Recenzja horroru

Horror Sadistic Baron Von Klaus

Sadistic Baron Von Klaus

Tytuł oryginalny:

La Mano de un hombre muerto

Reżyseria:

Jesus Franco

Scenariusz:

Pío Ballesteros, Juan Cobos, Jesus Franco, Gonzalo Sebastián de Erice

Obsada:

Howard Vernon, Hugo Blanco, Gogó Rojo, Fernando Delgado

Kraj:

Hiszpania

Rok produkcji:

1962

Czas trwania:

95 minut

Horror La Mano de un hombre muerto - zdjęcie 1Horror La Mano de un hombre muerto - zdjęcie 2Horror La Mano de un hombre muerto - zdjęcie 3Horror La Mano de un hombre muerto - zdjęcie 4Horror La Mano de un hombre muerto - zdjęcie 5Horror La Mano de un hombre muerto - zdjęcie 6

Zwykle twórcy po swoich pierwszych filmowych sukcesach robią sobie dłuższą przerwę. Są jednak reżyserzy i jest Jess Franco, przynależący do odrębnej kategorii. W niecały rok po premierze filmu o amatorze krwawych operacji chirurgicznych, wprowadził na hiszpańskie ekrany "Sadystycznego Barona von Klaus". Franco zwyczajnie nie ma czasu i skrupulatnie przelicza minuty przepływające mu przez palce. Nim jeszcze nadeszła epoka AIP Rogera Cormana mieliśmy okazję poznania twórcy, którego doba trwała 48 godzin. Ha, zresztą cóż to dwa filmy w roku dla Franco! To przecież reżyser nieustannie przekraczający wszelkie rekordy w tej dziedzinie! W "Guinnessa księdze filmu" zredagowanej przez Patricka Robertsona (polskie wydanie z 1994 r.), Franco zwyciężył w kategorii: najpłodniejszy spośród żyjących reżyserów i jeszcze niesłusznie został sprowadzony do twórcy li tylko filmowej erotyki. A przecież, pomijając kwestię jakości, Jess od początku swojej kariery nieustannie żonglował gatunkami, kręcił właściwie wszystko, co mu akurat podeszło pod rękę. Nie ma co ukrywać, w tym aspekcie nie miał żadnych zahamowań, a 95 procent jego artystycznych dokonań lepiej pominąć milczeniem. Niemniej, fakt jest faktem. Sprawność rzemieślniczą opanował perfekcyjnie, stając się w tej dziedzinie wzorem dla przyszłych pokoleń reżyserów, wyznających Cormanowską zasadę: "pośpieszcie się. Nie ma czasu". Nie dziwi zatem, że pierwszym wrażeniem jakie nas nachodzi podczas oglądania "Sadystycznego barona von Klaus" (oryginalny tytuł hiszpański: "La Mano de un Hombre Muerto", "Ręka martwego człowieka") jest déja vu, "chyba pan to już nakręcił, panie Franco". Wrażenie, które będzie nam towarzyszyć nieustannie podczas delektowania się kolejnymi pozycjami z bogatej filmografii zdegenerowanego Hiszpana.

Od XVII wieku nad miasteczkiem Holfen wisi klątwa. Wówczas to zwyrodniały baron von Klaus ulżył swoim niecnym zachciankom. Wraz ze swoimi ludźmi zamęczył na śmierć młodą kobietę, po czym zatopił jej zwłoki w pobliskim bagnie. Dziś, po zamordowaniu dwóch wczasowiczek przez nieznanego oprawcę, do historii wraca się ponownie. Nawiedzone domostwo nadal zamieszkują potomkowie krwawego barona, a w podziemiach ciągle znajdują się dowody na występki seniora rodu. Kiedy członkowie rodziny zmagają się z oskarżeniami, do śledztwa przystępuje miejscowy komisarz Borowsky i przyjezdny dziennikarz Karl Steiner, znacznie bardziej rozgarnięty od wstecznie myślącego sługi prawa. Ich tropy jednak na nic się nie zdają, a do zbrodni dochodzi ponownie...

