Recenzja horroru

Saaya
Tytuł oryginalny:
Saaya
Reżyseria:
Anurag Basu
Scenariusz:
Amol Shetge
Obsada:
John Abraham, Tara Sharma, Mahima Chaudhry, Zohra Sehgal
Kraj:
Indie
Rok produkcji:
2003
Czas trwania:
115 minut






Trzeba mieć chyba nie po kolei w głowie, aby obejrzeć dwa razy "Dragonfly" z Kevinem Costnerem. Ta ckliwa historyjka miłosna z elementami nadprzyrodzonego thrillera zupełnie do mnie nie przemawia i zawsze się będę dziwił wszystkim tym fanom gatunku, którym ten film się podobał (a znam takich!). Z drugiej strony kto normalny po jego obejrzeniu bierze się za jego bollywoodzki remake? Na swoje usprawiedliwienie mam tylko swoją niepohamowaną chęć eksploracji najróżniejszych obrazów gatunku, choć przyznaję szczerze, że czasem jest to prawdziwe przekleństwo.
Doktor Akash wiedzie cudowne, idylliczne życie wraz ze swoją wspaniałą żoną o imieniu Maya. Pewnego dnia kobieta udaje się do dżungli położonej na terytorium północno-wschodnich Indii, aby nieść pomoc potrzebującym tubylcom. Wkrótce jednak ginie w wypadku autokarowym, pozostawiając męża w ogromnej rozpaczy. Akash nie może się pogodzić z jej odejściem, nie umie zaakceptować jej śmierci, zwłaszcza że ciała nigdy nie odnaleziono. Zmagając się ze stratą mężczyzna stopniowo doświadcza niezwykłych wydarzeń: wciąż czuje nienamacalną obecność swojej ukochanej, chłopiec po śmierci klinicznej opowiad mu, że ktoś chce się z nim skontaktować, na obrozie zmarłej pojawiają się dziwne symbole. Ich interpretacja prowadzi go do wniosku, że jego żona stara mu się przekazać jakąś wiadomość z zaświatów. Przeświadczony o tym fakcie zaczyna się coraz dziwniej zachowywać i coraz bardziej tracić kontakt z rzeczywistością. Wiedziony kolejnymi znakami próbuje dotrzeć do prawdy o śmierci swojej żony udając się do miejsca, w którym zginęła.
Częsty problem z opisywaniem współczesnego (i nie tylko) bollywoodzkiego kina gatunkowego jest zawsze podobny. Generalnie wiadomo czego się spodziewać nie tylko pod względem wizualnym, ale i niekiedy fabularnym. Nierzadko bowiem zdarza się tak, że hinduski przemysł filmowy nie tyle czerpie inspiracje z amerykańskich wzorców, co go po prostu kopiuje i to bez jakiegokolwiek zażenowania. Pomimo tego "Saaya" to swoiste zaskoczenie, bo film z Costnerem delikatnie mówiąc do udanych nie należy, co zresztą potwierdziły wyniki finansowe oraz liczne negatywne recenzje zarzucające mu chociażby próbę wykorzystania sukcesu "Szóstego Zmysłu". Niezbyt mnie to dziwi, bo od kilku lat obecność w obsadzie tego wielce pożądanego i popularnego niegdyś aktora jest często gwarancją artystycznej lub komercyjnej porażki. Tym razem jednak wydaje mi się, że coś zupełnie innego stało za decyzją o zaadaptowaniu filmu na potrzeby indyjskiego rynku filmowego. Materiał okazał się być doskonałą pożywką dla Bollywood, z tego powodu, że już w oryginale łączył romantyczną, sentymentalną opowieść z elementami kina z dreszczykiem. Takie połączenie nie wymagało już większego upiększania filmu ze strony specjalistów czy twórczego obrabiania go pod gusta tamtejszej widowni. Cukierkowa historia o wierze, nadziei i miłości poprzeplatana nadnaturalnymi wydarzeniami, która prowadzi do szczęśliwego finału wydaje się być czymś co w dużej mierze może odpowiadać oczekiwaniom hinduskich widzów. Apoteoza prawdziwej cnoty, potrzeba silnej i niezachwianej wiary, gloryfikacja miłości po grobową deskę, czy pochwała nigdy nie umierającej nadziei jest tu jeszcze bardziej wyeksponowana niż w amerykańskim filmie. Widać to zarówno w postaciach bohaterów, w prezentowanych wydarzeniach, jak i w samych dialogach. A jakby tego było mało konwencja w bollywoodzkiego kina jeszcze bardziej potęguje ten efekt, czyniąc go całkowicie nieprzyswajalnym. Gdzieś w tle mignie zachodzące słońce, które podkreśla kontury szepczących sobie czułe słówka zakochanej pary, podmuch wiatru rozwieje komuś włosy, w kadrze przewiną się jakieś piękne buzie modeli, coś jakiś czas piosenka przetnie normalny ciąg wydarzeń... Jak pomyślę, że obejrzałem całość do końca bez przeskakiwania poszczególnych scen, to aż mnie bierze obrzydzenie do samego siebie. Zresztą sam sobie jestem wienien: już sama okładka powinna mnie odrzucić na kilometr, jednak nie zrobiłem nic, żeby się powstrzymać.
