Recenzja horroru

Horror Saw

Saw (Piła)

Tytuł oryginalny:

Saw

Reżyseria:

James Wan

Scenariusz:

James Wan, Leigh Whannell

Obsada:

Leigh Whannell, Cary Elwes, Danny Glover, Ken Leung

Kraj:

USA

Rok produkcji:

2004

Czas trwania:

102 minuty

Horror Saw - zdjęcie 1Horror Saw - zdjęcie 2Horror Saw - zdjęcie 3Horror Saw - zdjęcie 4Horror Saw - zdjęcie 5Horror Saw - zdjęcie 6

O tym filmie było głośno już od dłuższego czasu. Z pojawiających się tu i ówdzie przecieków wynikało, że będzie mrocznie, krwawo, klimatycznie i strasznie. Kiedy "Saw" ujrzało światło dzienne spora część vortalowych krytyków i większość fanów gatunku zawyła z zachwytu. Reakcje mainstreamowej części krytyki były umiarkowane, by nie powiedzieć zdecydowanie chłodne. Zaraz po projekcji nie potrafiłem doszukać się zbyt wielu pozytywów w debiutanckim dziele dwóch Australijczyków. Zacząłem grzebać w internecie, żeby spróbować zrozumieć fenomen filmu, spróbować dostrzec jaśniejsze strony, dać "Pile" drugą szansę. Tylko... "jak zachwyca, skoro nie zachwyca?"

Pomysł wyjściowy na fabułę jest, trzeba przyznać, całkiem interesujący. Oto w obskurnej toalecie budzi się dwóch mężczyzn - żaden nie pamięta jak się znalazł w tym miejscu, dodatkowo są przykuci za nogę do przeciwległych ścian pomieszczenia a w kieszeniach mają adresowane do siebie koperty. Aha, na środku ich więzienia, w ogromnej kałuży krwi leży trup samobójcy z rewolwerem w jednej, magnetofonem w drugiej dłoni i kompletnie rozwalonym łbem. Wydumane to wszystko nieco, ale spokojnie - później jest jeszcze bardziej nieprawdopodobnie, za to już mniej wciągająco. Bohaterowie muszą odgadnąć jak się znaleźli w tym parszywym położeniu, a ktoś, kto ich unieruchomił, zostawił w brudnej celi kilka wskazówek. I instrukcje i piłę. Instrukcje mówiące, że jeden z mężczyzn ma zabić drugiego, jeśli chce, żeby jego rodzina przeżyła. A piła? Hmmm... łańcucha, którym obaj są przykuci nie przetnie. Ale gdyby spróbować przerżnąć kość...

A wszystko za sprawą mordercy o ksywie Układanka. Krwawy szlak zabójcy, historię jego dwóch ostatnich ofiar, opowieść o obsesji pewnego detektywa poznajemy w ciągu retrospekcji. Jigsaw Killer wybiera swoje ofiary bardzo starannie, jeszcze staranniej inscenizuje miejsca zbrodni. A właściwie to on tak naprawdę nikogo nie zabija, tylko próbuje nauczyć nieszczęśników, którzy stali się jego celem, tego, jak wartościowe jest życie. Tu pojawia się dość ciekawy wątek, który wywołał u mnie napad śmiechu nader histerycznego. Otóż, narkomanka zostaje zmuszona zamordować swojego kompana, aby wydobyć z jego wnętrzności klucz do skomplikowanego mechanizmu zamontowanego na jej głowie... Otóż ta dziewczyna stwierdza, że Układanka jej pomógł; i ona, jako jedyna, która przeżyła dotychczasowe ataki, jest mu wdzięczna, poniekąd... Większość jednak ofiar ginie od wymyślnych pułapek - nie do końca autorzy filmu zdradzają, czy bardzo docenili żywot doczesny. Muszę przyznać, że naiwność i głupota scenariusza rozłożyły mnie w tym miejscu na łopatki.

