Recenzja horroru

Horror Sars Wars

Sars Wars

Tytuł oryginalny:

Khun krabii hiiroh

Reżyseria:

Taweewat Wantha

Scenariusz:

Sommai Lertulan, Kuanchun Phemyad

Obsada:

Suthep Po-ngam, Supakorn Kitsuwon, Phintusuda Tunphairao, Lene Christensen

Kraj:

Tajlandia

Rok produkcji:

2005

Czas trwania:

95 minut

Horror Khun krabii hiiroh - zdjęcie 1Horror Khun krabii hiiroh - zdjęcie 2Horror Khun krabii hiiroh - zdjęcie 3Horror Khun krabii hiiroh - zdjęcie 4Horror Khun krabii hiiroh - zdjęcie 5Horror Khun krabii hiiroh - zdjęcie 6

Pewnie sporo osób pamięta histerię jaka przetoczyła się przez media w związku z wirusem SARS. Lamentowano w dziennikach telewizyjnych i papierowych, że światu zagraża wielkie niebezpieczeństwo, a Polskę to już na pewno szlag trafi. Gdy medialna wrzawa nieco opadła, pojawiły się głosy rozsądku, że na całym świecie zmarło raptem coś koło 1000 osób, więc o jakiej epidemii była mowa? Horror, szczególnie w wydaniu gore, ma często tendencję do obśmiewania rzeczywistości, bywa, że w wydaniu małowybrednym. Część teoretyków gatunku chciałaby widzieć w tym sposób na oswajanie zewnętrznego świata, metodę radzenia sobie z traumami współczesności. Niezależnie od tego, ile słuszności jest w takich domniemaniach, należy stwierdzić, że twórcy filmowej grozy często wykorzystują gatunek do anarchicznej zabawy i obśmiewania nawet najbardziej poważnych zjawisk. Tym razem zmierzyli się z takim podejściem Tajowie.

Tajlandia zostaje ogłoszona jedynym krajem azjatyckim wolnym od wirusa SARS. Jak to zwykle bywa z zapewnieniami rządowymi, rzeczywistość nie bardzo chce przystawać do oficjalnych komunikatów i wirus zaczyna zbierać swoje żniwo. A ostatnia jego mutacja jest nad wyraz niebezpieczna, gdyż zamienia ludzi w zombie. Na tę sytuację nałożona zostaje historia porwania Lia, córki bogatego biznesmena. Zrozpaczony ojciec, po otrzymaniu kasety z żądaniem okupu, udaje się do Mistrza Tape, by ten pomógł mu w uwolnieniu dziewczyny. Zadanie otrzymuje jednak podopieczny Tape - Khun. Dzielny młodzian wyrusza na poszukiwanie porwanej i ostatecznie trafia do wieżowca, gdzie Lia jest przetrzymywana. Równocześnie w to samo miejsce dostają się zarażeni wirusem ludzie. A właściwie już nie ludzie, tylko krwiożercze zombi. Zapowiada się ostra jatka z użyciem shotgunów, pistoletów i miecza świetlnego (na baterie).

Twórcy "Sars Wars" od początku nie ukrywają, że chodzi im wyłącznie o dobrą zabawę. Przez ekran przewija się istna galeria transwestytów, przygłupów, dziwacznych postaci. Obśmiane zostają schematy kina akcji, horroru, romansu i czego sobie jeszcze widz zamarzy. Już sam tytuł nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z komedią, która pełnymi garściami czerpie z dokonań innych filmowców. To trochę takie tajskie "Scary Movie" (bo do poziomu parodii teamu ZAZ sporo zabrakło). Skoro była już ryba-zombie ("Undead"), to dlaczego nie wąż-zombie ("Anaconda" się kłania). Oprócz tego nawiązania do Lucasa, Tarantino, Romero i całej rzeszy innych reżyserów i obrazów. Żarty są raczej niskich lotów - a to komuś pękną spodnie w kroku, a to jakieś przebieranki, gdzie kobieta okazuje się facetem (co ponoć jest dość charakterystyczne dla kina z Tajlandii). Chociaż trzeba przyznać, że pewna wolta pod koniec filmu autentycznie zwala z nóg. Do tego wszechogarniający kicz i głupota. Czyli Tajowie również lubią nurzać się w campie. I serwują widzowi rozrywkę może nie najwyższych lotów, ale kiedy przyjmie się ich reguły gry bawić się można naprawdę przednio. Wystarczy nie oczekiwać wyszukanego, wyrafinowanego humoru, tylko szczeniackiej zgrywy. Takie filmy mogą podobać się albo mało wyrobionym małolatom, albo ludziom wprawionym w smakowaniu kiczu. Choć nie jestem wielkim admiratorem produkcji z Tajlandii, ani tym bardziej humoru niskich lotów, to paradoksalnie ilość przechodzi w jakość. Szczególnie, że reżyser od początku stawia sprawę jasno - ma być wygłup i jest wygłup. To co razi w produkcjach które próbują straszyć - mieszanie grozy i humoru, w przypadku "Sars Wars" okazuje się zaletą.

Ten typ komedii przyzwyczaił również widza do metafilmowych zagrywek. Bohaterowie uzgadniają przebieg akcji, żeby był strawny dla cenzorów. Albo zatrzymują akcję filmu pilotem, żeby wyjść cało z opresji. Takich momentów jest więcej. Oczywiście wszystko to podane w komediowym tonie, nie jest w żadnej mierze namysłem nad filmowym medium. Bo i też nie miało być takie w zamierzeniu. Ot, przyjemne ciekawostki dla uważnego widza. Tyle jeśli chodzi o komedię. A jak jest z horrorem? Wiadomo, że w filmach pokroju "Sars Wars", "Dead And Breakfast" czy "Plaga Zombie" czynnik komediowy wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan, a fabuła zakotwiczona w horrorze jest tylko nośnikiem kolejnych żartów. Więc strachu nie ma się co spodziewać. Ale zombie wyglądają całkiem przyzwoicie i krwi jest sporo, więc nie ma powodu do narzekań. Oczywiście Tajowie nie byliby sobą, gdyby nie wrzucili sporej ilości CGI do filmu, ale tam, gdzie charakteryzatorzy mają coś do powiedzenia jest na co popatrzeć. Choć na rewolucyjność w tak oklepanym temacie jak żywa śmierć nie ma co liczyć.

Film ogląda się bez znużenia, reżyser umiejętnie dawkuje zwroty akcji, które popychają fabułę do przodu. I to moim zdaniem jest największy plus - zrobić dobry obraz, który ogląda się łatwo, lekko i przyjemnie, bez nadmiernego przeciągania i wystawiania na próbę cierpliwości widza. "Sars Wars" pozytywnie mnie zaskoczyło, dlatego z przyjemnością stawiam ocenę dość wysoką (rzecz jasna należy pamiętać z produkcją jakiego typu ma się do czynienia). Nie spodziewałem się, że w Tajlandii można zrobić tak zabawny film odwołujący się do najlepszych dokonań na polu kampowej rozrywki. Może to jeszcze nie klasa Jacksona, ale ubaw gwarantowany. Pod oczywistym warunkiem, że rozumie się i akceptuje reguły gry.

Ocena: 4-/6

Autor: grzEGOrz