Recenzja horroru

Serial Rapist
Tytuł oryginalny:
Jusan-nin renzoku bokoma
Reżyseria:
Koji Wakamatsu
Scenariusz:
Izuru Deguchi
Obsada:
Kumiko Araki, Mayuko Hino, Kayoko Sugi, Maya Takagi, Ami Takatori
Kraj:
Japonia
Rok produkcji:
1978
Czas trwania:
60 minut






"Elephant" (1989) – minimalistyczny film Alana Clarke rozgrywający się w trakcie rozlewu krwi w Irlandii Północnej. Tytuł pochodzi od określenia "słoń w naszym living roomie" użytego przez Bernarda MacLaverty’ego jako opisu kolektywnej negacji podskórnych problemów socjalnych nękających Belfast i okolice. To praktycznie pozbawiona dialogów kronika 18 bezlitosnych morderstw następujących jedno po drugim. Brak fabuły, narracji, muzyki nadaje "Elephant" kliniczny, obserwacyjny charakter. Morderca jest nikim, podobnie jak jego ofiary. Każde z zabójstw ma miejsce po cichu, ot, tak po prostu. Zastrzeleni ludzie ukazywani są przez kilka sekund jako statyczne ujęcia ciał. Film Clarka zainspirował Gusa Van Santa do nakręcenia własnego "Elephant" (2003), opartego na tragicznej strzelaninie w szkole Columbine. "Serial Rapist" Koji Wakamatsu ma także charakter kronikarski, na który składa się 13 brutalnych morderstw popełnionych przez samotnego anonimowego rowerzystę.
Grubawy, odziany w ogrodniczki i różową koszulkę, poruszający się rowerem seryjny gwałciciel / morderca pozbawia życia 13 przypadkowych osób (w większości kobiet) w odhumanizowanym szale zabijania. Najwyraźniej lubi spędzać czas w pobliżu rzeki wpatrując się w dymiące kominy fabryczne i nasłuchując hałasu startujących do lotu maszyn. Czasem leży w trawie i marzy, czasem pędzi ku nieznanemu krzycząc doniośle. Towarzyszy mu łagodny dźwięk saksofonu... Mieszka w brudnej, opuszczonej szopie, do której zwabia policjantkę. Najpierw umiera gospodyni domowa zgwałcona i zastrzelona we własnym mieszkaniu, potem bezimienny sprawca morduje koło rzeki malarkę zakładów przemysłowych, po czym dopuszcza się aktu nekrofilii na zwłokach. Uprawiająca miłość para zostaje zastrzelona w samochodzie – mężczyzna ginie od razu, kobieta po gwałcie. W następnej kolejności ofiarami rowerzysty padają: kolejna parka zabawiająca się w chaszczach nieopodal rzeki, dziewczyna z popcornem zgwałcona, przywiązana do rury i z zimną krwią zabita na dachu budynku, jeszcze jedna para zastrzelona w mieszkaniu, pijana dziewczyna wykorzystana seksualnie w toalecie i zastrzelona, mężczyzna – przypadkowy świadek tego zdarzenia, wreszcie kobieta w niebieskiej sukience zaciągnięta na teren bagienny, tam zgwałcona i zamordowana. Więziona przez sprawcę policjantka pada martwa od dwóch strzałów z bliskiej odległości. Jedynie czternastą ofiarę – niewidomą niewiastę – spotyka odmienny niesprecyzowany los.
Zimny, przeżarty nihilizmem katalog gwałtu i morderstw będących jednym wielkim krzykiem samotności. Minimalistycznie nakręcony, a co za tym idzie nabierający cech paradokumentalnych. Pozbawiony humoru, jakichkolwiek oznak optymizmu, poetycki, szorstki, hipnotyzujący monotonną rozpaczą violent pink. Wyjący saksofon Kaoru Abe stapia się z głosem rowerzysty stanowiąc niejako kontrast wobec młodzieńczej naiwności społecznego wyrzutka. Wyalienowanie mordercy zagubionego w mrówczym tłumie ludzi obojętnie podążającym przed siebie jest przytłaczające. Scena, w której chłopak obserwuje erotyczne igraszki kochanków przez okno samochodu przywodzi na myśl "Maniaka" (1980) Williama Lustiga. W tle słychać jedynie odgłosy przejeżdżającego pociągu, wnet gwałtownie zagłuszone przez krzyki mordowanej pary... A stojący na skraju rzeki saksofonista cierpliwie gra na instrumencie – tak jakby ponaglany przez płynący czas...