Recenzja horroru

Savage Harvest
Tytuł oryginalny:
Savage Harvest
Reżyseria:
Eric Stanze
Scenariusz:
Eric Stanze
Obsada:
Lisa Morrison, Ramona Midgett, William Clifton, David Berliner
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1994
Czas trwania:
71 minut
Eric Stanze cieszy się dość dużym uznaniem jako bardzo utalentowany reżyser undergroundowy. Wśród znawców tematu uważany jest za jednego z ciekawszych twórców filmów ultra niskobudżetowych. Debiutował w wieku lat 18, ale kilka lat trzeba było poczekać na "oficjalny" pełnometrażowy debiut. "Savage Harvest", bo o nim właśnie mowa, to "Evil Dead" zrealizowany za pewnie połowę sumy potrzebnej na powstanie "Within The Woods". Efekt zaś... No cóż, Stanze na pewno nie jest drugim Raimim, choć nie sposób odmówić jego pracy pewnej wartości.
Film otwiera scena, gdy grupa Indian morduje kogoś za pomocą rytualnego jak się zdaje kołka. Czy to część jakiegoś obrzędu, czy może po prostu to taka rozrywka autochtonów, reżyser nie wyjaśnia. Ani tego jak wiąże się to z dalszym rozwojem akcji... Do domku nad jeziorem przyejżdża grupka młodych ludzi, żeby pomóc właścicielowi uprzatnąć teren. Zanim jednak na dobre rozpoczną sprzątanie, usłyszą historię o demonicznym szamanie indiańskim i demonach zamieszkujących kamienie, które dziwnym trafem wypłukała na brzeg powódź. Ale przecież nie trzeba się niczego obawiać, bo demony może uwolnić tylko ten, kto jest potomkiem dawnych plemion indiańskich. No a skoro wszyscy członkowie grupy to młode WASP-y, to nie ma strachu, czyż nie? Wszyscy wiedzą jaka jest odpowiedź. Gdy zapada zmierzch złe siły przypuszczają atak. A nasi bohaterowi okazują się uwięzieni w lesie - nie mogą przekroczyć niewidzialnej bariery, która skądś się wzięła (ale skąd to chyba nie do końca wiadomo). Staną się więc niechybnie ofiarami demonów. Taki już los horrorowych postaci...
"Savage Harvest" jest dziełem specyficznym. Przede wszystkim, żeby oglądać takie produkcje trzeba rozumieć kino undergroundowe. Nie oczekujcie tutaj żadnych znanych nazwisk ani powalającej gry aktorskiej. Ograniczenia finansowe widać na każdym kroku. Ale kino robione za naprawdę śmieszne pieniądze potrafi nieraz zaskoczyć. Często widz niemal przedziera się przez kolejną produkcję, która powstała niewiadomo po co i dlaczego, z masochistyczną przyjemnością katując się kiepskim montażem, mikrofonami widocznymi w kadrze, wątpliwej urody aktorami/kami. Ale czasem trafia się jaśniejszy punkt - a to ciekawe ujęcie kamery, a to oryginalny pomysł fabularny. Jeśli widz ma naprawdę szczęście z rzadka trafia na cały film, który można obejrzeć bez zgrzytania zębami i nerwowego spoglądania na zegarek. Choć nie darzę jakąś ogromną sympatią Stanze, to trzeba przyznać, że ten jego obraz wart jest obejrzenia.
Problem z reżyserem jest taki, że lepiej posługuje się kamerą niż opowiada historie. Sporo jest w "Savage Harvest" ciekawych kadrów, sprawnie nakręconych sekwencji, uderzających obrazów. Pomimo niskiego budżetu efekty gore, choć nieliczne, prezentują nader przyzwoity poziom. Za to fabuła jest mocno sztampowa i znana do bólu. No ale nie każdy horror musi być odkrywczy. Czasami można złożyć z dobrze znanych elementów całość, która potrafi zainteresować. Tak jest w tym wypadku. Choć reżyser nie za bardzo umie budować napięcie, dawkować przerażenie, to czasem zbliża się do całkiem niezłego poziomu. To co mi się podobało, to wzmiankowane umiejętności operatorskie. Ale przede wszystkim, podoba mi się w obrazie Stanze to, że udowadnia prostą rzecz - mając nawet niewielki budżet, ale dobre chęci, umiejętności i pomysł, można nakręcić dzieło warte zainteresowania. Pomimo słabej gry aktorskiej (która jednak w pierwszych partiach filmu wydaje się być całkiem niezła, ale potem aktorzy skutecznie robią wszystko, aby to początkowe pozytywne wrażenie zniszczyć), pomimo wtórnej fabuły, w dziele Stanze jest coś, co przykuwa uwagę. Potrafi nawet momentami lekko przestraszyć (choć nie wzbudza niepokoju). "Savage Harvest" powinno się pokazywać rodzimym twórcom chał w stylu "Drimm" czy "Hieny". Niech oglądają i się uczą! A dla mnie to całkiem interesujący przerywnik między hollwydoodzkimi produkcjami, z którymi staram się być na bieżąco, hi hi.
Aha, doceniam również raczej niezamierzoną dekonstrukcję mitycznego obrazu amerykańskiego nastolatka. W mainstreamowych produkcjach aktorzy są jak wycięci z żurnala - piękni, uśmiechnięci, wystylizowani. W "Savage Harvest" widzimy ludzi, jakich normalnie można spotkać na ulicach amerykańskich miast i miasteczek. Są grubi, brzydcy, całkiem nijacy, przeciętni - różni po prostu! I za to wielki plus. Przy całym moim pozytywnym stosunku do tego filmu, nie wolno jednak ani przez moment zapomnieć, że obcuje się z dziełem undergroundowym (i w takich kategoriach jest oceniany). Świadoma ograniczeń konwencji postawa zapobiega rozczarowaniom.