Recenzja horroru

Schoolgirl in Cement
Tytuł oryginalny:
Joshikôsei konkuriito-dume satsujin-jiken
Reżyseria:
Katsuya Matsumura
Scenariusz:
Katsuya Matsumura
Obsada:
Yuujin Kitagawa, Satoru Saito, Eisuke Sasai
Kraj:
Japonia
Rok produkcji:
1995
Czas trwania:
76 minut






Pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Japonii miało miejsce makabryczne zdarzenie. Czterech młodych chłopaków w wieku od 16 do 18 lat porwało i przez kilkadziesiąt dni przetrzymywało młodą uczennicę, Junko Furutę. Dziewczyna była więziona w domu jednego z nieletnich oprawców, gdy jego rodzice byli w domu! Juruko została zmuszona do powiadomienia swoich rodziców, że uciekła z domu i żeby jej nie szukali. W trakcie swojej gehenny była wielokrotnie gwałcona, torturowana, poniżana. Gdy znudziła się katom, ci zabili ją, a ciało włożyli do metalowej beczki i zalali cementem gdzieś na odludziu. Oprócz ohydy samej zbrodni, dodatkowo szokującym i niezrozumiałym aspektem tych tragicznych wydarzeń, było milczenie i niechęć do powstrzymania oprawców, które wykazali rodzice Jo Kamisaku (to w ich domu była przetrzymywana Furuta). Ta ponura sprawa stała się kanwą dwóch filmów fabularnych i jednego anime. W 1995 roku Katsuya Matsumura, twórca niesławnej serii "All Night Long" zrealizował "Joshikôsei konkuriito-dume satsujin-jiken", znany pod angielskim tytułem "Schoolgirl in Cement".
Matsumura w swoim dziele wybrał niektóre wątki opisywanych wydarzeń, na jedne zwrócił większą uwagę, inne pominął. Zredukował liczbę oprawców do trzech; pominął całkowicie fakt, który wypłynął w zeznaniach zbrodniarzy, że zapraszali oni pomniejszych członków yakuza, do której należał Kamisaku, by brali udział w znęcaniu się i gwałtach na Furucie. Film próbuje też pokazać sytuację rodzinną młodocianych oprawców - przemoc w stosunku do rodziców, terroryzowanie ich, co miałoby tłumaczyć milczenie wobec faktu więzienia dziewczyny w ich obecności. Sceny przedstawiające znęcanie się nad dorosłymi mają też tłumaczyć dewiacyjne osobowości chłopaków. Zanim dojdzie to porwania uczennicy, trzej protagoniści wynajmują prostytutkę, z którą uprawiają seks grupowy. Jednak ewidentnie nie mogą zrealizować swoich chorych fantazji i pragnień. Dlatego decydują się na uwięzienie przypadkowo spotkanej młodej dziewczyny. W pozostałej części filmu widz staje się świadkiem tortur - od bicia, poprzez znęcanie się psychiczne, tarzanie głowy w moczu, wprowadzanie obcych przedmiotów do pochwy, upuszczanie na klatkę piersiową ciężkiej sztangi, aż do finalnego zabetonowania dziewczyny w metalowej beczce.
