Recenzja horroru

Rituals
Tytuł oryginalny:
Rituals
Reżyseria:
Peter Carter
Scenariusz:
Ian Sutherland
Obsada:
Hal Holbrook, Lawrence Dane, Robin Gammell, Ken James, Gary Reineke
Kraj:
USA, Kanada
Rok produkcji:
1977
Czas trwania:
99 min.






Już od najmłodszych lat interesowałem się filmami typu backwoods slasher. Horrory takie jak "Friday the 13th", "The Burning", "The Final Terror" czy mój niskobudżetowy faworyt "Just Before Dawn" były częścią mojego dzieciństwa, ze strachem w oczach oraz z wypiekami na twarzy śledziłem zmagania o przetrwanie młodych ludzi wyrzynanych przez wszelkiej maści psychopatów w leśnych ostępach. Mijały lata, człowiek coraz bardziej dojrzewa, tak więc przestałem podchodzić do tego nurtu bezkrytycznie (zwłaszcza po obejrzeniu takich gniotów jak "Don't Go In the Woods", "Berserker" czy "The Forest"). Spójrzmy prawdzie w oczy, pokaźna większość horrorów typu slasher jest tandetnie zrealizowana, jeszcze gorzej zagrana i poza scenami krwawych morderstw niewiele może zaoferować oglądającemu. Oczywiście zdarzają się chlubne wyjątki - jednym z nich jest na przykład wyżej wspomniany "Just Before Dawn" (w Polsce ukazał się w dystrybucji wideo pod tytułem "Tuż przed świtem"), innym z kolei jest kanadyjski "Rituals" - w moim mniemaniu bezapelacyjnie najlepszy backwoods slasher/survival, jaki do tej pory miałem okazję oglądać.
Grupa pięciu doktorów (Harry, Mitzi, Abel, homoseksualista Marty oraz jego brat D.J) zamierza spędzić kilka dni na łonie natury, w miejscu nazwanym przez Indian "Kotłem Księżyca", a położonym głęboko w dzikiej, kanadyjskiej puszczy. Kiedy mężczyźni rozbijają obóz, szybko uświadamiają sobie, że ktoś wie o ich obecności. Najpierw giną im buty, przez co zmuszeni są wędrować przez bezkresny las na nogach owiniętych w zwoje szmat. Abel ginie w następstwie upadku ze zbocza uciekając przed rojem pszczół, gdy bezlitosny tropiciel niszczy owadzie gniazdo, natomiast D.J (po oddzieleniu się od pozostałych) znika w tajemniczych okolicznościach. Pozostała trójka (Harry, Mitzi oraz ranny w nogę i szybko tracący siły witalne wskutek wdepnięcia w zastawioną w górskiej rzece pułapkę, Marty) postanawia odszukać pomoc. Ich mozolna wędrówka kończy się w miejscu, gdzie przed laty szalał wielki pożar, na wyludnionym, pozbawionym wszelkiej roślinności płaskowyżu. Gdy rankiem, po spędzeniu nocy pod gołym niebem, Harry wraz z Mitzim odnajdują zatkniętą na kiju, uciętą głowę jednego ze swoich kolegów, rozpoczyna się desperacka walka ze złowrogim prześladowcą, który czai się gdzieś w pobliżu...
To wręcz zadziwiające, że taki wspaniały, trzymający od początku do końca w napięciu horror, jakim jest "Rituals", został zapomniany przez fanów kina grozy. To właśnie ten film można uznać za prekursora nurtu backwoods slasher, a nie późniejszy o trzy lata "Friday the 13th". Oczywiście to "Piątek trzynastego" zapoczątkował boom na horrory w rodzaju "The Final Terror" czy "The Prey", których akcja rozgrywa się w leśnej kniei, gdzie grasuje obłąkany morderca, polujący na przypadkowych turystów i wycieczkowiczów, ale nie ma wątpliwości, iż "Rituals" nakręcono wcześniej. Horror Petera Cartera często bywał porównywany do "Deliverance" Johna Boormana, słynny amerykański krytyk Roger Ebert określił go zresztą (w moim mniemaniu niesłusznie) mianem kopii "Deliverance". Pewne podobieństwa można od razu dostrzec, ale oba filmy też wiele różni. W "Dostawie" widzimy złoczyńców, a w "Rituals" nie mamy pojęcia, kto poluje na piątkę lekarzy (wyjaśni się to dopiero w mrożącym krew w żyłach zakończeniu). Wymienione obrazy na pewno spaja element walki o przetrwanie, z tym że dreszczowiec Cartera jest o wiele bardziej mroczny i krwawy od filmowej ekranizacji powieści Jamesa Dickeya.
