Recenzja horroru

Sexandroide
Tytuł oryginalny:
Sexandroide
Reżyseria:
Michael Ricaud
Scenariusz:
Obsada:
Kraj:
Francja
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
57 minut






Zdarza się czasami, iż po obejrzeniu jakiegoś filmu zadajemy sobie zasadnicze pytanie: co to do diaska było? Po zakończeniu projekcji "Sexandroide" szczena opadła mi aż do ziemi, a musicie wiedzieć, że lubuję się w surrealistycznych dziwactwach i wszelkiej maści filmowej psychodelii. Natychmiast zajrzałem na niezawodną IMDb, aby rzucić okiem pod czym jeszcze podpisał się niejaki Michel Ricaud. Otóż facet wyreżyserował szereg filmów porno np. "Sexterror" (1990) czy "Les Menteuses" (1992), a 28 czerwca 1993 roku zginął tragicznie na Seszelach, gdy fala morska zmyła go ze skały. Niewiele tych informacji, ale cóż począć. "Sexandroide" to przykład kina absurdu posuniętego do totalnego ekstremum – przypuszczam, iż intencją tworców było naśladownictwo popularnych we Francji w latach 1890-1960 pokazów teatralnych ‘Grand Guignol’. Po prostu "Les Sexandroides" (alternatywny tytuł filmu obok "La Dagy de Les Sexandroides") ogląda się niczym pełen makabry i erotyki spektakl rozgrywający się na deskach obskurnego paryskiego teatru.
Posługując się teatralną terminologią "Sexandroide" można podzielić na trzy akty. W pierwszym samotna kobieta siedzi sobie w barze. Niestety ktoś jej wyraźnie nie darzy sympatią, ponieważ jesteśmy świadkami, jak nieznajoma osoba tworzy laleczkę voodoo z jej podobizną. Kobieta, wypiwszy kilka drinków, udaje się do łazienki, aby zwymiotować. Wówczas nieznany mężczyzna zaczyna "zabawiać" się laleczką. Najpierw obdziera ją z ubrania, co natychmiast przytrafia się przebywającej w łazience bohaterce aktu. Następnie dźga laleczkę w różne części ciała (w oczy, piersi i krocze), po czym pali jej twarz, podcina gardło i wiesza zabawkę. Nie muszę chyba wspominać, iż ekran zostaje w tym momencie zbryzgany krwią podpitej niewiasty.
Akt drugi jest jeszcze bardziej makabryczny. Odziana na czarno kobieta schodzi schodami do lochu. Znienacka pojawia się tajemniczy osobnik, również ubrany w czerń, z kapeluszem zasłaniającym jego głowę i kładzie się na ziemi. Zaskoczona ‘gotka’ krzyczy kilkakrotnie na niego; w końcu bohater aktu powstaje i znika widowni (nam) z pola widzenia. W czasie jego nieobecności kobieta rozbiera się i zaczyna tańczyć niczym android na kwasie. I znowu pojawia się zakapeluszony osobnik, lecz tym razem ściąga maskę i ujawnia swe szkaradne oblicze upiora. Natychmiast przykuwa ‘gotkę’ kajdanami do krzesła i rozpoczyna tortury. Najpierw przekuwa jej brodawki igłami (jestem pewien, że nie wchodzą w tym przypadku w grę żadne efekty specjalne), po czym nacina jej kilka razy twarz nożem, by następnie uciąć sobie rękę. Wreszcie wbija jej ostrze w oczodół i wyjmuje gałkę oczną na wierzch oraz dźga kobietę w pierś. W końcu ghoul rozpruwa sobie brzuch i wyjmuje wnętrzności. Oboje leżą przez pewien czas obok siebie, wstają, upiór daje swojej towarzyszce różyczkę i wracają schodami do góry (?!). Koniec aktu drugiego.
No i rozpoczyna się akt trzeci – w trumnie leży wampir (być może sam hrabia Dracula). Na scenę wkracza dziewczyna odziana w żałobny strój. Krwiopijca budzi się, wstaje ze swego miejsca spoczynku i zdziera z niewiasty ubranie (wygląda to nadzwyczaj zabawnie, bo aktorka zdaje mu się w tym pomagać :)). Gryzie niewiastę w szyję, a następnie z powrotem kładzie się w trumnie. Dziewczyna umiera, ale czy rzeczywiście? Nie, szybko bowiem powraca do życia jako rozebrana wampirzyca z zabawnymi kłami. I co się dzieje dalej? Ano zaczyna tańczyć ponętnie w takt dwóch przebojów Tiny Turner (?!?!?!) niczym zawodowa stritizerka z taniego klubu go-go. Jasna cholera, czym wspomagali się twórcy "Sexandroide", bo też chciałbym spróbować :). Po seksownym tańcu, który rozgrzał mnie do czerwoności, wampirzyca dostaje się do otwartej trumny wampira, a krwiopijca wiesza na jej spodzie tabliczkę "nie przeszkadzać" i zamyka wieko. The end.
Nie da się opisać słowami, jak dziwaczny jest "Sexandroide". To przykład kina klasy Z w najczystszej postaci, ale ogląda się go z wybałuszonymi oczami. Fani filmów eksploatacji czy horroru typu gore nie będą zawiedzeni, bo obraz Ricauda zawiera mnóstwo krwi i golizny. Szczególnie akt drugi zalewa widza potokami posoki i nieco przypomina mi poryte skrzyżowanie "Guinea Pig: Flowers of Flesh and Blood" Hideshi Hino z "The Wizard of Gore" Hershella Gordona Lewisa. Pokochałem ten trash od pierwszego obejrzenia.