Recenzja horroru

Return of the Family Man (Powrót Domatora)
Tytuł oryginalny:
Return of the Family Man
Reżyseria:
John Murlowski
Scenariusz:
John Fox, John Murlowski
Obsada:
Ron Smerczak, Liam Cundill, Terence Reis, Debra Kaye, Michelle Constant
Kraj:
RPA
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
88 minut
"Czy mógłby pan lać trochę szybciej?" – przestraszona blondyneczka Libby o aparycji plastikowej niuni w typie Paris Hilton próbuje zmusić starszego wiekiem pracownika stacji benzynowej do szybszego napełnienia baku samochodu. Ta kwestia dialogowa spowodowała, iż omal nie skonałem w fotelu ze śmiechu. Histerycznie głupich momentów w "Powrocie Domatora" nie brakuje i w zasadzie tylko one ratują ów bzdurny slasher od poziomu kompletnej katastrofy. Horrory z RPA można wyliczyć w bardzo krótkim czasie na palcach jednej ręki np. ospały "House of the Living Dead" Raya Austina z 1973 roku, "The Demon" (1979), tani rape and revenge "Savage Encounter" (1980), mierny "Slash" (2002), tudzież "Return of the Family Man" (1989) – filmowy debiut Johna Murlowskiego ("Amityville: A New Generation"), o którym pewnie stara się zapomnieć.
Psychotyczny morderca o złowrogim przydomku ‘Miłośnik rodziny’ (Ron Smerczak) ucieka z autobusu pełnego skaczących wariatów przy okazji mordując kogo popadnie. W tym samym czasie grupa skretyniałych nastolatków (odtwarzana przez dorosłych aktorów) wynajmuje ‘rezydencję’, która po przybyciu gromadki na miejsce okazuje się opuszczoną ruderą. Nie muszę chyba dodawać, iż domostwo skrywa w sobie mroczny sekret Domatora...
Nędza, mości Państwo, absolutna nędza. Fatalnie zagrany, amatorski i idiotyczny slasher jakich w latach 80-tych powstało na pęczki. W dodatku nabrzmiały od głupoty stereotypowych postaci. O cukierkowej Libby z ilorazem inteligencji równym zero już wspominałem; jest jeszcze Alden, dostawca pizzy uwikłany w mafijne porachunki (strzelanina na początku filmu wzbudza niekontrolowany rechot), słodziutka Valerie i jej durnowaty chłopiec Brian, mój osobisty faworyt Szczurek, blondwłosy angielski punk w czarnej skórze otaczający się pułapkami na myszy, komiczny Hindus Marty znający 101 pozycji Kama Sutry, ubrana w spodnie khaki pruderyjna Evelyn oraz obywatelka Francji Sylvie. Wreszcie Domator, sadystyczny morderca rodzin z bezdusznym uśmiechem imbecyla rzucający na lewo i prawo koszmarnymi one-liners i nie odczuwający bólu nawet wówczas, gdy jego facjata ulega poparzeniu. Twardy z niego skurczybyk - kiedy Libby przypala mu twarz palnikiem domowej roboty, Domator sięga po ręcznik, ze stoickim spokojem gasi nim płomienie, po czym eliminuje niewiastę przykładając jej twarz do sokowirówki. Całokształtu nie ratuje kilka anemicznych scen morderstw, z których pokaźna większość ma miejsce poza kadrem. Jedynie scena, gdy Brian schodzi do piwnicy i odkrywa zmurszałe szkielety rodziny Domatora ma w sobie ździebko suspensu, ale błyskawicznie tonie w oceanie gatunkowych klisz. Wreszcie brak golizny był dla mnie swoistym zaskoczeniem. Przecież to absurdalny slasher z lat 80-tych, do jasnej anielki! Gdzie się podziały nagie biusty tandetnych aktoreczek? Wyparowały?
Pamiętam nostalgiczne czasy, kiedy kaseta video "Powrotu Domatora" obrastała kurzem w rodzimych wypożyczalniach. Do tej pory horror Murlowskiego nie doczekał się jakiegokolwiek wydania DVD. O niektórych filmach lepiej zapomnieć i pozwolić im zniknąć w bezmiarze niepamięci, prawda?