Recenzja horroru

Rush Week (Szalony tydzień)
Tytuł oryginalny:
Rush Week
Reżyseria:
Bob Bralver
Scenariusz:
Russell V.Manzatt, Michael W. Leighton
Obsada:
Dean Hamilton, Pamela Ludwig, Courtney Gebhart, Don Grant, Gregg Allman
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
96 min.
Kolejny amerykański college spływa krwią niewinnych studentek, wdzięcznie okazujących swe wdzięki niemalże przez cały seans. Generalnie nie mam nic przeciwko temu, jednakże w "Szalonym tygodniu" więcej jest rozbierania niż mordowania, co wywołuje u widza stan czynnościowy układu nerwowego przeciwstawny do stanu czuwania, polegający na obniżeniu wrażliwości na bodźce, zniesieniu aktywności ruchowej, zwolnieniu czynności serca, oddychania oraz czasowym zaniku świadomości, prościej mówiąc nawiedza nas sen.
Mimo całej "szalonej" otoczki, w której ramy wpasowana została fabuła, nie raczy ona poszukiwaczy mocnych wrażeń niczym innowacyjnym. W tej produkcji tendencyjność ściera się z prostotą, w wyniku czego otrzymujemy napęczniały od schematów, niewinny horrorek. Morderca swym wyglądem nie rozbudza zachwytu. Klasyczna, czarna peleryna, banalna maska i topór będący mało udaną atrapą, usilnie starają się rozbudzić w widzu ziarno strachu, niestety na próżno. Zbyt wiele w tym obrazie akcentów komediowych, przez które suspens (nawet gdyby ktoś się pokusił o jego stworzenie) nie byłby w stanie zaistnieć. Autorzy woleli skupić się na ogranych gagach, pozostawiając budowanie napięcia bandzie rozbisurmanionych aktorów. W czasie jednego z wykładów na wydziale medycyny, na salę zostaje dowieziony nieboszczyk, co profesor komentuje słowami - "nasza szkoła ma to szczęście i posiada prawdziwego trupa". Oczywiście zawartość worka zaskoczy niejednego. Po terenie kampusu krąży szkolny autobus z gołymi tyłkami wystającymi z okien, napaleni studenci podglądają panienki "w akcji" przez dziurę w oczach Michaela Berrymana z plakatu "Wzgórza mają oczy" i sprzedają bilety na to "widowisko" swym młodszym kolegom. Zamiast skupiać się nad podręcznikami, ślinią się nad rozkładówkami. Przyjrzyjcie się dobrze, taki sympatyczny grubasek Peeper, który wyjątkowo namiętnie oddaje się temu zajęciu to Dominick Bracia, reżyser "Evil Laugh" i "Hard Rock Nightmare" (oba z 1988 roku). Nie ma co ukrywać, wszyscy w tym filmie są zboczeni! Zboczeni są uczniowie, zboczone są uczennice (niektóre pozują nawet do zdjęć z trupami), zboczony jest woźny, dziekan, a także kucharz, który uważa, że "nekrofilia jest zamierającą sztuką". Nie ma jednak w tym nic przerażającego lub osobliwego, wszystko zdaje się być robione "dla zwały", w końcu to "szalony tydzień". Tylko gdzie tu miejsce na horror?
Strach i groza są temu obrazowi obce. Wszystko zaczyna się tonącą w piwnej pianie imprezą i tak samo kończy, co w nadmiarze nie stanowi dobrego gruntu pod pachnącą suspensem, zapotniałą posoką, historię. Jak już wspomniałem wyżej, więcej tu nagości niźli patroszenia. Pozbawione gore mordy pojawiają się okazjonalnie przy wtórze szablonowych dźwięków skomponowanych przez grupę "The Hamiltons", katując ogranymi chwytami. Głuchy telefon i dziwne komunikaty na ekranie monitora to również żadna rewolucja w gatunku, a finałowa pogoń niekończącymi się korytarzami uczelni (podobnie jak w "Slaughter High"), dobija całą akcję, która posuwa się tak wolno jakby nakręcał ją pijany kataryniarz. Jedyne, co ratuje ten film to "jajcarskie" zgrywy, które mnożą się niczym bąbelki w piwie, jednak nie na tym kino grozy polega. W latach 80-tych dwuznaczny, rozbierany humor stał się elementem niezbędnym w slasherach, ale to nie on ma dominować fabułę, a w przypadku "Rush Week" tak się właśnie stało. W czasie "szalonego tygodnia", ustanowionego przez bractwo "BDB", na terenie Tambur College dochodzi do tajemniczych zabójstw. Studentka dziennikarstwa, Toni, uznaje to za doskonały temat i bez reszty pogrąża się w amatorskim śledztwie, stając się nieświadomie kolejną ofiarą. Czyż to nie cudowny wstęp do spływających ketchupem kadrów? Tak, lecz nie tym razem, dlatego proponuję skupić się na starszych produkcjach typu "Rosemary's Killer" lub "Happy Birthday To Me".
Bob Bralver, czyniąc pierwsze poważniejsze kroki w stronę horroru, wolał bardziej skupić się na rozbawianiu widza, a nie przerażaniu, co zaowocowało w efekcie miernym slasherem, jakich X muza wydała wiele pod koniec 80-tych, a na początku 90-tych lat. Jednak wcześniejsze, serialowe doświadczenie Bralvera jako reżysera "Renegata", "Nieustraszonego" oraz legendarnej "Drużyny A", nie pomogło "Rush Week" wybić się poza poziom przeciętności. Szybko męczącym się widzom stanowczo odradzam, a ta naciągana dwója, to za tę odrobinę dowcipu.