Recenzja horroru

Rogue
Tytuł oryginalny:
Rogue
Reżyseria:
Greg McLean
Scenariusz:
Greg McLean
Obsada:
Radha Mitchell, Michael Vartan, Sam Worthington, Caroline Brazier, John Jarratt
Kraj:
Australia / USA
Rok produkcji:
2007
Czas trwania:
92 minuty






"Dzisiejszy poszukiwany przez nas gatunek - krokodyl słonowodny (różańcowy) – jest przypuszczalnie najniebezpieczniejszym członkiem rodziny krokodyli. Są to żyjące dinozaury, które ćwiczyły umiejętność polowania przez blisko dwieście milionów lat. Potrafią przemieszczać się pod wodą z prędkością 20 mil na godzinę bez tworzenia zakosów na powierzchni. I potrafią wyłonić się z wody w celu ataku z niewiarygodną prędkością. Znane są z obserwacji zdobyczy i uczenia się jej nawyków. Tak więc jeśli wybieracie się na camping nieopodal rzeki i potrzebujecie wody, zaopatrujcie się w nią o różnych porach każdego dnia, bo krokodyl nauczy się waszej rutyny. Unikajcie tego. Gdy was pochwyci i nie połknie za jednym zamachem, z pewnością rozerwie ciało na strzępy." – Kate Ryan (Radha Mitchell).
Amerykański redaktor pisma podróżniczego Pete (Michael Vartan) trafia w głąb majestatycznego i dzikiego obszaru Północnej Australii. Przyłącza się do grupki turystów płynącej słonymi wodami rzeki w krokodylowym raju Narodowego Parku Kakadu. Wodnej ekskursji przewodniczy 28-letnia Kate. W jej trakcie łódź omal nie zostaje wywrócona do góry dnem przez gwałtowne uderzenie z wodnistej głębi. Statek szybko zaczyna tonąć, ale Kate udaje się go skierować na brzeg malutkiej wysepki. Nie ma radiowego połączenia ze strażą parku. Stopniowo narasta paniczny strach... Wkrótce okazuje się, iż turyści i ich przewodnik znaleźli się na terytorium ogromnego, siedmiometrowego krokodyla różańcowego poszukującego pokarmu. Rozpoczyna się dramatyczna walka o wydostanie się z mulistej wyspy – przed nastaniem nocy i nadejściem przypływu...
Intensywny debiut Grega McLeana "Wolf Creek" traktujący o trójce niefortunnych turystów wpadających w pułapkę sadystycznego seryjnego mordercy zapewnił Australijczykowi uznanie wśród fanów horroru na całym świecie. Był to horror bezkompromisowy, zabierający widza na przejażdżkę do trzewi australijskiego piekła, także zacierałem lepkie paluchy w oczekiwaniu na "Rogue". Filmów o morderczych krokodylach nakręcono w ciągu ostatnich 30 lat kilka ("Alligator", "Killer Crocodile", "Supergator", "Supercroc", "Crocodile", "Dark Age", "Lake Placid", "Primeval" czy "Black Water"), ale żaden z nich nie jest w stanie dorównać wielkiej, wkurzonej bestii z filmu McLeana. Jestem doprawdy pod wrażeniem, jak wiele australijski reżyser nauczył się od czasu "Wolf Creek". Metoda poprzednio sprawdzona: rozbudowany początek skupiający się na uwiarygodnieniu postaci, na ich zaletach i słabościach, a (nie)długo potem skumulowanie suspensu i terroru. Z jedną wyraźną różnicą – w "Rogue" o wiele mniej jest makabry i sadyzmu niż w poprzednim hiciorze McLeana. Sceny ataków krokodyla są gwałtowne, lecz niektóre ofiary giną poza kadrem. Pechowa grupka próbuje wszelkimi siłami przechytrzyć drapieżnika i wydostać się z jego terytorium, co sprzyja powolnemu narastaniu nastroju desperacji. Równocześnie McLean nie demonizuje gada: masywny ludojad chroni swoje siedlisko przy okazji smakując ludzkiej krwi.
Aby jednak nie było zbyt różowo mam kilka drobnych zastrzeżeń do "Rogue". Po pierwsze, niski bodycount – w paszczy bestii ląduje zbyt mało ofiar, nie wspominając już o ich przetrawieniu. Po drugie, wspomniana powyżej znikoma dawka gore (odgryzanie palców u dłoni, nadjedzony trup). Wreszcie mocno cuchnące hollywoodzkim fetorem, acz bez wątpienia efektowne zakończenie – jakże odmienne od pesymistycznego finału "Wolf Creek". Natomiast zdjęcia australijskich cudów natury zapierają dech w piersi – magiczne ujęcia przyrody cieszą oko i zachęcają do odwiedzenia kontynentu australijskiego w celach turystycznych / krajoznawczych. Obowiązkowo ze słomianym kapeluszem na głowie. Uwaga tylko na krokodyle, bo właśnie dochodzimy do serca filmu czyli... bestii. Na poły mechaniczny, na poły stworzony przy pomocy CGI drapieżca wygląda bardzo realistycznie i tak też się zachowuje. W trakcie pierwszej połowy trwania McLean jedynie zaznacza jego obecność, ukazując kreaturę nader oszczędnie – identycznie jak to uczynił Spielberg z rekinem ludojadem ze "Szczęk" (1975). Aktorzy wiarygodnie nakreślają odtwarzane postaci – znana z "Silent Hill" Radha Mitchell nie ukrywa swojego australijskiego akcentu i paraduje w spodenkach khaki, a Johna Jarratta (zdegenerowany Mick Taylor z "Wolf Creek") trudno w pierwszej chwili rozpoznać, tak został odmieniony.
Na koniec drogi czytelniku zapamiętaj jedno: nigdy nie uśmiechaj się do krokodyla, bo skończysz w jego przewodzie pokarmowym. Bon appetit!