Recenzja horroru

Rec 2
Tytuł oryginalny:
Rec 2
Reżyseria:
Jaume Balagueró, Paco Plaza
Scenariusz:
Jaume Balagueró, Manu Díez, Paco Plaza
Obsada:
Jonathan Mellor, Manuela Velasco, Óscar Zafra, Ariel Casas
Kraj:
Hiszpania
Rok produkcji:
2009
Czas trwania:
85 minut






Kiedy w Polsce "[REC]2" dawno zakończył już swój kinowy żywot, w Irlandii dopiero teraz miałem okazję zapoznać się z sequelem zwycięzcy naszego redakcyjnego plebiscytu na hit 2008 roku. Udając się na przedpremierowy pokaz do kina nie nastawiałem się na zbyt wiele, ale również oczekiwałem godziwej rozrywki zbliżonej poziomem do pierwszej części. Wszak za kamerą znowu stanęli Balaguero i Plaza, jak uprzednio oni są współtwórcami scenariusza, obaj są utalentowanymi twórcami i tak dalej, i tak dalej. Niedługo po premierze drugiej części zaczęły dochodzić słuchy, że planowana jest kolejna odsłona. Okazało się nawet, że powstaną aż dwie dalsze kontynuacje. Chciałoby się wnioskować, że twórcy stanęli na wysokości zadania. Zwłaszcza, że recenzje w prasie i na portalach branżowych były entuzjastyczne.
Film zaczyna się mniej więcej w momencie, gdzie urwana została fabuła pierwszej części. Do zainfekowanego budynku, gdzie w ostatnich godzinach rozegrały się dantejskie sceny, zostaje skierowany oddział SWAT, który ma eskortować technika z Ministerstwa Zdrowia, dr. Owena. Grupa udaje się wprost do mieszkania na poddaszu, gdzie mają zabezpieczyć pomieszczenie i sporządzić gruntowną dokumentację wizualną zawartości. Pozorny spokój, który przywitał piątkę śmiałków zostaje bardzo szybko zmącony, wszak budynek opanowały zombieidalne istoty.
Z racji tego, że film miał swoją polską premierę już dość dawno, postanowiłem nie przejmować się spoilerami i pada ich w tekście sporo. Jeśli więc ktoś jeszcze nie widział "[REC]2", a nie chce sobie psuć, hm, zabawy, to lepiej może niech odpuści sobie czytanie.
Na poziomie koncepcji i realizacji dostajemy powtórkę z części pierwszej. Tym razem zamiast kamery telewizyjnej są urządzenia zamontowane na hełmach komandosów. Zmienia to w sumie niewiele, poza kilkoma momentami obrazu w obrazie, kiedy widz ma możliwość obserwowania akcji w dwóch miejscach jednocześnie. Urozmaiceniem natomiast jest wprowadzenie drugiej kamery i odmiennego stylu filmowania. Daje to widzowi możliwość śledzenia akcji z dwóch różnych punktów widzenia.
Nie będę oryginalny, kiedy powiem, że jednym z największych wyzwań konwencji pseudo-dokumentu jest uzasadnienie, dlaczego bohaterowie zamiast salwować się ucieczką, lub kryć się w mysiej norze, upierają sie, że uwiecznienie wszystkiego w pamięci cyfrowej zwiększa szanse przeżycia. Czasami jest to jakoś wiarygodnie osadzone w fabule. W najnowszym filmie Balaguero i Plazy od powtarzanych kilkukrotnie "nie przestawaj filmować" i "nagrywaj wszystko!" zwyczajnie zęby bolą. Brzmią raczej jak napomnienie dla reżyserów, a jednocześnie wymówka, niż słowa, które którykolwiek z bohaterów mógłby wypowiedzieć. A już moment, kiedy jeden z chłopców ładuje się nachalnie w kadr, podczas szamotaniny w pokoju, kompletnie zepsuł mi quasi-dokumentalny i realistyczny charakter fabuły. Ale nie takie rzeczy fan horrorów gotów przełknąć, jeśli tylko poza dany obraz ma coś ciekawego do zaoferowania, nawet w obrębie dość już wyświechtanej konwencji.
Jednym z głównych atutów pierwszego "[REC]" był brak jakichkolwiek wyjaśnień co do natury epidemii. Oto ekipa telewizyjna zostaje postawiona w sytuacji ekstremalnej i zwyczajnie nie ma czasu dochodzić skąd, co i jak. Jedynie w końcowej części filmu pojawia się jakaś namiastka, delikatna sugestia skąd wzięły się w budynku opętane żądzą krwi istoty. Cała akcja skoncentrowana była na jednym celu – przetrwać za wszelką cenę. Jednak niemal nieuchronną zasadą sequela jest próba pokazania tła historii, rozbudowania mitologii, wyjaśnienia wydarzeń, które miały miejsce w poprzednim obrazie. