Recenzja horroru

Retribution (Zemsta)
Tytuł oryginalny:
Retribution
Reżyseria:
Guy Magar
Scenariusz:
Guy Magar, Lee Wasserman
Obsada:
Dennis Lipscomb, Leslie Wing, Suzanne Snyder, Hoyt Axton, Mario Roccuzzo
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
106 min.






"Retribution" jest jednym z tych nijakich horrorów, bujnie powstających w drugiej połowie lat 80-tych, na temat których ciężko się solidnie rozpisać. Całe wrażenia najchętniej zsumowałbym do jednego prostego słowa – nuda, lub w przypływie nagłego natchnienia porwałbym się na znacznie więcej mówiące – piekielna nuda. Tą zgrabną metaforą mógłbym zakończyć recenzję i zabrać się za ambitniejsze produkty X Muzy. Niestety w tak krótkiej (lecz bardzo treściwej) formie nie nadawałaby się do publikacji, dlatego w dalszej części tekstu postaram się rozebrać monotonię wypełniającą obraz Guy’a Magara na części pierwsze. Drogi czytelniku, jeśli porzucisz lekturę recenzji na tym etapie zrozumiem, będzie jednak niezmiernie miło, gdybyś towarzyszył mi w tej niebezpiecznej wędrówce przez usypiające kadry, beznadziejne dialogi i całą masę tandety wyciągającej swe oślizłe macki z ekranu. Obiecuję, że nie będę nudził.
Zacznijmy od tego, iż "Retribution" to do bólu schematyczna opowieść o zemście zza grobu, zdobnej w efektowne fajerwerki i kłęby dymu okraszające sceny zbrodni. Jedyne warte umiarkowanej konstatacji sekwencje w całym projekcie, pozostającym do samego końca utworem mozolnym, z upośledzoną aktorsko obsadą. Dennis Lipscomb, widziany również w "The First Power" oraz Suzanne Snyder, wyglądająca całkiem sympatycznie w "Killer Klowns from Outer Space" , otwierają poczet osobliwości wypełniających scenariusz duetu Magar - Wasserman (w tym przypadku również producent). Lipscomb jako George Miller, niepozorny malarz, nieśmiały okularnik ze skłonnościami samobójczymi, to główna postać dramatu jaki rozegra się w slumsach Los Angeles, gdzie przyszło wieść mu samotny żywot. Po nieudanej próbie pozbawienia się ducha przy akompaniamencie syren strażackich i szeptów zebranych gapiów, którą mamy okazję podziwiać na początku filmu, George powraca do rytuałów dnia codziennego nieco odmieniony. Jako, że skok z dachu kamienicy nie odebrał mu życia, pora by rozstali się z nim inni. Szkoda tylko, iż każdą kolejną scenę mordu dzielą metry zmarnowanej taśmy filmowej. Millera dręczą koszmarne wizje, dobija go kompleks niespełnionego artysty, a romans z prostytutką o imieniu Angela nie układa się tak różowo jakby sobie tego życzył. Dlaczego?
Gdyż przychodzi pora, gdy zahukany artysta zamienia się w demona z piekła rodem. Wtedy to efektowne fajerwerki oraz kłęby dymu spowijają ekran, łudząc się, iż ze strachu widz zabrudzi majtki. Otóż w tym momencie przychodzi pora na kilka ubolewających westchnień, spuszczanie głowy, bądź w bardziej pomyślnych przypadkach salwy śmiechu. Ofiary mściciela czasem same wymierzają sobie karę, a jedyne co dane jest im ujrzeć przed śmiercią to zielonooki George z przebrzydłym grymasem malującym się na twarzy. Bublowata wersja Ghost Ridera wykrzykująca przy okazji każdego zabójstwa słowa, jakie z powodzeniem mogliby błagalnie wypowiadać skazani na ten seans widzowie – "Santa Maria Matko Boża pomóż mi".
Jednak na tym lista potknięć i minusów się nie kończy, swoje trzy grosze musiał dorzucić również kompozytor. Alan Howarth, dawniejszy współpracownik Carpentera, najwyraźniej niczego się nie nauczył od swego mistrza, albowiem muzyka dobiegająca z ekranu nadaje się wyłącznie do lukrowanej komedii o brzydkim kaczątku szukającym księcia z bajki w bezwzględnym świecie spijających browar graczy futbolowych. W rytm tak skocznych melodii toczy się młyńskie koło Guy’a Magara (twórcy "Stepfather 3") powoli odkrywając przed nami zagadkę doktora Jekylla i pana Hydea, tropem której podąża ten pierwszy (w tym wypadku George). W między czasie stara się on pielęgnować swój nowy związek, a we wszystkich staraniach wspierają go równie beznadziejni aktorzy drugoplanowi wcielający się w mieszkańców kamienicy, za pomocą której Miller próbował odebrać sobie żywot. Brak suspensu w prowadzonym przez głównego bohatera skromnym śledztwie, brak podejrzanych gotowych wprowadzić niespodziewany zwrot niszczący doszczętnie klarujące się w głowie malarza rozwiązanie i wreszcie brak czegokolwiek co zasługiwałoby na szczerą pochwałę.
Jednak trafiają się recenzje chwalące "Retribution", a nawet nazywające ów obraz jednym z najlepszych niskobudżetowych horrorów lat 80-tych. Moim zdaniem znacznie bliżej mu do jednego z najgorszych, ponieważ do największej katastrofy dochodzi, kiedy mało utalentowany reżyser stara się zrobić poważny film, na mało poważny, zalatujący fantastyką temat. A gdy pragnie by efekt końcowy okazał się przejmującą, chwytającą za serce produkcją z odrobiną krwi dla podniesienia dramaturgii i powagi sytuacji, nie pozostaje mu nic innego jak polec na całej linii. Nawet pomimo faktu, iż fabuła tworzy w miarę spójną, zrozumiałą całość. Niestety w obliczu hektolitrów tendencyjnych rozwiązań, przerobionych tysiąckrotnie schematów i płytkich dialogów wypowiadanych w beznamiętny sposób, nawet najprzemyślniejsza intryga musi się poddać i utracić swój urok. Sumując owe destrukcyjne zabiegi stosowane przez reżysera, powstała jak to powiedział pan Utterson przygryzając wargi w "Doktorze Jekyllu i Panu Hydzie" Roberta Stevensona – "Dziwna historia Poole. Dziwna i szalona mój drogi". A ja jeszcze dodam od siebie, że piekielnie nudna.