Recenzja horroru

Road to L
Tytuł oryginalny:
Mistero di Lovecraft - Road to L., Il
Reżyseria:
Federico Greco Roberto Leggio
Scenariusz:
Federico Greco Roberto Leggio
Obsada:
Federico Greco, Fabrizio La Palombara, Valentina Lodovini, Roberto Purvis, Fausto Maria Sciarappa, Simonetta Solder
Kraj:
Włochy
Rok produkcji:
2005
Czas trwania:
92 min






Wielki Cthulhu nie istnieje i nie istniał. W mrocznych zakątkach ziemi, wbrew psalmowi 74, nie czają się mroczne, wrogie człowiekowi siły. Howard Philips Lovecraft był zwykłym pisarzem fantastyki, a źródeł jego inspiracji należy poszukiwać jedynie w sferze wyobraźni, nie zaś rzeczywistych doświadczeń autora. Lovecraft był materialistą i nie wierzył w zjawiska nadprzyrodzone, zwłaszcza zaś w wykreowaną przez siebie tzw. Mitologię Cthulhu. "Widmo nad Innsmouth" jest czystą fikcją, nie mająca u swojej podstawy realnych wydarzeń. Samotnik z Providence nigdy w swoim życiu nie opuścił terytorium Stanów Zjednoczonych. Wszystko to znane i oczywiste fakty, których nikt na serio nigdy nie kwestionował. Aż do dziś. Teraz bowiem, w wyniku badań pewnego włoskiego studenta i dociekliwej grupy dokumentalistów te proste i uspokajające odpowiedzi zastąpione zostały szeregiem niepokojących pytań. W 1997 roku włoski badacz imieniu Andrea Roberti odkrył związek pomiędzy "stworzoną" przez Lovecrafta mitologią a tzw. legendami Filo - ludowymi opowieściami mieszkańców delty rzeki Po w północnych Włoszech. W 2002 roku doszło do odnalezienia manuskryptu, najprawdopodobniej skreślonego ręka samego Lovecrafta, który wskazuje, iż Mistrz w roku 1926 odbył podróż do ojczyzny renesansu. Co więcej, po poszukiwaniach w weneckiej bibliotece Marciana udał się do delty Po, do położonego w jej sercu zapomnianego miasteczka Loreo, gdzie zetknął się Legendami Filo, które mogły zainspirować najważniejsze wątki Mitów Cthulhu, w szczególności te zawarte w opowiadaniu "Widmo nad Innsmouth". Wiadomość ta jest na tyle elektryzująca, że amerykańsko-włoska grupa młodych dokumentalistów postanowiła wyruszyć tym tropem i udać się śladami Lovecrafta do tajemniczego Loreo, ukrytego wśród mokradeł i kanałów delty rzeki Po. Niestety na miejscu sprawy szybko się komplikują, ponieważ okazuje się, że Andrea Roberti, który miał być ich przewodnikiem, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, zaś dziwne zachowania mieszkańców delty jednoznacznie wskazują, iż miejsce to kryje mroczne tajemnice.
