Recenzja horroru

Seed
Tytuł oryginalny:
Seed
Reżyseria:
Uwe Boll
Scenariusz:
Uwe Boll
Obsada:
Will Sanderson, Ralf Moeller, Michael Paré, Jodelle Ferland
Kraj:
Kanada
Rok produkcji:
2007
Czas trwania:
85 minut






"Czasami wydaje mi się, że ziemia byłaby lepszym miejscem gdyby nie była zamieszkana przez ludzi"
Uwe Boll
Mając opinię najgorszego reżysera świata, trudno jest zebrać fundusze na kolejny film. Uwe Boll sfinansował "Seed" między innymi za pieniądze niemieckich dentystów. Tamtejszy system podatkowy pozwala na odpisanie od podatku znaczących sum, jeśli przekaże się je np. na produkcję filmową. Szczegółów nie znam, ale Boll przyznaje, że ciężko pracował nad zebraniem potrzebnych pieniędzy na drugi z projektów, które są efektem jego frustracji i złości. Reżyser musiał chodzić od jednego gabinetu dentystycznego do drugiego i osobiście przekonywać stomatologów do zainwestowania w brutalną i nihilistyczną opowieść o bestii drzemiącej w każdym człowieku. Czy za pieniądze zarobione na wyrywaniu zębów może powstać dobry film? Czy Uwe Boll może nakręcić przejmującą opowieść, którą można postawić na półce zaraz obok "Henry: Portrait Of A Serial Killer" czy "Irreversible"? Być może nie ma potrzeby przesadnie się ekscytować i pisać od nowa książek o horrorze, ale faktem jest, że Boll tym filmem daje widzowi porządnego kopa prosto między oczy…
Seed to bezwzględny, psychopatyczny morderca, który w bestialski sposób rozprawia się ze swoimi ofiarami. W nagłówku artykułu prasowego, który pojawia się na ekranie, można znaleźć informację, że w ciągu 6 lat zamordował 666 osób. Podczas akcji na odludnej farmie, przy niemałych stratach własnych, policji udaje się schwytać zwyrodnialca. Staje on przed obliczem Temidy i zgodnie z prawem stanowym zostaje skazany na śmierć na krześle elektrycznym. Istnieje jednak przepis,który stanowi, że ktokolwiek przeżyje trzy 45 sekundowe aplikacje normalnie zabójczej dawki prądu, musi zostać wypuszczony na wolność, a wszelkie zarzuty pod jego adresem ulegają kasacji. Seed wykazuje oznaki życia po ostatniej próbie uśmiercenia go wysokim napięciem. Jednak przedstawiciele prawa nie mają zamiaru wypuścić go na wolność, pozwolić na dalsze morderstwa – uznają go za martwego i w pośpiechu chowają (żywcem!) na przywięziennym cmentarzu. Niestety, los płata im okrutnego figla. Niesamowita siła witalna, która sprawiła, że morderca przeżył krzesło elektryczne, pozwala mu wydostać się z grobu. Zdeformowany uderzeniami prądu Seed dyszy chęcią odwetu i poprzysięga okrutną zemstę…
Zostawiając na chwilę fabułę i wymowę obrazu, trzeba zauważyć, że pierwsze co się rzuca w oczy to fakt, że Boll jest sprawnym reżyserem. Potrafi nakręcić co najmniej poprawny technicznie film. Więcej nawet, umiejętnie kreuje klaustrofobiczny nastrój podczas początkowej sceny rajdu na farmę. A dalej jest równie dobrze – akcja poprowadzona jest prosto, nie gubi się i nie rozłazi, technikalia są bez większych skaz – solidny montaż, umiejętne kadrowanie. Oceniając samo tylko wykonanie nie można wymarzyć sobie lepszego dowodu na to, że określenie "najgorszy reżyser świata" jest zwyczajnie fałszywe. Oczywiście nie można tu mówić, o jakimś "stylu Bolla", wizualnej maestrii, która zostawałaby w pamięci widza. Celowy zabieg czy niedomagania warsztatowe, w każdym razie powoduje to, że w uwaga oglądającego skupia się niemal wyłącznie na fabule. Jedyne co może razić w większym stopniu, to przeszarżowana momentami gra aktorska. Boll nie potrafi zapanować nad postaciami i pozwala im na przesadne okazywanie emocji, ocierające się o afektację. Co przy stosowaniu niemal Dryerowskich zbliżeń twarzy daje nieciekawy efekt. Filmowi brakuje finezji (i to na dwóch poziomach, o czym później), to fakt. Ale solidna rzemieślnicza robota też zasługuje na uznanie, szczególnie w tym przypadku. Wreszcie, stawiam dolary przeciwko orzechom, że 99% widzów, którym wyświetlono by "Seed" nie informując o tym, kto jest reżyserem, nawet przez myśl by nie przeszło nazwisko Niemca.