Akcja "Rituals" wciąga widza bez reszty. Jesteśmy świadkami jak w miarę upływającego czasu między protagonistami zaczynają się kruszyć więzi przyjaźni, a górę biorą pierwotne odruchy i instynkty przetrwania. Zagadkowy prześladowca walczących o wydostanie się z leśnego piekła lekarzy ukazuje się nam niezmiernie rzadko, co prowadzi do wszechogarniającej niepewności dotyczącej tego, co się wkrótce wydarzy. Widzimy jedynie kilka ujęć z punktu widzenia mordercy, a także jego złowieszczy cień na horyzoncie. Dopiero w ponurym i brutalnym zakończeniu, gdy Harry (Hal Holbrook - "The Fog" Johna Carpentera, "The Unholy") stanie twarzą w twarz z zabójcą dowiemy się, kto zafundował niewyobrażalny koszmar piątce dorosłych facetów. I zapewniam- jest na co czekać, gdyż widok tajemniczego łowcy może przyprawić niejednego widza o koszmary senne.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż "Rituals" był jednym z podstawowych źródeł inspiracji dla "The Blair Witch Project", co jest zrozumiałe, wszak oba horrory w nadzwyczaj realistyczny sposób portretują poczucie całkowitej utraty kontroli nad otaczającym światem, zatapiania się w nieznane. Dodatkowo nie uświadczymy tutaj seksu czy rozebranych nastolatek, które giną gwałtowną śmiercią, ponieważ obsada jest wyłącznie męska, a żaden z aktorów nie jest już napędzanym przez hormony młodzieniaszkiem. Reżyseria, dialogi, zdjęcia - wszystkie te elementy są świetne, a dzika leśno-górska sceneria cieszy oko i jednocześnie w perfekcyjny sposób kreuje nastrój grozy i osamotnienia. Film zawiera kilka scen dławiącego, przeszywającego do szpiku kości terroru - odnalezienie zabitego jelenia zawieszonego na drzewie, odkrycie uciętej głowy nabitej na palik czy wreszcie spalenie żywcem związanego i błagającego o pomoc Mitzi'ego to znaczące przykłady. Jedyne zastrzeżenie mam do stosunkowo niechlujnego montażu, ale w zasadzie jest to mało istotny mankament.
Warto na koniec wspomnieć o kulisach nakręcenia "Rituals": odtwarzający postać Mitzi’ego Lawrence Dane otrzymał scenariusz Iana Sutherlanda od producenta będącego jego przyjacielem. Film nakręcono w Lake Superior’s Bachwana Bay w Sault Ste. Marie w północnym Ontario. Początkowo za efekty make-up miał odpowiadać mistrz charakteryzacji Rick Baker, lecz kiedy projekt otwarto nie był dostępny. Zastąpił go jego ówczesny uczeń, Carl Fullerton. Atypowa dla gatunku, delikatna ścieżka dźwiękowa Hagooda Hardy kreuje lepki nastrój tajemniczości i ciągłego zagrożenia. Zapytany w wywiadzie Dane potwierdził, iż kiepska widoczność scen nocnych w finale filmu spowodowana została uszkodzeniem negatywów w laboratorium. Wreszcie "Rituals" odznacza się melancholijnym urokiem i pod tym względem przypomina elegijne arcydzieło Petera Weira "Picnic at Hanging Rock".
W konkluzji pragnę zachęcić każdego, kto nawet pobieżnie interesuje się horrorem do zapoznania się z "Rituals". Od razu radzę zaopatrzyć się w nieocenzurowaną 99-minutową wersję 'Scream' channel, która jest obecnie bardzo trudna do zdobycia albo w niemieckie DVD X Rated Cult.