Dla przeciwwagi warto w tym momencie wspomnieć o naprawdę świetnych zdjęciach. Sceny z mordercą ukrywającym się za groteskowo straszną maską, jego długi płaszcz i sposób kręcenia poszczególnych ujęć przywodzą na myśl najlepsze osiągnięcia włoskich mistrzów giallo. Tutaj Australijczycy naprawdę pokazują swój pazur i rzucają na widza czar - wysmakowanie wizualne kadrów to hołd składany klasykom gatunku (a czasami wręcz nieco sparafrazowane cytaty). Ale żeby nie było tak różowo - dynamiczny montaż potrafi doprowadzać do szału. Sprawność techniczna jest rzeczywiście imponująca, takiej płynności kadrów, łączenia ujęć nie powstydziliby się hollywoodzccy mistrzowie. A ja się pytam - po co? Ani to nastroju nie buduje, ani jakoś fabuły do przodu nie popycha, jest czystą sztuką dla sztuki (ale biorąc pod uwagę, że kino niezależne jest ostatnimi czasy coraz mniej niezależne, a bardziej poczekalnią do wielkiej kariery, należy inaczej spojrzeć na popisy w "Saw").

Główny zarzut, jaki można "Pile" postawić, to brak emocji towarzyszący projekcji. Tak naprawdę odkrywane w miarę rozwoju fabuły zaskakujące fakty, być może istotnie są zaskakujące. Ale za to kompletnie nie potrafią widzem poruszyć. Trudno się identyfikować z bohaterami - reżyser ani scenarzysta nie dają ku temu dostatecznych argumentów. Przez cały film ich los tak naprawdę jest oglądającemu obojętny. Na pewno jednym z powodów takiego odbioru "Saw" jest momentami koszmarnie zła gra aktorska. Cary Elwes wpadający w histerię na myśl o zagrożeniu czyhającym na jego rodzinę jest tak nieodparcie śmieszny, że mimowolnie zacząłem się zastanawiać czy twórcy nie kpią sobie właśnie z publiczności. Nie mówiąc już o bardzo kiepskiej roli Danny'ego Glovera (jego grę jeden z krytyków nazwał "to-się-nazywa-honorarium-rozumiesz"). Bohaterowie są nijacy, papierowi i płascy jak dziewczynki w szóstej klasie podstawówki. Ich historie również. Ekscytować tym mogą się najwyżej małoletni widzowie, bądź ludzie zdrowo szurnięci (emocjonalna pedofilia filmowa? ;-))

Największym atutem tego typu filmów jest przemyślany scenariusz. I jednocześnie największym zagrożeniem. Niestety, "Saw" aż kipi od nielogiczności, niedorzecznych rozwiązań, niewiarygodnych postaci. Obrazy będące pokłosiem "Se7en" powinny być dopieszczone pod względem konstrukcyjnym niczym szwajcarski zegarek. No cóż, nie każdy jest Fincherem. Struktura thrillerów z zamaskowanym mordercą jest dość sztywna. Wiadomo, że mordercą jest ktoś, kto choć przez moment mignął na ekranie, a wszystkie elementy przewijające się przed oczami widza muszą zagrać prędzej czy później. Zgodnie z zasadą - jeśli strzelba pojawia się w pierwszym akcie, to w ostatnim na pewno wystrzeli. Tu "Saw" ponownie zbliża się do giallo - absurdalność i arbitralność wyboru mordercy jest niczym z tasiemcowych produkcji włoskich o "mordercy w czarnych rękawiczkach". Roger Ebert podsumował to następująco - "chciałbym czasem, żeby tuż przed odkryciem tożsamości zamaskowanego złoczyńcy, spadła na niego tona pomidorów w puszkach i nie dowiedzielibyśmy się kto zabijał". No właśnie, w "Pile" to, kim jest morderca, nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla efektu wywoływanego przez film (no, może nieco uwłacza inteligencji scenarzystów).

A teraz czas na mój własny plot-twist. Po obejrzeniu "Saw" długo nie mogłem się otrząsnąć. Dwie sceny z końcowych partii filmu wryły mi się tak w pamięć, że nawet dzisiaj, tydzień po projekcji czuję się nieswojo wspominając je. Zważywszy, że jest to dzieło debiutantów, jedyną moją reakcją jest głęboki szacunek i podziw. Jest to film, który operuje obrazami, a nie fabułą. Jest tu kilka momentów autentycznie zapierających dech w piersiach. Dlatego też przy pierwszym oglądaniu dzieło Wana zostawia widza z opadem szczęki i oceną 5/6. Po drugiej projekcji ocena spada przynajmniej o jeden stopień, przy każdym kolejnym seansie asymptotycznie dąży do 3/6. "Piła" to film, który należy jedynie oglądać, nie analizować.

Ocena: 3/6

Autor: Grzegorz