Recenzja horroru

Savage Water (Dzika woda)
Tytuł oryginalny:
Savage Water
Reżyseria:
Paul W. Kener
Scenariusz:
Kipp Boden
Obsada:
Ron Berger, Gil Van Waggoner, Bridget Agnew, Doug Jones
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1978
Czas trwania:
105 minut





"Dlaczego to przytrafiło się akurat mnie?" No właśnie: dlaczego?
Lubicie slashery? Jasne, ja też, choć znam osoby, które tegoż subgatunku absolutnie nie trawią. Moje lubienie nie tyle przejawia się w oglądaniu każdego slashera wpadającego w me łapki, ale także w wyszukiwaniu zapomnianych mega obskur. Jak tylko dowiedziałem się, że LOBO w zamian za morderczo-embrionalny "The Suckling" otrzymał od Crittersa z Animal Attack "Savage Water" i jeszcze kilka innych niskobudżetowych horrorów, to prawie się ze szczęścia posikałem. Naturalnie musiałem pożyczyć owe ekstremalnie trudne do zdobycia dziełko i obejrzeć je niemalże od razu po powrocie z festiwalu w Multikinie, czego owocem jest niniejsza recenzja. "Savage Water" nigdy nie trafił do obiegu kasetowego w USA, o jakimkolwiek wydaniu DVD nie ma mowy, ale ktoś (chyba w ramach żartu) postanowił sprzedać tego śmiecia do UK, gdzie można na niego od czasu do czasu trafić w zatęchłych od kurzu wypożyczalniach kaset video. Widzicie, takie slashery jak np. "Savage Vows", "Terror Night", "Sledgehammer", "Houseboat Horror", "555", "New York Calendar Girl Massacre" czy "Streets of Death" niezwykle trudno znaleźć, a twórczy debiut Paula W. Kenera uchodzi za film widmo. Może niezupełnie, bo ja i Critt jesteśmy niechybnie pierwszymi i oby ostatnimi (nie)szczęśliwcami w Polsce, którzy go obejrzeli.
Mamy więc grupę wczasowiczów, którzy wybierają się na spływ pontonem dzikimi wodami rzeki Colorado. Gdy są już z dala od cywilizacji obcując z przyrodą w Wielkim Kanionie, ktoś zaczyna ich mordować. Wkrótce spieniona Colorado spłynie potokami ludzkiej krwi...
To wszystko, co powinniście wiedzieć o fabule "Savage Water", bo naprawdę tyle wystarczy. Ależ ten film jest nędzny! Śmierdzi gorzej niż zjełczały ser, po którego konsumpcji chce się rzygać. Jak tylko usłyszałem otwierające "SW" dźwięki żenującego country, już wiedziałem, iż przyjdzie mi się zmierzyć z celluloidowym ekskrementem. Doprawdy mamy tutaj do czynienia z 105-oma minutami cuchnącej żółci, która zirytuje nawet najbardziej wytrwałych entuzjastów filmowego kiczu. No dobra, skupmy się najpierw na postaciach turystów. Starsza wiekiem para z Niemiec, szejk komediant Mamood, który nigdy się nie całował z dziewczyną (jedna z najgorszych ‘ról’, jakie kiedykolwiek widziałem w horrorze), parka bogatych japiszonów z Kalifornii (żonę ekscytują tacy sternicy łodzi jak Tom Sawyer i Mark Twain – WTF?), hippisowskie dziewczę pragnące zespolenia z naturą, szemrany psychiatra w krzykliwej koszuli chcący dotrzeć na krawędź szaleństwa i tak dalej. Kogo to zresztą obchodzi. Epidemia ohydnego aktorstwa towarzyszy nam od pierwszych sekund "Savage Water".
"Savage Water" to szczypta "Deliverance" Johna Boormana rozpuszczona w kale. W całkiem sporej obsadzie nie ma absolutnie nikogo, kto potrafi grać. Akcja wlecze się niczym gil z nosa, jest ekstremalnie nudna, a długachne sekwencje zakładania kamizelek ratunkowych i bzdurnego filozofowania o tak ‘ciekawych’ zagadnieniach jak karma czy spływ powrotną drogą powodują narastające pragnienie zniszczenia kasety video. Co ciekawe, obsada jest liczna, więc po jaką cholerę tak wiele beztalenci pojawia się w filmie, skoro i tak większość przeżyje? A morderstwa? Spychanie ze skały, otrucie, zadźganie nożem itd. – wszystko podane w niewiarygodnie anemiczny i bezkrwawy sposób.
Nie widzę jakiegokolwiek powodu, by zobaczyć "Savage Water". To przydługi i beznadziejnie zagrany kawał amatorskiego ścierwa, z którego nuda wylewa się falami. Drewniany kij wetknięty w ziemię ma więcej wigoru od każdego z "aktorów" tej kretyńskiej błazenady. Nie ma gore, nie ma nagości, nie ma suspensu – nie ma nic interesującego bądź ekscytującego. Jestem zaiste ciekaw, co myśli o swym filmowym dziecku Paul W. Kener, bo za takie filmy powinno się karać. Chcecie świetny survival/slasher? "Rituals" Petera Cartera zaspokoi wasze gusta w dwójnasób. Plusy: fajna kasetowa okładka przedstawiająca trupią czaszkę i spływającą rzeką na jej tle dinghy oraz majestatyczne krajobrazy Wielkiego Kanionu Colorado. To wszystko i aż tyle.