód jest prosty, istota tematu to produkcja Walta Disney’a, a w jego świecie termin patologia nie istnieje. Obserwujemy, zatem dwóch małych chłopców, Willa Halloway’a i Jima Nightshade’a, których dzieciństwo zamyka się w szczelnych ramach sielankowego Green Town lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Ojciec pierwszego to staruszek (w tej roli Jason Robards, pamiętny Cheyenne z "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie"), który dawno przestał być bohaterem dla swego syna. Za to tato Jima dawno temu opuścił dom w poszukiwaniu mocnych przeżyć i wątpliwe by do niego kiedykolwiek powrócił. Stąd u młodego Nightshade’a zachcianka bycia dorosłym, w jego mniemaniu najszybsza ucieczka od krępujących i dławiących więzów młodzieńczości, przez którą nie ma go, kto przeprowadzić.
Oto prawdziwa istota tej opowieści, dorastanie. To z niej wynika morał, tak ważny w każdej baśni, a przecież obraz zmarłego w 1995 roku, Jacka Claytona, jest nią podszyty. Morał tak istotny dla świata Walta Disney’a, który dodatkowo postanowił go uwidocznić, sprawić absolutnie czytelnym dla każdego, interweniując tym samym w wiele oryginalnych zamysłów Bradbury’ego. Powstała przez to historia ocierająca się o chłopięce przygody z utworów Stephena Kinga, co dodatkowo udowadnia pierwiastek niesamowitości w obu przypadkach. A także utwór o perypetiach niedorostków, dla których Steven Spielberg i Robert Zemeckis często bywali producentami. Najzabawniejsze jest to, że autor "Lśnienia" osobiście napisał odrzuconą adaptację "Something Wicked…", a kilka lat później stworzył powieść "Sklepik z marzeniami", inspirującą się owym materiałem. Zaś Spielberg był pierwszym kandydatem do reżyserowania tego projektu.
Powróćmy jednak do Green Town w stanie Illinois, gdzie właśnie przyjechał "jesienny karnawał". Nadciągnął w ciemności strojnymi wagonami zaprzęgniętymi w czarną niczym noc lokomotywę, a za dnia stał już rozbity pod miastem. Dla Willa i Jima to wyśmienita okazja do zerwania z codzienną monotonią i przeżycia tego wszystkiego, o czym dotychczas czytali jedynie w książkach. Oczywiście otrzymują co chcieli, a nawet więcej, gdyż jak się przekonują, "karnawał" skrywa niebezpieczną dla mieszkańców Green Town tajemnicę. Kluczem do jej wyjaśnienia jest niesamowity Mr. Dark, na zawsze odmieniający życie chłopców.
Wspaniale w tę postać wcielił się Jonathan Pryce, co udowadnia nominacja do Saturna za rolę drugoplanową. Ubrany na czarno, z przebijającym się przez ciemną brodę delikatnym uśmiechem, wkracza w sterylny dotąd świat dwójki młodzieńców, całkowicie go opanowując. Czyni to z niewyobrażalną gracją i wdziękiem, na poły cyrkowca i iluzjonisty, stając się tym samym nieśmiertelną wizytówką filmu oraz jego największym atutem. Do tego cudowne kostiumy, muzyka Jamesa Hornera, zastępującego Georgesa Delevue, którego ścieżka dźwiękowa nie spodobała się Disneyowi (można ją jednak usłyszeć w zwiastunie kinowym) oraz przepiękne zdjęcia Stephena H. Burum, zapracowały na pełną magii i fantazji atmosferę. Jednakże będzie to pokaz magii czarnej, sięgającej do tradycji horroru, przez co film jest mroczny, ale nie ponury. Efekty specjalne i charakteryzatorskie odgrywają w nim istotną rolę, lecz o wszelkim gore należy stanowczo zapomnieć. Pierwiastek nadprzyrodzony rozwija się śmiało i dynamicznie pomimo kilku początkowych dłużyzn, pełni jednak rolę elementu widowiskowego, zamiast motoru napędzającego krwawe wydarzenia. Krócej mówiąc – Walt Disney. Szkoda tylko, iż motyw lunaparku nie został w pełni wykorzystany, pozostając do końca tłem, a nie jak w przypadku "Funhouse" czy "Striking Back", rzeczywistą scenerią pobudzającą niesamowity klimat. W pierwotnej wersji "karnawał" materializował się na początku filmu z dymu pociągu, stając się linami i płótnami namiotów, a sieć pajęcza kołem fortuny. Po raz pierwszy animację komputerową zastosowano tutaj, aby ożywić materiał organiczny i połączyć z animacją tradycyjną. Zwracało to większą uwagę na lunapark, podkreślało jego niesamowitość. Scenę niestety uznano za mało przekonywującą i wymontowano z wersji kinowej na krótko przed premierą.
Ostatecznie "Coś paskudnego tu nadchodzi" można z powodzeniem nazwać familijnym horrorem. Może nawet najmroczniejszym obrazem ze stajni Disney’a, przebijającym w tej kwestii takie jego produkcje jak "Watcher In the Woods" czy "Return from Witch Mountain". Jednakże jakby się nie zastanawiać i na różniste sposoby analizować, mimo elementów horroru, znacznie więcej w tym projekcie baśni, co potwierdza fakt, iż zdobył on nagrodę Saturna za najlepszy film fantasy. A mnie osobiście na koniec recenzji jakieś dziwne uczucie ogarnęło, podobnie jak jedną z czarownic w "Makbecie" Williama Shakespeare’a, iż "Palec mię świerzbi, to dowodzi, że jakiś potwór tu nadchodzi". Oryginalnie mówiąc – "By the pricking of my thumbs, something wicked this way comes".