Jest coś cholernie dwuznacznego w tym filmie. Dzieło oparte na tak ponurych wydarzeniach, którego twórca miałby ambicje krytyczne, powinno walić widza po oczach i nie pozwalać się otrząsnąć przez długi czas. Tymczasem dostajemy przesycone seksem pinku-eiga, można by rzec dość typowe. Reżyser nadmiernie celebruje sceny seksualnej deprawacji i poniżenia. Obrazy stosunków seksualnych wypełniają większą część filmu. Dodatkowo są kręcone w typowej dla tego typu obrazów manierze - ofiary początkowo opierają się, by ostatecznie poddać się gwałtowi z perwersyjną przyjemnością. A jeśli wziąć pod uwagę fakt, że gehenna Furuty była realizacją scenariusza, który można było obejrzeć w wielu filmach nurtu zapoczątkowanego przez Koji Wakamatsu i innych, powstaje interesujące i złowieszcze kontinuum. Najpierw powstawały filmy, które przynajmniej pośrednio, w sferze idei i ogólnego przebiegu prefigurowały rzeczywistość. To urzeczywistniło się w makabrycznym morderstwie Junko Furuty. Zaś te wydarzenia stały się tematem filmu, który powtarza motywy seksualnej agresji w uerotyzowany sposób, jakby czerpano inspirację z mangi, a nie ponurej realności. Niby takie są prawa rządzące się filmami z kręgu exploitation, ale niesmak pozostaje. Są takie zbrodnie, które zmuszają do poważnej refleksji do czego zdolny jest człowiek. Tak było ze zbrodniami hitlerowskimi, komunistycznymi czy właśnie morderstwem młodej japońskiej uczennicy. I są takie filmy, które jeszcze bardziej prowokują namysł nad ludzką psychiką, kiedy za swój temat obierają owe zbrodnie i realizują je w konwencji sleaze i exploitation. Być może filmy wykorzystujące tematy nazistowskie zostały już wystarczająco oswojone przez kulturę, by być traktowane jako klasyka gatunku. Być może trzeba czasu, żeby podobnie się stało z opisywanym filmem. A może twórcy takich filmów popełniają faux pas, żerując na ludzkim nieszczęściu i tragedii. Albo po prostu autor niniejszych słów nie może nadziwić się człowieczej naturze. Jeśli jednak takie lekko moralizujące dywagacje zepchnąć na dalszy plan, to dzieło Matsumury również nie prezentuje sobą niemal niczego, czego by nie pokazano w japońskim kinie przy innej okazji. Ot, exploit jakich wiele.
Nie ulega wątpliwości, że w "Schoolgirl in cement" chodzi wyłącznie o pokazanie scen seksu, a otoczka realizmu ma dodać tylko pikanterii temu, co dzieje się na ekranie. Przemoc ukazana jest w sposób bardzo umowny, widać, że aktorzy markują ciosy. Kopulacja natomiast jest już tej umowności pozbawiona. Czyli wychodzi na to, że mamy do czynienia z kolejnym filmem dla skośnookich onanistów. Chociaż pojawia się jedna scena, która mogłaby być przyczynkiem do głębszego odczytania filmu. W pewnym momencie sceny znęcania się nad dziewczyną są skontrastowane w widokiem rodziców spokojnie jedzących posiłek. Gdyby ktoś chciał na siłę doszukiwać się krytyki społecznej, oskarżeń o znieczulicę, brak umiejętności wychowawczych czy co tam jeszcze, w tym miejscu mógłby zacząć snuć swoje rozważania. Problem w tym, że szybko by je skończył. Scena zasypywania cementem Furuty również nie przemawia do wrażliwości widza. Jest dziwnie oszczędna i mało obrazowa w porównaniu z wcześniejszymi przedstawieniami wynaturzonego seksu. Gdyby tylko ta oszczędność miała na celu uwypuklenie odhumanizowania zbrodniarzy! Niestety, film trzeba było skończyć w wiadomy sposób (ostatecznie przecież to dzieło oparte na faktach), ale reżyserowi zabrakło przysłowiowej ikry - być może był zbyt wyczerpany wizjami gwałconej dziewczyny.
Realizacyjnie ten film wygląda jakby zrobiono go pożyczoną kamerą, w domu reżysera, bez żadnego polotu i pomysłu. To każe mi wątpić czy faktycznie jest to dzieło Matsumury. "All Night Long" było bardzo sprawnie zrealizowanym obrazem, świadczącym o przemyślanej wizji twórczej i umiejętnościach reżyserskich. Co więcej, zmuszało do myślenia - nie było wyłącznie festiwalem przemocy, ale próbą zobrazowania stanu ducha współczesnego człowieka. Ciężko jest jednak znaleźć informacje dotyczące undergroundowych produkcji japońskich. Dlatego z dużymi wątpliwościami przypisuję to dzieło twórcy serii "All Night Long". Na pewno jednak screeny, które widzicie obok, nie pochodzą z wydanego w 2004 "Concrete", również opartego na kanwie historii morderstwa Junko Furuty.