Recenzja horroru

Slaughterhouse
Tytuł oryginalny:
Slaughterhouse
Reżyseria:
Rick Roessler
Scenariusz:
Rick Roessler
Obsada:
Joe B. Barton, Don Barrett, Sherry Leigh, Bill Brinsfield, William Houck
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
85 min.






Buddy to dobry chłopak. Tak przynajmniej twierdzi jego ojciec Lester, emerytowany rzeźnik. Jednak miejscowa młodzież jest innego zdania i chętnie by o tym zaświadczyła, gdyby tylko jej przedstawiciele potrafili mówić z tasakiem w głowie. Ale Buddy się tym nie przejmuje. Nie potrzebuje przyjaciół wśród ludzi, ma przecież swoje świnki, w języku, których potrafi przemawiać. Szczerze powiedziawszy Buddy umie wyłącznie charczeć i chrumkać, lecz tak naprawdę liczy się wdzięk i osobowość. Zapewniam was, iż drobiażdżek Lestera posiada jedno i drugie. Szykowne ogrodniczki i łańcuch ze świńskim ogonkiem dodają finezji jego groteskowym kształtom, a tępe spojrzenie często rzucane z ekranu, zapewnia nas o bólu, jakiego doświadcza, gdy próbuje myśleć. Z mistrzowską wprawą posługuje się swym gigantycznym toporem, utwierdzając wszystkich wokół w przekonaniu, iż lubi to co robi. Krótko mówiąc, Lester może być dumny ze swej pociechy.
Jednak Lesterowi nie duma w głowie. Zgraja okrutnych przeniewierców, która porzuciła rzeźnickie tradycje i postawiła na technologię, uposażając swoje zakłady w najnowszy sprzęt, składa mu ofertę sprzedaży ziemi, na której stoi rodzinna rzeźnia. Propozycja okazuje się być nie do odrzucenia, gdyż w przypadku jej zignorowania, Lester i Buddy zostaną poddani eksmisji. Oczywiście sędziwy rzeźnik nie przyjmuje tych warunków, a co więcej ustanawia własne, zakładające likwidację wrogów. Naturalnie termin "wróg" szybko okaże się bardzo ogólnikowym pojęciem.
Dla wielu ludzi świnia domowa to brudne, cuchnące zwierzę hodowlane dostarczające mięsa, tłuszczu, skóry i szczeciny. Nie istotne gdzie się tarza, choć wszyscy mamy o tym pewne wyobrażenie. Liczy się wyłącznie to, co na talerzu – parujący kawał wieprzowiny pochłaniany ochoczo przez całe rzesze mięsożerców. Jeśli ktoś jest ciekaw, jakim magicznym sposobem trafia on na półmisek, zapraszam do seansu z pierwszą częścią cyklu "Faces of Death" lub przezabawnym "Slaughterhouse". Obraz Ricka Roesslera, będący lekkim horrorem z dużą dozą czarnego humoru, daje w tym temacie krótką acz wyczerpującą lekcję. Zgrabna czołówka z wesołą melodią to w rzeczywistości droga, jaką każda świnka w rzeźni zmuszona jest pokonać z żelaznego boksu do chłodni. Mimo radosnej muzyki trudno się przy tym śmiać, lecz im dalej w seans tym zabawniej, więc o pogodną reakcję łatwiej. Ciężko bowiem nie ronić łez, gdy na ekranie pojawia się Buddy – uroczy grubasek z morderczymi skłonnościami, który najbardziej na świecie kocha swoją trzodę. Budową ciała nie ustępuje bliźniakom z "Tuż przed świtem" i w "normalnym" horrorze budziłby zapewne nieopisaną grozę, ale "Slaughterhouse" to sztubacka zgrywa w slasherowej konwencji. Wystarczy widok głównego bohatera przebranego za policjanta, by przynajmniej w połowie zgodzić się z tym osądem. O drugiej połowie zapewni widza grupa nastolatków, przybyła do rzeźni w noc nieudanej imprezy na mieście. W poszukiwaniu zastępczego lokalu docierają aż na peryferie miasteczka, gdzie Lester wraz z synem grymaszą w najlepsze, zabawiając się rzeźnickimi hakami.
Gore dla Roesslera to drugorzędna sprawa, jednak reżyser stara się nam zasygnalizować co jakiś czas, iż nadal oglądamy horror, serwując odrobinę mrocznego klimatu. Niczym as w rękawie, raczy tymi sekwencjami w ostatnich chwilach, gdy ospałe tempo zaczyna dominować atmosferę. Niestety w każdej talii są tylko cztery najwyższe karty, a Roessler nie wykorzystuje nawet wszystkich, czego dowodem jest kilka nieprzyjemnych dłużyzn. Sporą winę za to ponosi również oprawa muzyczna. Tandetne piosenki lat 80-tych, przypominające o ich plastikowych wykonawcach, tłoczą do filmu żenujący nastrój, od którego lepią się podkoszulki głównych bohaterów. Roessler nie zwraca na to uwagi, licząc najprawdopodobniej, że podniesie atrakcyjność młodzieżowej obsady. W przypadku Sherry Leigh całkowicie pomysł pochwalam, gdyż w niektórych ujęciach wygląda jak transwestyta. Jednakże reszta rozpróżniaczonych nastolatków poradziłaby sobie bez tej bublowatej przygrywki, wzbudzając nawet sympatię widzów.
Szczerze powiedziawszy ciężko o pretensje do reżysera. Mimo wielu tragicznych rozwiązań, nadal jest to dzieło zabawne, starające się wykreować nowego psychopatę w panteonie grozy, dlatego znacznie łatwiej o uczucie żalu. Roessler podobnie jak Douglas McKeown, twórca doskonałego "The Deadly Spawn", nie stworzył nic poza "Slaughterhouse", znanym również jako "Pig Farm Massacre". Złośliwi będą tym faktem uraczeni, wytykając nudę, schematy, gafy strzelone na planie oraz muzykę. Ja natomiast widzę w tym obrazie zaskakująco dobre zdjęcia (Richard Benda skończył niestety jako operator kamery w filmach telewizyjnych), sprawny montaż i Joe B. Bartona, który przeszedł samego siebie jako chrumkający Buddy.
Nie jest to "Teksańska masakra piłą łańcuchową" Hoopera, do klimatu "Three on a Meathook" również daleko, lecz jeśli ktoś oglądał "Motel Hell" Kevina Connora i czuł się wspaniale, pochłonie "Slaughterhouse" i polubi Buddy’ego tak jak farmera Vincenta. Prawdziwie, z wzajemnością, w rytm radosnego pokwikiwania. Kto zgodzi się na ten flirt nie pożałuje. Możliwość wytarzania się w tak wybitnie niewymagającej myślenia porcji gagów i klasycznych kwestii, może szybko się nie powtórzyć. A dlaczego? Bo Buddy to dobry chłopak i jak na razie w historii filmowej grozy drugi taki się nie powtórzył.