Recenzja horroru

Horror Sanctimony

Sanctimony (Mroczna obsesja)

Tytuł oryginalny:

Sanctimony

Reżyseria:

Uwe Boll

Scenariusz:

Uwe Boll

Obsada:

Casper Van Dien, Michael Paré, Jennifer Rubin, Eric Roberts

Kraj:

USA/Niemcy

Rok produkcji:

2000

Czas trwania:

90 minut

Uwe Boll to niewątpliwie jeden z tych twórców, których można albo kochać, albo nienawidzić. Twierdzenie owo znajduje doskonałe potwierdzenie w praktyce, gdyż ów niemiecki filmowiec posiada nie tylko liczne grono przeciwników, ale także i zagorzałych zwolenników, swojego (anty)talentu. Ci pierwsi najchętniej przeforsowaliby postulat zakazujący Bollowi stawania za kamerą, drudzy zaś obdarzyliby go monopolem na ekranizowanie gier komputerowych. "Sanctimony" – telewizyjny obraz z 2000 roku – nie jest jednak transkrypcją żadnej gry komputerowej na język filmu. Ciężko orzec, czy to lepiej czy też gorzej, choć w przypadku filmów tego reżysera zwykle w grę wchodzi ta druga ewentualność.

Akcja tego, powstałego w koprodukcji niemiecko-amerykańskiej, filmu, osadzona jest w Vancouver. Miasto od jakiegoś czasu terroryzowane jest przez seryjnego mordercę, który pozbawia swoje ofiary poszczególnych części ciała – jedynym wykłuwa oczy, innym ucina uszy lub wyrywa języki. Śledztwo w tej sprawie prowadzi para policjantów. Para koedukacyjna, złożona z pani policjant sprawiającej wrażenie typowej kury domowej i pana policjanta o aparycji Maxa Payne'a. Jako że ich śledztwo przynosi rezultaty raczej marne, sprawa ma zostać przekazana specom z FBI. Jednak na kilka dni przed oddaniem sprawy w inne ręce, z dwójką bohaterów nawiązuje kontakt mężczyzna – bogaty makler giełdowy – który może okazać się jedynym świadkiem w tej beznadziejnej sprawie. Ów jegomość szybko staje się jednak głównym podejrzanym i, jak nie trudno się domyśleć, jest to trop jak najbardziej słuszny.

Dawno nie miałem już okazji oglądać tak grafomańskiego filmu! To, co wyrabia się na ekranie przez te półtorej godziny, po prostu przechodzi ludzkie pojęcie. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że złe kino także potrafi mieć swój urok, ale na pewno nie w przypadku tego obrazu. Dialogi są tak drewniane, że można odnieść wrażenie, iż pisał je jakiś drwal. Lawirują one pomiędzy czysto opisową sztampą a grafomańskimi wynurzeniami natury psychologiczno-socjologicznej. Świat, w którym przyszło nam żyć, jest zły, gwałt i grabież to w pełni akceptowane metody rządzenia w społeczeństwach cywilizowanych, a więc czemu szeregowy obywatel nie miał by również czynić zadość swym pierwotnym, destruktywnym popędom? Wyzbądź się strachu i zwątpienia, a osiągniesz wszystko i staniesz się królem Wall Street. Tylko jaką cenę przyjdzie Ci za to zapłacić? Ów bełkotliwy egzystencjalizm Boll stara się jednak ubarwić szczyptą humoru. I, co należy zaznaczyć, miejscami mamy tu do czynienia z żartem autotematycznym. Wypowiedzi bohaterów odnoszą się np. do skandali obyczajowych, których bohaterami były prominentne persony ze świata filmu, bądź do innych obrazów o podobnej tematyce. Czyżby Uwe Boll chciał w ten sposób nawiązać do tradycji Francuskiej Nowej Fali, której twórcy także lubili czynić w swoich filmach, mniej lub bardziej, delikatne aluzje dialogowe do innych, z reguły powstających w tym samym duchu, dzieł filmowych? O zgrozo!!

Teraz odrobina egzegetyki – zastanawiam się, co też autor chciał zakomunikować widzom swoim filmem? Czy miał on być atakiem na agresywny kapitalizm, który rozbudza w ludziach najniższe instynkty, popychając ich tym samym na ścieżkę zbrodni? Czy stanowić miał krytykę mitu amerykańskiego snu, którego spełnienie generuje całą gamę zachowań aspołecznych? Morderstwo jako remedium na nudę życia w dobrobycie? "Sanctimony" nie jest jedynym filmem, w którym mordercze instynkty odzywają się właśnie w maklerze giełdowym, a więc w człowieku sukcesu – sytuację analogiczną mieliśmy np. w filmie "Blue Steel" Kathryn Bigelow. Możliwe jednak, że Uwe Boll nie próbował tym filmem niczego zakomunikować i jedynie postmodernistyczne upodobanie autora recenzji do (nad)interpretacji sprawia, iż widzi on w nim coś na kształt przekazu. W gruncie rzeczy zasada "im mniej wiesz, tym lepiej śpisz", będzie najlepszą konkluzją dywagacji na ten temat.

"Sanctimony" to obraz nakręcony w iście teledyskowym stylu. Paroksystyczny montaż, częste stosowanie filtrów kolorystycznych, uporczywe bombardowanie sekwencjami retrospektywnymi. W ten sposób podane są np. sceny morderstw, których nie ma tu jednak zbyt wielu. Boll z większym upodobaniem ukazuje okaleczone ofiary mordów, niż same zdarzenia. Krótko mówiąc, w sferze montażowej mamy do czynienia z bełkotliwym psychologizmem ery MTV.

Cóż można jeszcze powiedzieć o tym filmie? Chyba tylko to, że wynosi on antytalent Bolla na wyżyny (a może należałoby rzecz – ściąga go na niziny) dostępne jedynie dla niewielu. Może z początku "Sanctimony" jest w stanie rozbawić swoją nieudolnością, ale im dalej w las, tym ciemniej – bardzo szybko miejsce rozbawienia zajmuje niecierpliwe zerkanie na zegarek. A więc konkluzja jest następująca: indolencji artystycznej (jeżeli w ogóle można mówić o jakichkolwiek ambicjach artystycznych w odniesieniu do tego filmidła) mówimy stanowcze NIE!

Ocena: 1/6

Autor: Borys