Recenzja horroru

Resident Evil
Tytuł oryginalny:
Resident Evil
Reżyseria:
Paul W.S. Anderson
Scenariusz:
Paul W.S. Anderson
Obsada:
Milla Jovovich, Ryan McCluskey, Oscar Pearce, Indra Ové, Anna Bolt
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2002
Czas trwania:
96 minut
Nigdy nie byłem wielkim entuzjastą gry "Resident Evil", ale nie będę zaprzeczał, że mi się ona podobała i swojego czasu w nią pogrywałem. Jednak wieść o przeniesieniu tego cybernetycznego horroru na taśmę celuloidową, w ogólne mnie nie zelektryzowała i przeszedłem nad nią do porządku dziennego. Zainteresowanie okrzepło we mnie jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, iż za kamerą stanie Paul W.S. Anderson, który do moich ulubionych reżyserów bynajmniej nie należy. Mało pochlebne opinie, jakie słyszałem na temat tego filmu, dodatkowo utwierdzały mnie w przekonaniu, że kompletne zignorowanie go było całkiem dobrą decyzją. W końcu jednak zebrałem się w sobie i postanowiłem po raz kolejny dać szansę miernemu talentowi filmowemu pana Andersona. Cóż, niektórzy mówią, że Polak mądry po szkodzie i najwyraźniej mają rację. Dostałem to czego się spodziewałem, a więc kolejne półtorej godziny niepotrzebnie wycięte z życiorysu. Teraz wypada tylko poczekać i zobaczyć, czy potrafię uczyć się na własnych błędach i już więcej nie skuszę się na tego typu produkcje.
Fabuła "Resident Evil" oryginalnością nie grzeszy i nie wnosi niczego odkrywczego do gatunku filmów o żywych trupach. Znowu mamy tajne rządowe eksperymenty, znowuż światu zagraża śmiertelny wirus, znowu wszystko wymyka się spod kontroli, trach bum i katastrofa, na skutek której ludzie powstają z martwych. Kryzys stara się zażegnać grupka śmiałków, zmuszonych nie tylko stawić czoła hordom ożywieńców, ale także antagonizmom panującym w łonie ich grupy. Brzmi trochę znajomo.
"Resident Evil" to kolejny film, który bazuje na kaskaderskich popisach i generowanych komputerowo efektach. Nie tak dawno na ekranach kin gościł film "Aeon Flux" Karyn Kusamy, opierający się na analogicznym do dzieła Andersona schemacie. Twórcy tych, i rzeszy im podobnych, obrazów wychodzą najprawdopodobniej z założenia, że wystarczy sklecić jakąś mierną i naiwną fabułkę, a resztę załatwią już efekty specjalne. Treść się więc nie liczy, gdyż stanowi jedynie pretekst do pokazania skaczących i wymachujących kończynami aktorów. Chciałoby się powiedzieć, że jest to przerost formy nad treścią, ale ta druga występuje w procencie tak znikomym, że prawie wcale jej nie ma. Taki stan rzeczy rekompensować mają strzelaniny, w których trup ściele się gęsto, bliźniaczo do siebie podobne sceny walk i głupawe dialogi.
Film Andersona jest nieznośnie sterylny, wręcz całkowicie wyprany z pierwiastka ludzkiego. Przez większą część seansu obserwujemy bohaterów biegających po korytarzach wyludnianego laboratorium, które aż błyszczą się od komputerowej pustki. Dodatkowo reżyser często ukazuje akcję z perspektywy kamer strażniczych, nanosząc na ekran siatki i różnego rodzaju dane statystyczne. Równie często na ekranie pojawiają się komputerowe mapy podziemnego kompleksu, stanowiącego miejsce akcji. Widz zaczyna być tą powszechną komputeryzacją szybko zmęczony i niecierpliwie czeka na pojawienie się zombich. Ale nawet one okazują się nieznośnie komputerowe.
Jak często w tego typu produkcjach bywa, także w filmie Andersona kryje się jakaś zagadka z przeszłości. Co jakiś czas przez ekran przetaczają się chaotyczne retrospektywy, stanowiące stopniowe rozwiązanie owej tajemnicy. Niestety "Resident Evil" jest tak przewidywalnym i męczącym kawałkiem kina, że widzów pod koniec zupełnie nie interesują rozstrzygnięcia zagadek z przeszłości. Ale cóż, jak to się mówi – co kraj to obyczaj, a Amerykanie najwyraźniej lubują się w skrajnie zbanalizowanej psychoanalizie. Taki Freud w cieniu hamburgera. Już od jakiegoś czasu psychoanaliza tryumfalnie kroczy przez salony filmowe, ale niestety z biegiem lat pochód ów coraz bardziej zaczyna przypominać niezdarne pląsanie stawiającego pierwsze kroki dziecka. W wielu filmach pojawia się motyw nierozwiązanego konfliktu z przeszłości, do którego bohater musi dotrzeć i jednoznacznie zażegnać, aby historia mogła skończyć się pomyślnie. Ale im nowszy film, tym konflikt bardziej banalny i przeszłość bliższa.
Z początku "Resident Evil" kojarzyć się może z bardzo dobrym filmem s-f "Zagadka Andromedy" Roberta Wise’a. I tu i tu mamy podziemne laboratorium wyposażone w system samodestrukcyjny, w którym naukowcy prowadzą badania nad groźnym wirusem. Ale szybko okazuje się, że to bardzo mylny trop, gdyż miernotę Andersona dzieli od filmu Wiese przepaść nie do przeskoczenia. Ów reżyser nakręcił w latach 70-tych dwa bardzo dobre filmy fantastyczno-naukowe (wspomnianą już "Zagadkę Andromedy" i "Star Trek: The Motion Picture"), ze szczególnym wskazaniem na drugi człon zrostu. Filmy Wiesego naprawdę trzymały w napięciu i dostarczały świetnej rozrywki, gdy "Resident Evil" stanowi jedynie nużący fajerwerk, który stara się przekazywać istotne treści. Ale przekaz (proszę wybaczyć mi użycie tego sformułowania w odniesieniu do filmu Andersona), na który sili się to filmidło, to nic innego, jak tylko operowanie wyświechtanymi truizmami.
Cóż można jeszcze powiedzieć? Chyba tylko to, że film ów należy omijać szerokim łukiem. Mało oryginalna historia, denne dialogi, przesyt efektów komputerowych, zero klimatu – wady można by jeszcze długo mnożyć, ale tyle wystarczy w zupełności. A ten plusik przy jedynce to tylko za scenę, w której Milla Jovovich, niczym Trinity z "Matrixa", rozprawia się z psem-zombie.