Boll pisał scenariusze do "Postal" i "Seed" równocześnie. Musiał dać upust negatywnym emocjom, które w nim kipiały. Agresja i złość skierowana przeciwko krytykom, którzy nie potrafią wyjść poza oklepane formułki, równające z ziemią reżyserskie dokonania Uwe. A także przeciw wielu plagom współczesnego świata – terroryzmowi, religijnej bigoterii, nadużyciom politycznej poprawności i tym podobnym. Te drugie cele zostały zaatakowane w "Postal". Krytykom dedykowany jest "Seed". I choć można się spierać co do wartości filmu, to wymierzony w rozgorączkowanych "Boll-bashers" kinematograficzny cios jest tak mocny, że anonimowe internetowe chłystki, gdyby miały choć trochę przyzwoitości, powinny paść na deski. Tak jak uznani krytycy, którzy zebrali cięgi w Vancouver podczas pamiętnego meczu bokserskiego.
Przemyślenia Bolla na temat człowieczeństwa nie są zbyt optymistyczne. Archetypiczna opozycja dobra i zła (reprezentowana w tym przypadku przez stróżów prawa z jednej i przestępcę z drugiej strony), zostaje podważona i ostatecznie całkowicie zniesiona. Ale nie ma to nic wspólnego ze schematami kina noir, gdzie detektyw, być może był cynicznym i brutalnym skurwysynem, lecz takie były reguły gry przestępczego światka. A poza tym w gruncie rzeczy bohater był w głębi duszy romantykiem, marzącym o wielkiej miłości i tak naprawdę równym facetem, którego okrutny świat zmusza czasem do bycia bydlakiem. W świecie wg Bolla, przedstawiciele prawa są całkiem zwyczajnymi ludźmi, mają żony, dzieci, normalne życie, przechodząc obok nich na ulicy, nawet nie skierowałbym w ich stronę uwagi. Najnudniejsza z możliwych normalność. A jednak są w stanie złamać prawo, a także pochować człowieka żywcem. Ta decyzja stawia ich po jednej stronie z Seedem, znosi podział na dobrych i złych. Można zgłaszać zastrzeżenia, że zakopanie, nawet i żywego, wielokrotnego mordercy, jest mniejszym złem niż jego zbrodnie. Z filozoficznego punku widzenia, idealistyczna odpowiedź etyczna brzmi, że zło jest kategorią niestopniowalną. Ale zupełnie nie w tym rzecz. Boll z pietyzmem dwukrotnie pokazuje przebieg egzekucji i wyraźnie mówi, że kara śmierci (szczególnie wykonywana przy użyciu krzesła elektrycznego) jest takim samym bestialstwem, jak mordercze ekscesy Seeda. Być może straszniejszą nawet, bo dokonywaną w majestacie prawa, zaprzęgając do tego powagę państwa, w zracjonalizowanych warunkach, bezduszną. Drugie dno tego, co pokazuje reżyser to łatwość z jaką człowiek godzi się na zło. Skoro ci, którzy stoją po stronie prawa, zwykli ludzie, są w stanie dokonać czynu tak okrutnego (wszak Seed mógł zostać uśmiercony przed pochowaniem, niekoniecznie przy użyciu legalnych metod), to zbrodnie pogrzebanego żywcem są tylko ekstrapolacją, predylekcją do czynienia zła posuniętą do granic. Ale wszyscy jesteśmy jej nosicielami. Każdy przedstawiciel homo sapiens jest nosicielem zła, które prędzej czy później musi znaleźć ujście, a czasem zostaje doprowadzona do ekstremum. Te ludzką skłonność do okrucieństwa podkreśla dodatkowo otwierający film, materiał pokazujący znęcanie się nad zwierzętami. (Tu dygresja: te inicjalne sceny są jak najbardziej autentyczne, reżyserowi udostępniła je PETA, na działalność której Boll postanowił przeznaczyć bodaj 10% zysków z filmu). Człowiek wyładowuje swoje agresywne instynkty nie rozróżniając gatunków. Tę myśl obrazuje filmik, który uwiecznia ewolucję rodzaju ofiar Seeda – od małych owadów i zwierząt, przez dzieci, po dorosłych.
