Recenzja horroru

Rossa Venezia
Tytuł oryginalny:
Rossa Venezia
Reżyseria:
Andreas Bethmann
Scenariusz:
Andreas Bethmann
Obsada:
Sabine Ironheart, Romana, Marianna Bertucci, Jens Hammer
Kraj:
Niemcy/Włochy
Rok produkcji:
2003
Czas trwania:
155 minut






Z zapowiedzi widzianych na sieci wynikało, że nowe (wtedy) dzieło Andreasa Bethmanna będzie piorunującą mieszanką pornografii hard core i włoskich giallo. Ponieważ próbowałem dzielnie przebrnąć przez poprzedni obraz reżysera, film o wdzięcznym tytule "Angel Of Death: Fuck Or Die", ale poległem, byłem mocno sceptyczny co do powodzenia przedsięwzięcia. Człowiek jest jednak ciekawską istotą, a poza tym przez pięć lat, które upłyneło między realizacją jednego i drugiego filmu, nawet największe beztalencie jest się w stanie czegoś nauczyć. Dałem się więc skusić na projekcję "Rossa Venezia". Jednego jestem pewien - tego seansu długo nie zapomnę.
Za morderstwo niewiernego męża i jego kochanki pewna kobieta trafia do więzienia. Tam zostaje poddana serii tortur przez sadystycznych strażników i strażniczki. Po wyjściu na wolność postanawia wziąć krwawy odwet na społeczeństwie. Za cel obiera sobie głównie prostytutki i call girls. Jej historię, obfitującą w wiele krwawych i okrutnych morderstw, poznajemy dzięki pamiętnikowi, który prowadziła. Owe zapiski studiuje wędrująca po Wenecji dziewczyna.
Może najlepiej byłoby zacząć od plusów tej produkcji. W drobnych rolach drugoplanowych występują tu sam Jesus Franco i Lina Romay. Problem w tym, że lista zalet "Rossa Venezia" w tym momencie się wyczerpuje. Ewentualnie można jeszcze wspomnieć, że na niektóre aktorki daje się patrzeć bez strachu, a ze dwie to nawet mogłyby uchodzić za ładne (już tak przy trzecim piwie). Do tego może jeszcze ze dwa krwawe efekty - wpychanie noża w pochwę, ukazane naturalistycznie i z bliska (jeśli za wyznacznik naturalizmu przyjmiemy waginę wykonaną z gumy) i przebijanie widłami. A reszta?
Już sam tytuł nawiązuje do włoskich giallo. Wenecja była areną wydarzeń przynajmniej kilku mniej lub bardziej klasycznych obrazów, żeby wymienić tu tylko "The Bloodstained Shadow", "Who Saw Her Die?" i "Giallo A Venezia". Warto również wspomnieć o "Don't Look Now", który był hołdem Nicholasa Roeg'a dla kunsztu takich twórców jak Argento czy Bava. Bethmann też chyba chciał pokusić się o coś takiego. Szkoda tylko, że nie połamał sobie dwóch rąk i nie wydłubał przypadkiem oczu, zanim chwycił kamerę w ręce. Kręcona cyfrówką Wenecja pozbawiona jest tego niepokojącego klimatu, który tak dawał się odczuć w filmie Roeg'a. Tutaj mamy słoneczne kanały kontrapunktowane zdjęciami jakiejś rudery, względnie ujęciami z więzienia. Nastroju w tym za grosz. Nie wspominając już o tym, że kamera cyfrowa i efekty za jej pomocą uzyskane nijak się mają do tego co pokazali Pasquale Rachini ("La Casa dalle finestre che ridono"), Ubaldo Terzano i Mario Bava ("Sei donne per l'assassino") czy Mario Vulpiani ("Solamente nero"). Tu biedę realizacyjną widać na każdym kroku. Muzyka również jest odwołaniem znanych motywów, w tym wypadku do dokonań Goblinów. Co z tego, skoro te żałosne pitu pitu, które pobrzmiewa w tle jest wykonywane chyba na ośmioklawiszowych organkach Casio dla dzieci. Uszy krwawią od obcowania z tymi dźwiękami. Lista nawiązań jest dłuższa - reżyser chciał również pokazać, że wie, że w giallo dużo do powiedzenia mieli dekoratorzy wnętrz. Niestety, poza marną stylizacją w pierwszej scenie, chyba zabrakło funduszy i dostajemy w efekcie jakieś rekwizyty rodem z taniego pornosa. Którym de facto "Rossa Venezia" jest. Bethmann obejrzał też w swoim życiu kilka filmów Fulciego, bo są przynajmniej dwie sceny, które cytują (choć po angielsku możnaby powiedzieć, że to bezczelny "rip off") "E tu vivrai nel terrore - L'aldila" (scena w prosektorium, w roli głównej występuje kwas) i "Paura nella citta dei morti viventi" (w roli głównej wiertło). Ach, zapomniałbym! Sceny z więzienia do oczywiste nawiązania do filmów nazi-eksploatation i WIP (Women in Prison). Ale w takim cyklu obrazów o Ilsie było więcej realizmu niż w omawianym przypadku.
Cóż jeszcze można powiedzieć o tym dziele? A choćby to, że akcja wlecze się w ślimaczym tempie, bez jakiegokolwiek ładu i składu, a reżyserowi chodzi wyłącznie o pokazanie jak największej ilości seksu (w większości lesbijskiego). Niby żaden to zarzut, bo jak już zauważyłem wyżej, "Rossa Venezia" jest zwyczajnym obrazem pornograficznym z lekką dawką sadyzmu i krwi. O nieatrakcyjnych aktorkach już wspominałem, ale jedna myśl nie daje mi spokoju. Peter Weir do swojego "Master and Commander: The Far Side of the World" przeprowadził casting na największych twarzowców, żeby obsadzić ich w roli piratów. Zastanawiam się czy Bethmann nie postąpił podobnie rekrutując aktorki i aktorów do swojej produkcji... To tego jeszcze te nieszczęsne dziewczyny są tragicznie nieporadne, kiedy próbują grać uwodzicielskie. To chyba jedyne autentycznie przerażające momenty w tym filmie.
Efekty specjalne porażają umownością. Choć w niektórych scenach nie jest aż tak tragicznie. Ale na pewno jest źle, kiedy na ekranie widzimy CGI generowane chyba na Commodore 64. Ale nie będę się więcej pastwił nad "Rossa Venezia", bo w końcu to tylko pornografia. Problem w tym, że kiepskiego sortu - seks wygląda tu nieatrakcyjnie, sztampowo i zwyczajnie nudno. Lepiej obejrzeć jakiegoś rasowego pornosa, a zaraz po nim jeszcze raz któryś z filmów Bavy, Argento, Martino czy Dellamano. Zdecydowanie tak jest lepiej niż męczyć się dwie i pół godziny z tym gniotem. Mocno frapuje mnie jeszcze jedna kwestia - ile tupetu trzeba mieć, ile zadufania w sobie, żeby nie mając absolutnie żadnego talentu, kręcić tak długie filmy? Być może Bethmann realizuje horrory na zupełnie innym poziomie niż tradycyjni twórcy. On po prostu kręci dzieła, które są doświadczeniem ekstremalnym i nieomal ostatecznym. Kto obejrzy całość "Rossa Venezia" bez przerw, za jednym podejściem, nie wychodząc na fajkę, ma u mnie butelkę dobrej wódki (ja na przykład przewijałem żeby przetrwać sceny kopulacji).