Recenzja horroru

Red Monks
Tytuł oryginalny:
Il Frati Rossi
Reżyseria:
Gianni Martucci
Scenariusz:
Pino Buricchi
Obsada:
Gerardo Amato, Lara Wendel, Chuck Valenti, Malisa Longo
Kraj:
Włochy
Rok produkcji:
1989
Czas trwania:
85 minut






Pod koniec lat osiemdziesiątych włoski horror przeżywał kryzys, a jego dni świetności minęły bezpowrotnie. "The Red Monks" nakręcono w dobie upadku boomu na tamtejsze kino grozy – niestety filmowi w wybiciu się ponad mierny poziom nie pomógł nawet fakt, iż wyprodukował go Ojciec Chrzestny Gore Lucio Fulci. Na foteliku reżyserskim zasiadł niejaki Gianni Martucci, reżyser chyba najbardziej znany z inspirowanego "Halloween" giallo "Thrauma" (1980), a w obsadzie znalazła się między innymi Lara Wendel, pamiętna chociażby z kontrowersyjnego dziecięcego romansu "Maladolescenza" (1977) i krwawego giallo Dario Argento "Tenebre" (1982). Powstała jednak produkcja nijaka, nudna, przegadana, pozbawiona niemalże zupełnie suspensu i gore.
Należąca od wieków do rodziny Garlinich rezydencja zostaje odziedziczona przez Robbie Garliniego. Mężczyzna zamieszkuje w stareńkim domostwie wspólnie ze służącą. Pewnego dnia, pies właściciela zagania na drzewo piękną malarkę Ramonę. W takich niecodziennych okolicznościach dochodzi do pierwszego spotkania przyszłej pary – pomiędzy nimi rodzi się uczucie, które zaowocuje ślubem. Ramona nie wie jeszcze, iż zamczysko, w którym oboje zamieszkują kryje w sobie straszliwy sekret. W krypcie znajduje się kryjówka sekty Czerwonych Mnichów – czcicieli Szatana odzianych w czerwone habity i kaptury. Robbie zawarł z nimi pakt – czwartego dnia ma przelać krew dziewicy, a ofiarą będzie Ramona.
U niejednego fana horroru nazwisko Fulci wywoła na twarzy uśmiech podekscytowania. W końcu Lucio słynął z pokazywania wyjątkowo dosadnych i obliczonych na szokowanie scen gore. Któż z nas nie pamięta wymiotowania wnętrznościami w "City of the Living Dead", przecinania żyletką gałki ocznej w "The New York Ripper" czy drewnianej drzazgi przebijającej oczodół Olgi Karlatos w "Zombi 2". W przypadku "The Red Monks" czeka nas rozczarowanie tym większe, iż horror ów jest firmowany nazwiskiem włoskiego mistrza makabry. O jakimkolwiek gore możecie więc od razu zapomnieć, jak tylko zasiądziecie do oglądania. Fabuła wlecze się niczym karawana wychudzonych wielbłądów po pustyni, efekty specjalne, za które podobno odpowiadał sam Fulci, są prymitywne (np.: żenujący pająk wspinający się niemrawo w kierunku powabnej Lary Wendel, leżący w grobowcu szkielet ze święcącymi się tandetnie oczyma, itd.), a grozy tutaj tyle, ile kot napłakał. W dodatku "Il Frati Rossi" wygląda, jakby został nakręcony na potrzeby telewizji, co zresztą można śmiało zarzucić wielu innym włoskim horrorom z lat 1985-1991. Do nielicznych pozytywów należy zaliczyć sporą dawkę golizny, kilka ciekawych ujęć oraz urodę Lary Wendel. Czy to wystarczy, aby skusić fanów spaghetti horroru do sięgnięcia po "The Red Monks"? Mocno w to powątpiewam.
Tuż po projekcji naszła mnie pewna ogólna refleksja: nic dziwnego, iż włoskie horrory z końca lat 80-tych są tak rzadko oglądane oraz dyskutowane, skoro w pokaźnej większości są to produkcje słabe. "The Red Monks" z czystym sumieniem rekomenduje wyłącznie fanatykom twórczości Fulciego, którzy na dźwięk nazwiska swojego ulubieńca dostają ekstatycznych drgawek. Inni mogą sobie ten film spokojnie odpuścić.