Recenzja horroru

Samhain
Tytuł oryginalny:
Samhain
Reżyseria:
Christian Viel
Scenariusz:
Christian Viel
Obsada:
Bobbie Phillips, Mark Borchardt, Ginger Lynn Allen, Howard Rosenstein
Kraj:
Kanada
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
90 minut






Muszę przyznać, że na wydanie tego filmu czekałem z dużą niecierpliwością. A wszystko z powodu, że występują w nim m.in. Jenna Jameson i Chasey Lain (a dla nieco starszych również Ginger Lynn Allen). Aktorki porno w horrorze? Nie pierwszy to przypadek, wszak szlaki przetarł już Cronenberg w "Rabid", ale ciekawy byłem jak wygląda podobna sytuacja w XXI wieku. W końcu o tym, co porabia Jenna Jameson można przeczytać nawet w gazetach pokroju "Gala". Nie jestem zbytnim entuzjastą przenikania pornografii do kultury masowej, ale skoro już tak się dzieje, warto mieć na to oko (choćby po to, żeby później utyskiwać - dokąd zmierza nasz świat!!!). Żeby jeszcze zaostrzyć apetyt horroromaniaków dodam, że za muzykę do filmu odpowiedzialny jest zespół Goblin (czy jest ktoś, komu ta nazwa nic nie mówi?). Ale żeby ostudzić zapał koneserów produkcji spod znaku XXX, od razu zaznaczam, że film jest zwykłym slasherem, bez dosłownie pokazanych stosunków seksualnych.
"Samhain" otwiera scena z kochającą się w namiocie parą (Chasey Lain i Richard Grieco - o rany! naprawdę wieje grozą!). W pewnym momencie kobieta słyszy podejrzany hałas w lesie. Jej kochanek postanawia sprawdzić sytuację, ale ona jest pełna obaw. "Widziałam zbyt wiele horrorów", mówi "nie mów - zaraz wracam, bo nie wrócisz". Dzielny Richard nie zważa na niebezpieczeństwo i odważnie wyrusza w las. Nic niepokojącego nie znajduje, ale kiedy wraca, jego kochanki nie ma w namiocie. Znajduje ją nieopodal, zagrzebaną w stertę liści. Kiedy podchodzi do niej i stara się pomóc wydostać, odkrywa przerażającą rzecz - coś lub ktoś przepołowił nieszczęsną Chasey!!! Chwilę później sam zostaje ogłuszony przez odzianego w skóry napastnika i upieczony na rożnie! Właściwa akcja zaczyna się, gdy do położonego w odludnej części Irlandii domu, przybywa grupka uczniów z USA pod opieką swojej nauczycielki. Na miejscu nieco dziwny ogrodnik przestrzega przybyszy, żeby nie zapuszczali się do lasu, gdyż okolica tętni jeszcze pradawną celtycką magią. Podczas zwiedzania dolmenów nauczycielka dodatkowo częstuje młodzież historią o zwyrodniałej rodzinie kanibali, która żyła kiedyś w okolicy i której potomkowie mogli przetrwać do dzisiejszych czasów. Za oknami domu goszczącego bohaterów, co rusz pojawiają się ubrane w skóry postacie. Nie trzeba długo czekać, by tajemniczy tubylcy przypuścili atak...
Przede wszystkim muszę ponownie rozczarować miłośników talentu aktorskiego pań Jameson i Lain. W "Samhain" mają tylko cameo - pojawiają się na krótko i tylko po to, żeby zaraz zginąć lub zniknąć w leśnych ostępach. A sam film? No cóż, mam mieszane uczucia. Przede wszystkim wydaje mi się, że to zrealizowana z mniejszym polotem i stylem kopia "Scream" Cravena. Zresztą całe dzieło jest zbudowane z klisz. Twórcy wręcz do znudzenia dają znać widzowi, że obejrzeli "Halloween" o jeden raz za dużo. Co jeszcze? Miłośnicy filmów grozy rozpoznają samochód, nieodparcie kojarzący się z "Texas Chainsaw Massacre", las jak z "Evil Dead", pomieszczenia piwniczne niemal żywcem wzięte z "A Nightmare on Elm Street", scenę zapożyczoną z "Brood" Cronenberga (a dla mniej obeznanych w horrorowej materii - "I Still Know What You Did Last Summer"), a napastnicy to połączenie postaci z "Hills Have Eyes" i "Toxic Avengera". Z samego "Scream" również wzięto żywcem jedną scenę. Do tego bohaterowie rozprawiają o logice horroru i o braciach Raimi (zabawna scena, kiedy jedna z postaci mówi, że Sam Raimi kiedyś był dobry, a teraz kręci mainstreamowe gnioty). Twórcy wyraźnie dają do zrozumienia, że grają konwencją. A kiedy widz wie już o tym, czeka czy reżyser będzie w stanie wykroczyć poza nią, zaproponować coś nowego i odkrywczego (jak "Scream"), czy też jest to tylko zabawa dla zabawy (jak "Freak Out"). W przypadku "Samhain" mamy do czynienia z tą drugą możliwością. Niestety jest schematycznie do bólu i w sumie mało zabawnie. Ale nie można powiedzieć, że film nie wart jest poświęconego mu czasu. Ogląda się go przyjemnie - w końcu męska część widowni lubi zawiesić oko na ładnych kobietach (i nie mam tu na myśli ani Jenny ani Chasey, które, szczerze mówiąc, bez kilogramów pudru na twarzy i odpowiedniego oświetlenia nie prezentują się jakoś oszałamiająco), nie nuży i nawet wciąga. Oprócz tego, możemy zobaczyć kilka krwawych scen (chociaż zbytnio momentami trącą "gumowatością", a już wyrwane serce zrobione z foliowego worka wypełnionego mętną cieczą, bije wszelkie rekordy umowności). Niektóre z nich są tak groteskowe i przerysowane, że aż trudno uwierzyć. Co powiecie na mord poprzez wyciągnięcie jelit odbytem? Ja odpadam całkowicie, widząc takie coś. Jest również scena jeszcze bardziej obrzydliwa i szokująca - w ilu filmach widzieliście bowiem kobietę, której wyrwano z macicy płód i ten krwawy zalążek człowieka leżał obok matki połączony z nią pępowiną? Trzeba to zobaczyć aby uwierzyć. Takich scen nie powstydziliby się japońscy obrzydliwcy spod znaku seksualno-sadystycznej ekstremy.
Cóż można więc powiedzieć na koniec o "Samhain"? Jest to zabawa dla zabawy. Dzieło Viel'a ma fabułę głupią jak but i koszmarne aktorstwo (jednak lepsze od tego znanego z tasiemcowych serii z lat '80), ale jako slasher wypada całkiem nieźle. Widać, że twórcy dobrze się bawili kręcąc film i choć część tej zabawy udziela się widzowi. Choć z tą dobrą zabawą podobno wcale nie było tak różowo. Według doniesień medialnych, film miał ogromne problemy z powstaniem, ciągle piętrzyły się jakieś trudności. Ale w końcu jest. Czy warto było czekać? Nawet jeśli jako autonomiczne dzieło "Samhain" nie wypada szczególnie oszałamiająco, to fani horroru będą mieli frajdę rozpoznając kolejne cytaty z klasyki kina grozy. Właśnie ta samozwrotność jest największym atutem. Prawie półtorej godziny bezpretensjonalnej rozrywki gwarantowane.