Porównując oryginał i jego przeróbkę odnotowałem jednak jedną ciekawą rzecz. Pomimo odwzorowania filmu praktycznie klatka po klatce (do czego dodano charakterystyczne bollywoodzkie ozdobniki) dało się zauważyć, że w "Saaya" znalazło się nieco więcej scen, które w zamierzeniu miały nieco przerazić widza. Nie jest to nic, co zmieniłoby postrzeganie filmu przez fana gatunku, niemniej jednak intrygujące jest to, że twórcy w niektórych momentach zdecydowali się bardziej podkreślić charakter nadnaturalnych wydarzeń. Oczywiście czynią to w bardzo typowy sposób, wykorzystując przy tym szczyptę azjatyckiej recepty do straszenie, choć niestety bez tamtejszej subtelności i kunsztu. Bardzo możliwe, że to właśnie pod wpływem owej fali kina grozy zdecydowano się nieco wzbogacić obraz pod tym kątem. A być może takie ciągoty pozostały reżyserowi po jego poprzednim filmie, "Kucch to Hai", który jest niczym innym jak indyjską wersją wszystkim znanego "Koszmaru minionego lata". W każdym razie te elementy nie są w stanie autentycznie przerazić, choć z drugiej strony myślę, że stanowiły one jedynie dodatek to prób wytworzenia pewnego napięcia i oczekiwania na rozwiązanie całej historii.
Podobnie jak i w "Dragonfly" główni bohaterowie to uosobienie wszelkich cnót, ideał dobroci bez żadnej skazy czy rysy na charakterze, nieskazitelni ludzie, których celem w życiu jest niesienie pomocy innym za wszelką cenę. Postaci jak z obrazka, bez żadnej choćby najmniejszej negatywnej cechy, która pozwalałaby uwierzyć, że są zwyczajnymi ludźmi, takimi jakich można spotkać w codziennym życiu. Ich wyidealizowanie nie pozwala na jakąkolwiek identyfikację, a cały obraz staje się przez to wyjątkowo jednoznaczny, uproszczony i przewidywalny, a w najlepszym wypadku mało autentyczny. Czy ktoś obdarzony takim wspaniałym usposobieniem i szczerymi intencjami może ponieść porażkę, może się potknąć, zaskoczyć jakimś niekonwencjonalnym zachowaniem? Czy w takim razie prezentowane wydarzenia mogą w jakikolwiek sposób odbiec od normy, aby choć przez chwilę skręcić z tej jednostajnej drogi? Odpowiedź brzmi oczywiście nie. A czy wobec tak przedstawionych bohaterów czy wydarzeń zakończenie historii może przynieść jakieś zaskoczenie? Poniekąd może, bo w tym przypadku jest ono katastrofalne, oczywiście pod warunkiem, że nie zna się oryginału.
Natomiast pytanie czy "Saaya" może zadowolić fanów gatunku wydaje się równie proste. Podobnie jak i "Dragonfly" miała być czymś na kształt sentymentalnej opowieści o miłości z zaświatów w stylu "The Ghost" z Patrickiem Swayze i Demi Moore, może nieco bardziej ukierunkowaną na czynnik nadnaturalny, jednak podobnie jak oryginał okazała się nieznośną i przesłodzoną opowieścią, w której nie ma miejsca na prawdziwy dreszcz emocji. Mógłbym z czystej recenzenckiej rzetelności wskazać jakieś plusy filmu Anuraga Basu, takie jak np. zdjęcia czy poszczególne sceny, ale co by to zmieniło i czemu by miało służyć? Taki wymuszony obiektywizm na nic by się zdał, bo to niewyobrażalnie melodramatyczne widowisko, nie mające nic wspólnego z kinem, które mnie interesuje, okrutnie mnie zemdliło i wyraźnie zniechęciło do przedzierania się przez współczesne bollywoodzkie produkcje tylko po to, aby zaspokoić swoją niezdrową ciekawość. Zapisuję swoje bolesne przeżycia po seansie "Saaya" jako przestrogę dla wszystkich tych, którym przemknęłaby kiedyś myśl, aby zapoznać się z tym kinem.