Recenzja horroru

Silent Night, Deadly Night
Tytuł oryginalny:
Silent Night, Deadly Night
Reżyseria:
Charles E. Sellier Jr.
Scenariusz:
Michael Hickey
Obsada:
Roberta Brian Wilson, Gilmer McCormick, Lilyan Chauvin, Toni Nero
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1984
Czas trwania:
85 minut






"HO! HO! HO!" - ten znany Wam zapewne okrzyk, nie będący bynajmniej wyrazem aprobaty i uwielbienia dla jednego z rodzimych serwisów poświęconych grozie, to znak rozpoznawczy rubasznego tłuściocha, który wręcza dzieciakom prezenty i szepcze słodziutkie słówka. Ale tylko pod warunkiem, że było się grzecznym przez ostatni rok. Inaczej bowiem można się narazić na dotkliwą karę. Jeśli pech prześladuje Was na każdym kroku możesz spotkać na swej drodze Świętego Mikołaja pokroju tego z "Silent Night, Deadly Night", dla którego pojęcie "kara cielesna" to zupełnie inny wachlarz dolegliwości niż moglibyście sobie wyobrazić.
W drodze powrotnej ze świątecznych odwiedzin u chorego dziadka, rodzina Chapman’ów zatrzymuje się, żeby pomóc Świętemu Mikołajowi, któremu właśnie zepsuł się samochód. Nieświadomi faktu, że przed paroma minutami pogodnie wyglądający facet zabił człowieka, popełniają największy błąd w życiu. Czerwono odziany pan szybko odsyła ich do Stwórcy, aczkolwiek nie udaje mu się schwytać małego Billy’ego. Kilka lat później przenosimy się do sierocińca, gdzie twardą ręką rządy sprawuje ultra-konserwatywna Matka Przełożona, zwolenniczka - jakże by inaczej - bezwzględnego posłuszeństwa i fizycznych kar. Na skutek jej działań Billy dostaje kolejnego urazu na psychice. Kiedy już jako dorosły człowiek podejmuje pracę w lokalnym sklepie, nie przewiduje, że najbliższe święta nie będą dla niego udane. Podobnie zresztą jak i dla wielu innych osób. Traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa ponownie dają o sobie znak, spotęgowane przez pranie mózgu, któremu został poddany w sierocińcu. Tłumione przez wiele lat emocje znajdują ujście i Billy przeradza się w wyjątkowo nieprzyjemnego Świętego Mikołaja: od teraz przy rozdawaniu prezentów (czy raczej razów), kieruje się zasadami wpajanymi mu przez Matkę Przełożoną: "Kara jest sroga, kara jest konieczna, kara jest dobra!"
Jak wiadomo, "Silent Night..." tuż po premierze wywołał szereg kontrowersji wśród amerykańskiej społeczności. Projekcje filmu były poprzedzane manifestacjami rodziców, którzy w ten sposób wyrażali swoje oburzenie dla treści w nim przedstawionych, choć, co ciekawe, wcześniejsze filmy poruszające podobny temat (chociażby "Christmas Evil"), nie stały się obiektem takich ataków. Pozostawiając to jednak na boku, kwestia tychże protestów jest, jak dla mnie, nie do końca jasna. Chodziło o odmienny obraz Świętego Mikołaja, będący swoistym zszarganiem jego dotychczasowego nieskazitelnego wizerunku, czy o sposób w jaki pokazano szkołę dla osieroconych dzieci prowadzoną przez zakonnice, na czele z dobrze ześwirowaną Matką Przełożoną? O ile rozumiem drugi powód, pierwszego nie jestem w żaden sposób sobie wytłumaczyć. Czyżby dorośli ludzie nadal wierzyli w Świętego Mikołaja? A może to wszystko było dla dobra dzieci? No ale przecież najmłodsi (i pewnie też ci ciut starsi) chyba nie oglądali "Silent Night..."? Bo jeśli byłoby inaczej, oznaczałoby to, że są niegrzeczni, bardzo niegrzeczni... Mniejsza o to. W owym czasie film mógł wywołać emocje, jednakże dzisiaj już raczej nikogo nie wzburzy. Pomijam fakt, że od tamtego czasu świąteczny symbol został już zbesztany kilkakrotnie (np. "Santa Claws"), więc podejrzewam, że nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy makabrycznego obrazowania świąt dali sobie spokój z pikietowaniem kin i pisaniem petycji.
Jednak uderzyć w świąteczną symbolikę nie jest tak łatwo. Trzeba to umieć zrobić umiejętnie i efektownie, bo napluć na choinkę to każdy głupi potrafi. Charles E. Sellier Jr. całkiem sprawnie daje sobie z tym radę. Nieźle tworzy sielankowe (ale nie przesłodzone) obrazy, aby potem w odpowiednim momencie, łącząc napięcie oraz makabrę, wprowadzić w miejsce świątecznej aury atmosferę terroru. Tak się dzieje zarówno w pierwszych minutach filmu, w których zostają zamordowani rodzice Billy’ego, jak i w późniejszych, w których szalony młodzieniec przebrany za Świętego Mikołaja nie oszczędza już nikogo. Co prawda niektóre krwawe mordy są zbyteczne i miały chyba na celu jedynie podwyższenie statystyki ofiar "świętego" (nie pasujący do całości atak na młodziaków zjeżdżających na sankach), ale nie jest to coś, co wpływałoby w znaczący sposób na odbiór filmu. Spośród w sumie dość licznych, całkiem nieźle wykonanych scen gore warto wspomnieć dwie najbardziej charakterystyczne: pierwsza z nich to oczywiście ta, w której zdobyczna Linnea Quigley, zostaje niemalże jako trofeum umieszczona na porożu. To bez wątpienia jeden z najbardziej pamiętnych momentów w filmowej karierze słynnej Królowej Krzyku i w historii "christmas slasherów". Druga to duszenie świątecznymi lampkami, co z kolei przekształciło się w wizytówkę całej serii, która doczekała się obecnie aż czterech, zaznaczmy od razu, że znacznie gorszych od "jedynki", kontynuacji. Jednakże nie tylko te udane sceny świadczą o sile filmu. Reżyserowi udało się wytworzyć odpowiedni nastrój, oczywiście zgoła odmienny od radosnego, jednakże z pewnością mile widziany przez większość fanów gatunku. Może nie dorównuje atmosferze "Black Christmas" Boba Clarka, najlepszemu horrorowi ze świętami w tle, czy nawet "Silent Night Bloody Night" Theodore’a Gershuny’ego, ale ma w sobie ten specyficzny urok, dzięki któremu poczujecie magię makabrycznych Świąt. Dodatkowo mocnym punktem filmu jest dobry dobór obsady i mam tu na myśli nie tylko Roberta Briana Wilsona, który wcielił się w postać Świętego Mikołaja, ale również Lilyan Chauvin jako Matki Przełożonej i Willa Harego w roli niezrównoważonego dziadka, który jest naprawdę przerażający.
"Silent Night..." to nic innego niż slasher obszyty w strój Świętego Mikołaja, tyle że to właśnie ten świąteczny element nadaje filmowi odpowiedni klimat. Fani gatunku mogą śmiało po niego sięgnąć, nie tylko w okresie bożonarodzeniowym. Oczywiście o ile wcześniej zasłużyli sobie swoim odpowiednim zachowaniem na jego obejrzenie. A jak jest z Tobą, Drogi Czytelniku? Czy Ty też byłeś grzeczny w tym roku?