Recenzja horroru

Horror Red Account: My Bloody Angel

Red Account: My Bloody Angel

Tytuł oryginalny:

Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken

Reżyseria:

Toshiki Sato

Scenariusz:

Obsada:

Kraj:

Japonia

Rok produkcji:

1988

Czas trwania:

55 minut

Horror Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken - zdjęcie 1Horror Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken - zdjęcie 2Horror Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken - zdjęcie 3Horror Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken - zdjęcie 4Horror Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken - zdjęcie 5Horror Akai hôkokusho: senketsu no tenshi: akumabarai satsujin ken - zdjęcie 6

Japoński undergroundowy horror gore drugiej połowy lat ’80 ubiegłego wieku został rozsławiony dzięki serii "Guinea Pig" (wszyscy słyszeli historię jak to Charlie Sheen zawiadomił FBI, bo zdawało mu się, że miał do czynienia ze snuff), którą na światło dzienne wydobył Chas Balun. To, co jeszcze niedawno elitarne, trudno dostępne, znane tylko najwytrwalszym fascynatom horroru, dzięki rozwojowi rynku DVD i rozwojowi Internetu (a zwłaszcza sieciowego piractwa), stało się powszechnie znane. Dla dzisiejszych entuzjastów gatunku, krwawe ekscesy Hino Hideshi to już tylko elementarz filmowego okrucieństwa i transgresji. Jednak nie samym "Królikiem doświadczalnym" Kraj Kwitnącej Wiśni stał. Do szerszej świadomości trafiły takie tytuły jak "Guts Of A Virgin" czy "Lucky Sky Diamond". Niemniej jednak spory kawałek japońskiego gore to wciąż, zwłaszcza dla zachodniego widza, terra incognita, czekająca na odkrycie.

Tomoko i Masao byli bardzo szczęśliwym małżeństwem. Niestety do czasu. W mężczyznę wstąpił demon - siły nieczyste zagnieździły się w jego oku. Kochająca żona wzywa więc na pomoc księdza Kawakami, który ma dokonać japońskiej wersji egzorcyzmów. By uratować Masao, należy wyłupić mu oko – siedlisko zła. Sprawy przybierają bardziej złowrogi obrót, gdy okazuje się, że demoniczna inwazja, niczym rak zaatakowała wszystkie organy wewnętrzne bohatera. A terapia, którą będzie musiał przejść będzie bardzo drastyczna.

Cechą charakterystyczną obrazów z tamtego okresu był krótki czas trwania i pretekstowa fabuła, która stanowiła tylko wymówkę dla krwawej łaźni. Filmy były konstruowane w oparciu o jedną scenę, mglisty pomysł. Tworzenie scenariusza faktycznie bardzo często zaczyna się od jednego wręcz kadru, który później w toku żmudnej dłubaniny owocuje większą historią. Jednak dla Japończyków ten inicjalny pomysł był końcem pracy, nie punktem wyjścia. Zamiast rozwijać fabułę w bardziej złożoną opowieść, twórcy skupiali się na maksymalnym szokowaniu widza obrazem. Zresztą, wydaje się, że o widza tak naprawdę mniej chodziło, bardziej o realizację reżyserskich fantazji o silnym podtekście seksualnym, prywatnych perwersyjnych wizji. Dlatego tego typu dzieła nie poddają się standardowemu opisowi czy klasycznej filmowej analizie. Są oczywiście wyjątki, które charakteryzują się bogatszym kontekstem czy filozoficzną wymową, wystarczy wspomnieć o "Mermaid in Manhole" Hino, czy "Naked Blood" Sato Hisayasu (celowo nie wspominam tu o "Tetsuo" Tsukamoto Shinya, bo moim zdaniem to zupełnie inna bajka). Jednak w znakomitej większości, do opisu japońskiego gore standardowe kategorie analizy są kompletnie bezużyteczne. Bo też jak oceniać czyjeś podobne marzeniom sennym fantazje. Tym, którzy zakrzykną w tym momencie "Jak to!? Psychoanaliza wszystko wytłumaczy!", grzecznie podziękuję.