A konkluzja filmu jest jeszcze bardziej przygnębiająca. Mimo wszystkich tych tendencji drzemiących w nim, ukrytego zła, człowiek jest w stanie ograniczenia te przekroczyć. Jeden z policjantów zdobywa się na akt ostatecznego poświęcenia, absolutną ofiarę. Ale ten krótkotrwały akt transgresji, ofiara pozostaje nadaremna, nikogo nie ocala. Świat jest miejscem dzikim, okrutnym, brutalnym, bezdusznym i zimnym. Człowiek jest niczym. Zbawienia nie ma…
A wszystko gnije i obraca się w proch, z którego sterczą tylko bielejące kości. Czego również Boll nie omieszkał zobrazować. Na jednej z kaset wideo, które zdobywa policja, zarejestrowane są wspomniane już etapy rozkładu różnych ofiar mordercy. Co ciekawe, aby uzyskać realistyczny efekt, do wykonania ciał użyto prawdziwego mięsa i faktycznie zostawiono, by uległo rozkładowi gnilnemu, co skrzętnie dokumentowano. Więc to, co widać na ekranie, w dużym stopniu odpowiada prawdzie. Reżyser przyznaje, że miejsce, gdzie ta sekwencja była kręcona przyprawiało o mdłości – gnijące mięso, koszmarny smród i tysiące owadów i larw potrafiło zapewne pozbawić humoru nawet największego optymistę.
Te medytacje Niemca nad naturą ludzką podobne są do wniosków Gaspara Noe z "Irreversible". Tylko Boll stara się być bardziej serio. Twórca "Seul Contre Tous" przyznawał otwarcie, że jego obraz z pamiętną dziewięciominutową sceną analnego gwałtu na Monice Belluci, wziął się z pomysłu, by nakręcić jak najbardziej brutalny rape&revenge, bez większych ambicji, ale tak by zaszokować canneńską publiczność. Wojciech Kuczok w swojej książce "To piekielne kino" pisze o świecie przedstawionym "Irreversible" jako anus mundi. Boll stroi się w piórka filozofa i trochę niestety zawodzi. Uczynienie z tytułowego bohatera niezniszczalnej maszyny do zabijania, groteskowo podobnej do Jasona (worek na głowie) czy innego Freddy’ego odbiera filmowi siłę wyrazu. Mieszanie konwencji – od slashera po dramat, nie wpływa na jakość wywodu. A tandetna symbolika w tylu "666 ofiar w 6 lat" wywołuje sarkastyczny śmiech. Albo jak tu nie kręcić z niedowierzaniem głową, gdy Seed wydostaje się z grobu, jakby nic się nie stało, nie okaleczył go prąd. Moim zdaniem to największa wada filmu. Ale klub "Odbytnica", wbrew pozorom, znajduje się bardzo niedaleko kryjówki Seeda.
Z "Irreversible" dzieło Bolla łączy jeszcze jeden charakterystyczny element. Z filmu Noe najbardziej w pamięć zapadła mi nie Belluci na ziemi w przejściu podziemnym, tylko masakra wykonana gaśnicą. W "Seed" morderca używa młotka, ale scena jest podobnie jednym z centralnych punktów filmu. Reżyser rozpoczyna sekwencję od widoku psychopaty uderzającego przerażoną, związaną kobietę jedynie delikatnie. Jakby dawał widzowi czas na przygotowanie się na niewiarygodną eksplozję przemocy, która za chwilę następuje. Można się zżymać na niedostatki realizacyjne i momentami zbyt widoczną sztuczność komputerowych efektów specjalnych, ale efekt jest i tak piorunujący. Intensywnością scena spod ręki Bolla bije na głowę ekscesy zawarte w całej serii "August Underground".
Z powodu nadprzyrodzonych właściwości tytułowego mordercy nie można zaliczyć "Seed" to klasy filmów takich jak "Angst" czy "Henry: Portrait Of A Serial Killer" – brak tu niezbędnego realizmu. Ale niewątpliwie jest to kino mocne i surowe, próbujące potrząsnąć widzem. Reżyserowi zdarzają się drobne potknięcia (scena gdy Seed wydostaje się z grobu i przechodzi obok cel współwięźniów wywołała u mnie parsknięcie śmiechem), ale w żaden sposób nie przekreślają one wartości dzieła. Co prawda Boll filozofuje tak samo jak się śmieje – w sposób dość prosty, by nie rzecz prymitywny. Do kanonu niemieckie myśli filozoficznej daleko mu jak do najbliższej galaktyki. Lecz ten mizantropijny i nihilistyczny głos na pewno zasługuje na najwyższą uwagę. Tutaj ekranowa przemoc wyraźnie spełnia rolę służebną, nie jest celem samym w sobie. Tym filmem Boll zrehabilitował się całkowicie. Oto narodził się nowy Uwe, który jeszcze pewnie nie raz pozytywnie zaskoczy widza.