Recenzja horroru

Screams of a Winter Night
Tytuł oryginalny:
Screams of a Winter Night
Reżyseria:
James L. Wilson
Scenariusz:
Richard H. Wadsack
Obsada:
Matt Borel, Gil Glasgow, Patrick Byers, Mary Agen Cox, Robin Bradley
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1979
Czas trwania:
91 minut






"Podczas festiwalu filmów grindhouse w Los Angeles w 2007 roku Quentin Tarantino zaprezentował zgromadzonej w kinie publiczności kopię 35mm "Screams of a Winter Night" pochodzącą z jego obszernej prywatnej kolekcji. W trakcie pokazu znany reżyser z zapałem zapewniał o innowacyjności filmu, zwłaszcza w kontekście trzech opowiastek osadzonych w fabule. Napomknął również o niskim budżecie, któremu towarzyszyło całkiem niezłe aktorstwo, reżyseria, zdjęcia i efekty specjalne. Film kosztował mniej niż przeciętny reklamowy spot wyświetlany w regionalnej amerykańskiej stacji telewizyjnej. Dźwiękowiec "Screams of a Winter Night", Rod Judkins dwukrotnie zdobył Oscara za "Park jurajski" oraz "Szeregowca Ryana", William Ragsdale zagrał w 1985 roku pierwszoplanową rolę w wampirycznym horrorze komediowym "Fright Night" Toma Hollanda, a Gil Glasgow nadal występuje w filmach." – Richard H. Wadsack, scenarzysta "Screams of a Winter Night" (1979).
Dziesięcioro młodych przyjaciół postanawia spędzić weekend w opustoszałej chatce położonej w pobliżu jeziora Kojotów, nazywanego tak przez Indian ze względu na niezwykle silny wiatr co rusz nawiedzający ów obficie zalesiony rejon Louisiany. Wszechobecna atmosfera osamotnienia sprzyja opowiadaniu mrożących krew w żyłach historii przy rozżarzonym kominku. John (Matt Borel) snuje opowieść o "Człowieku z Torfowisk" – monstrualnym, przypominającym Sasquatcha mieszkańcu leśnej gęstwiny, na którego niefortunnym trafem natyka się miejscowa dziewczyna oraz jej chłopak podróżujący samochodem. "Zielone światło" Steve’a (Gil Glasgow) dotyczy trojga śmiałków przyjmujących zaproszenie do spędzenia nocy w wymarłym hotelu z nawiedzonym drugim piętrem. Smaczku tej historii dodaje sam fakt jej nakręcenia w Caspari Hall, opuszczonym akademiku uniwersytetu Northwestern State w Natchitoches (Louisiana), gdzie ongiś uczyli się członkowie obsady. Wystraszona przez nadnaturalne opowieści grupka zdaje się nie słyszeć coraz bardziej intensywnego skowytu wiatru na zewnątrz... Wreszcie sceptyczna Elaine (Mary Agen Cox) zapoznaje pozostałych z Annie, psychicznie chorą dziewczyną, która na skutek nieudanej próby gwałtu przeobraża się w bezlitosną morderczynię. Trzecia historia wprawia zgromadzonych w stan nerwowego osłupienia prowadzący do eksplozji histerii, gdy do chatki wdziera się skowyczący wiatr... bicz indiańskiego przekleństwa...
Znany z zamiłowania do obskurnego kina eksploatacji Quentin Tarantino (czego dowodem jest chociażby posiadanie przez niego osobistej kopii filipińskiej hybrydy horroru i kung-fu "Bruka: Queen of Evil" z 1970 roku, filmu który przez wiele lat uchodził za zaginiony) mocno zachwala niskobudżetowy "Screams of a Winter Night" (kosztował zaledwie 300 tysięcy dolarów). I trudno mi się z nim nie zgodzić, bo pełnometrażowy debiut Jamesa L. Wilsona potrafi zmrozić krew w żyłach mimo przyjacielskiego ratingu PG (zero gore, narkotyków i seksu). Groza niesiona przez snute opowiastki i demoniczny wicher stopniowo narasta, by w finale osiągnąć szaleńcze apogeum, istne crescendo histerii i terroru. Opuszczona drewniana chatka w głębi lasu od razu nasuwa wyraźne skojarzenia z "The Evil Dead" (1982) Sama Raimiego, natomiast otaczająca van grupka groteskowych wieśniaków wygląda jakby żywcem wyjęta z planu "Deliverance" (1972) Johna Boormana. W złowieszczym, utopionym w zgniłych jesiennych barwach lesie wicher unosi wraz ze sobą widmo starej indiańskiej klątwy, a gęstą płachtę ciemności rozdzierają przeszywające do szpiku kości krzyki mordowanych. Twarze obozowiczów siedzących przy kominku wizualizują się ponownie w przytoczonych opowieściach, z których (obok rewelacyjnej końcówki) na największą uwagę zasługuje trzecia traktująca o splugawionej niewinności i morderczym purytańskim szale. W historii numer jeden pojawia się przyczajony w mroku Bigfoot; słychać również stukanie butów wisielca o dach samochodu. Z kolei "Zielone światło" wieńczy naznaczona wędrówką pośród namacalnych cieni i nerwowym wyczekiwaniem implikacja subtelnej i niewysłowionej grozy rodem z kart antologii Roberta Aickmana.
Po oszukańczym dealu dystrybucyjnym z Dimension Pictures (rozprowadzali m.in. "Scum of the Earth" S.F Brownrigga, "Gator Bait" Freda i Beverly Sebastian, "The Redeemer: Son of Satan" Constantine Gochisa, "The Kingdom of Spiders" Johna ‘Buda’ Cardosa i "Getting Even" Harry Kerwina) rozczarowani filmowcy skupili się na marketingu i pracy nad ogłoszeniami. Jak wspomina Wadsack w "Nightmare USA": "Nauczyłem się, że w biznesie dystrybucyjnym złodziejstwo rozpoczyna się już przy okienku z biletami i błyskawicznie rozprzestrzenia się dalej... Film w Stanach zarobił 8 milionów dolarów, a nam udało się dostać zaledwie 12 tysięcy". Jak widać pojęcie sprawiedliwości w grząskim bagnie przemysłu filmowego nie istnieje...