W ten intrygujący sposób rozpoczyna się stylizowany na dokument horror produkcji włoskiej "Il Mistero di Lovecraft – Road to L." Jest to kolejne podejście włoskiego kina grozy do twórczości Lovecrafta i, moim skromnym zdaniem, kolejne udane podejście. Z góry pragnę zaznaczyć, że moja ocena tego filmu nie jest w pełni obiektywna. Łączy on bowiem te elementy uniwersum horroru, które są szczególnie bliskie mojemu sercu: twórczość Howarda Philipsa Lovecrafta i włoskie kino grozy. Na dodatek łączy te elementy bardzo umiejętnie. A jak niestety dowodzą liczne przykłady z przeszłości proza Lovecrafta bardzo niechętnie poddaje się władzy X muzy. Pomysł twórców "Road to L" jest o tyle znakomity, że bliski technikom stosowanym przez samego Lovecrafta – uprawdopodabniania fikcji poprzez maksymalne mieszanie jej z rzeczywistością zarówno w obrębie treści jak i formy utworów. Skoro Mistrz często stylizował swoje utwory na listy, pamiętniki czy nawet sprawozdania, to zastosowaną przez twórców "Road to L" stylizację na paradokument należy uznać za zgodną z duchem HPL-a. Zwłaszcza, że technika ta została zastosowana znakomicie. Najsmakowitszymi kąskami filmu są materiały "nakręcone" przez jego bohaterów – fragmenty dokumentu o podroży Lovecrafta. Złożone są z wypowiedzi rozmaitych osób – urzędników, ufologa, świadków dziwnych zdarzeń a nawet księdza z parafialnego kościoła. Wypowiedzi te są tak znakomicie zredagowane i podane, że oglądając film czasami nie sposób stwierdzić, czy wypowiadający się są aktorami, czy też ich wypowiedzi są autentycznym materiałem dokumentalnym. Nadto wspaniale współgrają z prezentowanymi wycinkami z gazet, fragmentem telewizyjnego programu czy amatorską taśmą video nakręconą przez zaginionego studenta, budując bardzo realistyczne tło filmu. Pomimo iż wpływ "The Blair Witch Project" na "Road to L" jest oczywisty, to na szczęście uciążliwych scen kręconych rozdygotaną kamerą nie jest aż tak wiele i są znakomicie równoważone przez przepiękne zdjęcia doskonale wykorzystujące niesamowite, włoskie plenery. Z zachwytem oglądałem ujęcia opuszczonych willi jakby żywcem wyjętych z filmów Avatiego lub Argenta, których zabite deskami okna ziały tajemnicą równie smakowitą jak sekret domu o śmiejących się oknach, zapuszczony ogród pełen zdeformowanych przez erozję rzeźb, opustoszałe, tajemnicze miasteczka czy na wpół zatopione budowle. Istna uczta dla oczu. Tym bardziej, że we wszystkich tych miejscach naprawdę umiejętnie ukazano klimat dusznej tajemnicy. Wiąże się z tym kolejna zaleta filmu – subtelność zawartej w nim grozy. Nastrój niesamowitości budowany jest powoli, za pomocą aluzji, niedopowiedzeń, krótkich impresji, które w finale kumulują się i połączone odkrywają przed bohaterami ponurą prawdę o delcie Po. Ten zupełny brak fajerwerków i gumowych potworów w stylu Stuarta Gordona z pewnością bliski byłby autorowi "Cienia nad Innsmouth" i "Szepczącego w ciemności".
Niestety dobry pomysł i umiejętne wykorzystanie atutów włoskiego krajobrazu to zbyt mało by stworzyć film naprawdę znaczący. Słabością "Road to L" jest przede wszystkim gra aktorów odtwarzających główne role. Niemożebnie irytujący jest zwłaszcza Roberto Purvis w roli Dawida Purvisa, amerykańskiego aktora, który ma być narratorem kręconego filmu dokumentalnego. Liczne sceny, które ukazywać mają jak wpływ strachu i tajemnicy na psychikę członków ekipy filmowej powoduje narastanie konfliktów, wypadają bardzo słabo i sztucznie. Na dłuższa metę są strasznie irytujące i osłabiają nastrój grozy papierowymi emocjami rodem z "Big Brothera". Nadto wiele ciekawie zbudowanych momentów grozy zostaje szybko zdetonowanych przez słabą grę aktorską, która momentalnie wyrywa widza objęć zawieszenia niewiary. Widząc sztuczne grymasy przerażania na widok suma przybitego do ściany podziemnego tunelu nie sposób się nie uśmiechnąć. Gdyby tylko główni aktorzy zachowali taką wiarygodność jak aktorzy drugiego planu, byłby to naprawdę ciekawy kawałek kina. A tak, jest jedynie średnio.
Reasumując: jeśli jesteś wielbicielem twórczości Lovecrafta – musisz obejrzeć ten film. Jeśli uwielbiasz horrory z ojczyzny Fulciego – powinieneś "Road to L" zobaczyć. Pozostałym osobom polecam ten film jedynie wówczas, jeśli nie mieli reakcji alergicznych po "The Blair Witch Project", mają ochotę na spokojny, klimatyczny film i nie oczekują arcydzieła, które wgniecie ich w fotele lub oszołomi nagłymi zwrotami akcji.