Recenzja horroru

Skeeter (Komary śmierci)
Tytuł oryginalny:
Skeeter
Reżyseria:
Clark Brandon
Scenariusz:
Clark Brandon
Obsada:
Tracy Griffith, Jim Youngs, Charles Napier, Jay Robinson, William Sanderson
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1993
Czas trwania:
95 min.
Rodzina komarowatych liczy skromnie ponad dwa tysiące gatunków rozsianych po całej Ziemi. Owe uprzykrzające większość letnich wieczorów owady występują nawet na Arktyce. Poza nieprzyjemnym ukłuciem, jakie zadają swej ofierze, zagrażają one też jej zdrowiu, jako przenosiciele chorób, z których najniebezpieczniejszą jest malaria i żółta febra. Wyobraźmy sobie teraz, że te niewielkie stworzonka, wręcz miniaturowe, na skutek kontaktu z groźnymi chemikaliami, urastają do rozmiarów wrony i napastują mieszkańców spokojnej wioski tonącej w kurzu Texasu. Wykonane tandetną techniką, gumowe monstra Clarka Brandona, przenoszą coś znacznie bardziej zabójczego od malarii. Tym czymś jest nuda, przyozdobiona bukietem głupoty, od której w trakcie seansu równie trudno się opędzić, co od stada komarów w upalny weekend nad jeziorem.
"Płacz matek nie kończy się nigdy, życie to dziwka" – stwierdza kańciastoszczęki Charles Napier, pasujący do tandetnego repertuaru X muzy jak miecz do pochwy. Jego karkołomne ewolucje aktorskie są w obrazie Brandona bardziej przerażające od przecinających gorące powietrze pustyni moskitów. Podobny poziom reprezentuje reszta obsady, która zdaje się liczy na to, że głupota odgoni zmutowane monstra. Biorąc pod uwagę cały film, zabieg ten odniósł pewien skutek, gdyż komary w owym horrorku pojawiają się naprawdę okazjonalnie. A gdy już to czynią, śmiech i dzikie parskanie zalewa przestrzeń wokół nas, do tej pory wypełnioną dziewiczą nudą. Gumowe insekty odwołujące się do kina lat 50-tych, któremu nie urastają nawet do pięt, są jedynym argumentem przemawiającym za tym by ukończyć seans bez używania funkcji przewijania. Wszelkie kadry pozbawione bzyczących morderców, to rozciągnięty w czasie melodramat. Stwierdzić, zatem można bez żalu, iż "Skeeter" jest smutną, nostalgiczną opowieścią o umierającym amerykańskim miasteczku i jego dumnych mieszkańcach, ostatnich prawdziwych Amerykanach, która ciągnie się niczym guma do żucia przyklejona do podeszwy buta. Komary zdają się być w tym wszystkim jedynie banalnym tłem, mającym na celu podkreślenie heroizmu bohaterów, którym potężny koncern budowlany stara się odebrać ziemię i honor. Luksusowe osiedla w różowym odcieniu rozmnażają się niczym króliki, a firma będąca odpowiedzialną za ich tworzenie, pozbywa się swych toksycznych odpadów w wyjątkowo niecny sposób. Krótko mówiąc koszmar nie ma końca. Woda skażona, szeryf siedzi w kieszeni jakiegoś nadzianego ważniaka, a gdzieś tam w rozmytym od upału powietrzu moskity dalej fruwają, rozsiewając wokół tandetny zapach gumy, z której są zrobione.
Pojawia się jednak długo wyczekiwany bohater gotowy sprostać wszelkim przeciwnością losu. Młody zastępca szeryfa o duszy artysty, zabiegający w wolnych chwilach o względy pewnej rudowłosej istoty, którą zagrała Tracy Griffith (przyrodnia siostra Melanie). Wraz ze swym partnerem, którego żyłach płynie indiańska krew, "bujają" się po pustyni z nadzieją, że zdoła im się coś ustrzelić. Zachodzą tym sposobem za skórę nieodpowiednim ludziom, z którymi zmuszeni są odbyć wołającą o pomstę do nieba strzelaninę. W między czasie zastępca rzeźbi, czyniąc piękno ze złomu znalezionego w okolicy, a Indianin odprawia komiczne rytuały nad ciałem jednej z ofiar moskitów. Sztuką zajmuje się również Michael J. Pollard, niegdyś wspaniały aktor, nominowany do Oskara za rolę w "Bonnie i Clyde", teraz kiczowaty wyrobnik pojawiający się najczęściej w epizodach. W "Komarach śmierci" wygląda z początku jak Elton John dla ubogich, wygłaszający debilny wierszyk. Wyłącznie George "Buck" Flower, jak zwykle wspaniały, zapisuje się w pamięci, choć nie na tyle by sprostać próbie pozytywnego odbioru tego "dzieła".
Oczywiście do heroicznej walki z zajadłymi mutantami dojdzie, o to amatorzy kiczu bać się nie muszą. Niestety grubo wątpię by zrobiła na kimkolwiek wrażenie. Jednakże zainteresowani tematem mogą spokojnie sięgnąć po "Mosquito" z 1995 roku, w którym wystąpił Gunnar Hansen, oferujące ciut więcej przyjemności. Podsumowując, "Skeeter" Clarka Brandona, reżysera "Dark Secrets", powinno się zakopać głęboko, dół zalać betonem i na zawsze zapomnieć miejsce, w którym uczyniono tę przyjemność ludzkości.