Szczątkowa fabuła, postaci, przy których bohaterowie ekranizacji komiksów Marvela to portrety psychologiczne na miarę Bergmana i krew. Dużo krwi… Tak brzmi najkrótsza charakterystyka gore w skośnookim wydaniu. Sprawdza się również w przypadku "Red Account: My Bloody Angel". Opisywany film to jednak coś więcej, skrzyżowanie gore i AV (japońskich produkcji porno). Dlatego też w pierwszej części obrazu (łącznie pewnie przez połowę czasu trwania) widz ma okazję obcować z wielkimi pikselami, które zniekształcają obraz w strategicznych miejscach u kopulujących aktorów. A że to koniec lat ’80, to pikselizacja jest toporna i zasłaniająca wszystko (dopiero w późniejszych produkcjach reżyserzy stali się bardziej selektywni w aplikowaniu efektów optycznych ;-), co jednak chyba wychodzi widzowi na zdrowie. Bo o ile w produkcjach stricte pornograficznych, nawet tych bardzo ekstremalnych i udziwnionych, często występują całkiem ładne aktorki, los amatora mariażu ostrego gore i XXX jest mniej wesoły. Oprócz litrów tryskającej krwi straszą go również aktorki, które do najładniejszych nie należą (delikatnie mówiąc). Dodatkowo seks w filmie Sato Toshiki kręcony jest bez polotu i zwyczajnie nudzi. Widać tu typową dla japońskiego kina fetyszyzację pewnych zachowań, pasywną kobietę, ujęcia które mają rekompensować brak zbliżeń penetracji, ale wszystko wykonane jest dość topornie. Cóż, o ile mi wiadomo jest to jeden z pierwszych filmów reżysera. Dopiero dzięki późniejszej twórczości uzyskał zaszczytne miano Króla Pinku.

A gore? Nie ma żadnej rewelacji - nic czego nie da się nakręcić w domowych warunkach, minimalnym nakładem kosztów. Ale rozkawałkowane i wypatroszone zwłoki, skąpane w kałużach krwi wyglądają całkiem malowniczo. Bo też nie można odmówić filmowi poetyckości – kamera celebruje ciało i krew, zachwyca się nimi. Tworzy filmowy bukiet obrazów. A scena masturbacji odciętą ręką, z której wystają kości przedramienia to najjaśniejszy moment filmu. Oniryczna sekwencja, którą mogła się zrodzić tylko szalona japońska wyobraźnia, w perwersyjny sposób przykuwa uwagę widza do ekranu. Chociaż możliwe jest również, że powinienem skontaktować się z psychologiem.

Takie fetyszystyczne fantazje to kino specyficzne. Nie ma sensu zabierać się za analizę takich filmów jak autokanibalistyczny "Women’s Flesh" Anaru, "Lost Paradise" Merzbowa czy właśnie "Red Account". Sceny mające umieszczać filmowane okrucieństwa w jakimś fabularnym kontekście to tak naprawdę listek figowy, który wypada śmiesznie i nienaturalnie, na podobieństwo cenzury optycznej na genitaliach (co ciekawe, odcięty penis już cenzurowany nie jest). Początki kariery jednego z Czterech Diabłów Filmu Pink nie oszałamiają. Ale też ja nie jestem właściwym odbiorą tego typu obrazów. Gore dla niego samego mnie nudzi, wolę filozofującego Sato Hisayasu, niż kinematograficzną masturbację krwią i flakami. Tym niemniej od czasu do czasu warto zapuścić się również w rejony kina krwi i dewiacji. Oglądając takie produkcje włączam u siebie nastawienie etnograficzne – czym zdziwią mnie autorzy i czego ciekawego można dowiedzieć się o nich samych. Do żadnych poważnych wniosków ta filmowa wycieczka mnie nie przywiodła, ale z etnograficzną ciekawością stawiam tróję. Za tę masturbację odciętą ręką:)

Ocena: 3/6

Autor: grzEGOrz