Te same motywy, identyczne miejsce akcji, charakterystyczne postacie, Howard Vernon w roli potomka barona… Podobieństwo miejscami tak dalekie, że skwapliwi dystrybutorzy zagraniczni nadali filmowi tytuł "Sadystyczny baron von Klaus", niczym formalnej kontynuacji "Przerażającego doktora Orlofa". Więcej, Franco zręcznie wykorzystał skojarzenia widzów, którzy długo wtórują inspektorowi miejscowej policji: "baron - winny!", pamiętając o wyśmienitej kreacji Vernona z filmu sprzed roku. I choć skojarzenia są absolutnie przypadkowe, reżyser nie pozostawia nam wątpliwości: "Sadystyczny baron von Klaus" jest kolejną adaptacją nigdy niepublikowanej powieści jednego ze swoich dwustu alter-ego, Davida Khune. A czyż groszowe powieści, skomplikowane jak konstrukcja cepa, nie są łakomym kąskiem dla reżysera, którego filmografia urosła do rangi fenomenu? Nie miejmy złudzeń, cały film ze swoim humorem za dwa grosze, ze swoimi przejaskrawionymi bohaterami, z przypadkowością rozwiązań fabularnych, ze swoimi ratunkami "w ostatniej chwili", ma bardzo "groszową" strukturę. I trzymiesięczny, profesjonalny casting, czterech scenarzystów (sic!) nic tu nie pomoże - nad wszystkim wisi duch Khune dbającego, by narracja nie upominała się o jakieś szczególne przywileje. Casting wypełnił za to inną lukę. Kiedy podczas oglądania "Gritos en la Noche" nie mogliśmy powstrzymać irytacji obserwując poczynania aktorów drugiego planu, to w "Sadystycznym baronie…" z przyjemnością krążymy ulicami miasteczka Holfen i jego obrzeży. Poznajemy parę sympatycznych wagabundów (jednego z nich zagrał znakomity Manuel Alexandre, późniejsza gwiazda hiszpańskiego kina), tajemniczego doktora Kalmana, prawzór psychoanalityków z rozmaitych giallo, niezręcznego komisarza Borowsky`ego, sepleniącego portiera z hotelu Kanburg, piękną śpiewaczkę umilającej czas gościom tawerny... Nim się jednak zdążymy na dobre rozgościć w miasteczku, Franco skieruje nas do miejscowego locus horridus, posiadłości von Klausów. Ta autentyczna rezydencja znajdująca się w Hiszpanii, w regionie Nawarry zdaje się wręcz stworzona na zdjęcia do rozmaitych ghost stories. Szkoda, że Franco nie wykorzystał wystarczająco walorów domostwa. Jedna sekwencja nocnych majaków Karine (w tej roli piękna Paula Martel), w której operator umiejętnie posługuje się światłocieniem i rekwizytami charakterystycznymi dla gatunku (zasłony powiewające na wietrze, zegar wahadłowy, skrzypiące drzwi…) nie zaspokaja apetytu. Stanowi tylko przedsmak gotyckiego horroru jakiego oczekujemy się od pierwszych minut projekcji. Wszyscy mówią tu o duchu, przekleństwie, wraz z kamerą odwiedzamy bardzo dobrze nam znane miejsca: zaniedbany cmentarz i mokradła. Cóż z tego, skoro prawdziwej grozy nie użyjemy tu zbyt wiele.

Już słyszę Wasze głosy: "subtelności i psychologiczne zawiłości zostawmy Robertowi Wise`owi i innym Jackom Claytonom. Od Franco oczekujemy wyłącznie kąpieli w filmowym trashu!" Owszem, dziś Hiszpan jest powszechnie uznawany za wzorcowego trash-makera i króla kina z, trzeba jednak uczciwie przyznać, że w początkowym etapie swojej twórczości przejawiał znamiona, niestety nigdy nie zrealizowanego, talentu. Jestem przekonany, że "Sadystyczny baron von Klaus" mile zaskoczy wielu wymagających miłośników gatunku, którzy dotychczas na widok nazwiska Franco dostawali napadu drgawek i krzyczeli: "Apage!" Scena zaatakowania Lindy, której nie powstydziliby się twórcy licznych giallo, finałowa konfrontacja na bagnie, parę wysmakowanych plastycznie planów… Po prostu kilka momentów dobrego kina, podczas oglądania których odkrywamy, że za maską stetryczałego dewianta kryje się reżyser, niegdyś sprawnie operujący filmowym medium.

