Recenzja horroru

Singapore Sling
Tytuł oryginalny:
Singapore Sling: O anthropos pou agapise ena ptoma
Reżyseria:
Nikos Nikolaidis
Scenariusz:
Nikos Nikolaidis
Obsada:
Meredyth Harold, Panos Thanassoulis, Michele Valley
Kraj:
Grecja
Rok produkcji:
1990
Czas trwania:
115 minut






Przy realizacji "Singapore Sling" zamierzeniem reżysera Nikosa Nikolaidisa było stworzenie czarnej komedii z elementami starożytnej greckiej tragedii. Film miał mieć swoją premierę na festiwalu w Cannes, ale z premedytacją zakazano jego projekcji. Brytyjscy cenzorzy również popisali się totalną ignorancją zabraniając wyświetlania dzieła Nikolaidisa w tamtejszych kinach. Krytycy ze wszelkich stron świata jednoznacznie określili "Singapore Sling" za jeden z najbardziej perwersyjnych i dołujących kawałków artystycznego kina, jakie kiedykolwiek powstały. Na pewno jest to obraz nietuzinkowy, ociekający zwyrodnieniem i dekadencją, masochistycznie wręcz fascynujący i jednocześnie pełen jadowitego humoru, ale czy warto było go poszukiwać przez tak długi czas? W moim przypadku nie oczekujcie odpowiedzi innej, aniżeli jak najbardziej pozytywna.
Singapore Sling, zmęczony życiem i nadużywający alkoholu prywatny detektyw poszukuje Laury, jedynej wielkiej miłości, którą utracił przed trzema laty. Poszukiwania zaprowadzą go do willi, w której samotnie zamieszkują matka z córką. Obie kobiety są kompletnie szalone, zatrącają się w opętańczej grze seksualnej dominacji odtwarzając przy tym w nieskończoność morderstwa służących z przeszłości. Kiedy krwawiący od rany postrzałowej i skrajnie wycieńczony detektyw stanie na progu ich domostwa, z miejsca wpada w pułapkę. Zostaje uwięziony, przywiązany do łóżka oraz poddany seksualnym torturom. Dowie się przy okazji, że Laura być może padła ofiarą dwójki wariatek, a jej ciało wraz z innymi zwłokami podobno zostało pogrzebane w ogrodzie. W miarę upływu czasu to właśnie Singapore Sling stanie się stroną dominującą w perwersyjno-erotycznym piekle, jakie zgotowały mu obie kobiety, po to aby w finale wreszcie zamienić się w kata.
Nigdy, absolutnie nigdy nie oglądałem tak obłędnego filmu, a w swoim życiu jako miłośnik kina grozy we wszelkiej postaci widziałem już sporo. Nikolaidis w "Singapore Sling" prezentuje niewyobrażalnie dziki, orgiastyczny i odrealniony koszmar po brzegi wypełniony perwersją oraz skrajnie dekadencką atmosferą rodem z kart książek niesławnego markiza De Sade. Dodatkowym atutem tego jedynego w swoim rodzaju obrazu jest niewątpliwe sposób nakręcenia, bo muszę tu od razu zaznaczyć, iż "Singapore Sling" należy do filmów świadomie stylizowanych na kino noir. Eleganckie, czarno-białe zdjęcia znakomicie podkreślają przesycony mrokiem klimat, co więcej momentami czułem się tak, jakbym ponownie oglądał nakręcone w 1944 roku arcydzieło nurtu noir Otto Premingera zatytułowane "Laura", do którego reżyser wyraźnie nawiązuje (motyw detektywa poszukującego przepięknej kobiety imieniem Laura, dziwaczna tajemnica kryjąca się za jej zniknięciem). Odniesienia są liczne: film chociażby otwiera od razu rozpoznawalny temat muzyczny z "Laury" autorstwa Davida Raksina, swoją drogą synonimiczny z kinem noir. Pojawia się nawet jego wokalna wersja cudnie odśpiewana przez Julie London. W rezydencji wisi także portret córki przypominający obraz Laury w filmie Premingera. Od czasu projekcji "Eraserhead" Davida Lyncha dawno nie doświadczyłem na własnej skórze tak przerażająco mrocznej, zimnej, aczkolwiek uderzająco pięknej atmosfery wyalienowania i dekadencji, obficie jednak zroszonej niezwykle czarnym humorem. Ów praktycznie niemożliwy do oddania słowami nastrój znakomicie podkreśla wspaniała muzyka klasyczna, użyta doprawdy po mistrzowsku. Obu filmów nie da się jednak całkowicie do siebie porównać z tego względu, iż "Eraserhead" jest wyjątkowo dziwnym, eksponującym brzydotę futurologicznym horrorem, natomiast "Singapore Sling" odznacza się perwersyjno-seksualną atmosferą totalnego obłędu, która na pewno zirytuje licznych miłośników bardziej konserwatywnego kina grozy.
Nic w tym filmie nie jest do końca oczywiste, fabuła tylko pozornie wydaje się być prosta. Wszystko ocieka nieskrępowanym szaleństwem i rozpasaniem znajdującym swoje ujście pośród całej gamy dewiacji począwszy od kazirodztwa, sadomasochizmu, kanibalizmu czy sadystycznej przemocy, a na erotycznym lubowaniu się w wymiocinach skończywszy. Zapada w pamięć szczególnie scena, gdy córka próbując pobudzić unieruchomionego na łóżku detektywa do miłosnych igraszek rzyga mu na twarz. Równie odrażająca jest sekwencja posiłku we troje - to trzeba po prostu zobaczyć, by uwierzyć. Dodatkowo córeczka uwielbia się masturbować (czyni to min. przy użyciu owoca kiwi), a matka (przynajmniej miałem czasami takie wrażenie) nie do końca zachowuje się jak kobieta, jeśli chodzi o pożycie seksualne. Aktorstwo całej obsady (w zasadzie trzech głównych bohaterów włącznie) jest fenomenalne. To co chociażby wyprawia córka w filmie, toż to czysty obłęd! Co chwila dotyka się w intymne miejsca, niekiedy gada bez sensu zwracając się bezpośrednio do oglądającego (ciekawa, pachnąca nieco teatralnym zacięciem opcja użyta później min. w "Funny Games"), wymiotuje czym popadnie, trzęsie się niczym w miłosnej ekstazie - poproszę o aplauz na stojąco dla tej aktorki. Z kolei Singapore Sling to człowiek kompletnie złamany, pozbawiony zarówno przyjaciół jak i złudzeń, ciągle szukający utraconych wspomnień, dla przykładu romantycznej wizji Laury, kobiety z dalekiej przeszłości. Ona mogła umrzeć wiele lat temu, a on obsesyjnie kochałby nawet jej martwe ciało. To poniekąd sprawia, że tak łatwo wpada w pułapkę zastawioną przez obie kobiety niczym mucha wlatująca do pajęczej sieci. Pośród przytłaczającej atmosfery dekadencji i opuszczenia, matka wraz z córką kreują swój własny świat, oparty na przemianie seksualnych fantazji w wybuch perwersyjnej żądzy, stanowiącej miks przemocy z erotycznym uniesieniem. Owe sadystyczne i wciąż nieposkromione rytuały krwi i mordu odprawiane przez je obie znacznie przyczyniają się do wielkiej siły oddziaływania filmu.
"Singapore Sling" to film zjawiskowy, drapieżny, częstokroć balansujący na granicy dobrego smaku, wyznaczający granice pomiędzy szokiem, zmysłowością oraz czarnym humorem. Warto się za nim rozejrzeć, choć nie jest to kino dla typowych zjadaczy popcornu.