Wróćmy jednak do kwestii, która zapewne najbardziej nurtuje miłośników Hiszpana. I tu dobra wiadomość. Inspiracje twórczością de Sade`a, niejednoznaczne w "Gritos en la Noche", tym razem nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Spoczywająca na łożu śmierci seniorowa rodu von Klausów, zgodnie z rodzinną tradycją, przekazuje swojemu synowi Ludwigowi (w tej roli Hugo Blanco, gwóźdź do trumny dla filmu) klucz do piwnicy, w której zmarły przed laty baron oddawał się swoim haniebnym praktykom. Wraz z Ludwigiem przekraczamy próg świata dystyngowanej arystokracji i wkraczamy na stopnie prowadzące do siedliska rozpusty i tajemnych rozkoszy. Niepotrzebnie Franco próbuje podkreślić "inność" tego miejsca za pomocą kiczowatej, gotyckiej scenografii - lichtarze, kościotrup, pajęczyny, kajdany wiszące w powietrzu… Przerost formy nad treścią, niemniej nas głównie interesuje księga ulokowana w centrum pomieszczenia, pamiętnik barona. "Niech te zapiski posłużą moim potomkom za przewodnik, wprowadzenie do świata przyjemności, rzadkich i nieznanych rozkoszy. Do świata pociągającego i nieodmiennie tragicznego, zatopionego w bólu i krwi, szaleńczym podnieceniu wszystkich zmysłów, które nabiera znaczenia dopiero w chwili śmierci" (tłum. własne, proszę wybaczyć wszelkie niejasności, starałem się jak mogłem :). Choć czytelnicy de Sade`a dobrze wiedzą, że zaproszenie to zbyt jednoznaczne, dalekie od językowej przewrotności Francuza, to skojarzenia aż cisną się na usta. Franco - de Sade - jedna misja :) Jednak istna erupcja sadyzmu, bardzo daleko posunięta jak na pierwszą połowę lat 60-tych, wybuchnie dopiero później w słynnej i owianej złą sławą scenie biczowania i przypalania rozgrzanym do czerwoności żelazem brazylijskiej aktorki Gogo Rojo (w filmie występującej pod pseudonimem Gogo Robins). Po "Gritos en la Noche", który obrazował przemoc w sposób dość dyskretny, wielu potraktowało kulminację kolejnego filmu Hiszpana jako agresywną woltę wycelowaną w ostatnie bastiony konserwatystów. Franco, wykorzystując liberalizację hiszpańskiej kultury i merkantylny sukces "Gritos en la noche", w "Sadystycznym baronie…" postanowił pójść na całość i… przeszarżował, co szybko dali mu do zrozumienia cenzorzy. Cóż, wystarczy wtrącić, że wszędzie, ale to wszędzie gdzie się pojawił, "Sadystyczny baron…", jakby przeciwstawiając się swojemu wizerunkowi, przedstawiany był w okrojonej wersji. Ba, nawet współcześnie, w czasach wszechobecnej, medialnej przemocy, niewielu widzów ma dostęp do pełnej, nieocenzurowanej wersji filmu Hiszpana. Jeśli do niej dotrzecie, wierzcie mi, możecie sobie winszować!

Na mityczną dziś reputację dzieła Franco wpłynął jeszcze jeden element. Oto, na dwa lata przed "Sei donne per l`assasino" Mario Bavy, nasz cierpiący na pracoholizm reżyser nakręcił giallo z krwi i kości! Mordy dokonywane na młodych kobietach, rozwinięta intryga kryminalna, charakterystyczna postać zabójcy (płaszcz, kapelusz, czarne, skórzane rękawiczki, sztylet…), kontekst psychoanalityczny (występuje nawet doktor Kalman, który wprowadza stróżów prawa w tajniki psychologii)… Wystarczy w punktach zarysować fabułę, by nie mieć już żadnych wątpliwości. W niczym to filmu Franco nie ubogaca i ma znaczenie czysto anegdotyczne, niemniej co jak co, ale akurat tą anegdotą fani Hiszpana-degenerata uwielbiają się dzielić ze swoimi adwersarzami.

Mimo niewątpliwych zalet, "Sadystyczny baron…" nie zyskał należnego mu uznania i został przyjęty dość chłodno. Pomijając "szczytną" rolę cenzury, która po raz kolejny podcięła reżyserowi skrzydła, trzeba przyznać, że i artystycznie film Franco był krokiem wstecz po niezwykłym "Gritos en la Noche". Nazbyt ciąży b-klasowa intryga, a obsadzenie w głównej roli kabotyńskiego Hugo Blanco okazało się fatalne w skutkach. Na tak oczekiwaną przez widzów wizytę w świecie sadyzmu trzeba było poczekać jeszcze parę lat... Jess Franco po tym zimnym prysznicu zrobił sobie dwuletnią (!) przerwę od gatunku i w międzyczasie nakręcił dwa filmy, z których szczególnie warto zwrócić uwagę na "Rififi en la Ciudad". Ten mroczny thriller policyjny w duchu kina noir zwrócił uwagę samego Orsona Wellesa, który w 1965 r., przy okazji kręcenia zdjęć do "Chime At Midnight" przyzna twórcy "Venus in Furs" tytuł asystenta reżysera. Jeśli jednak Wasz apetyt na zdegenerowane produkcje klasy B nie minął, pozostaje mi jedno: stay tuned! "Kochanek doktora Jekyla" czas nadszedł!

Ocena: 4-/6

Autor: flagg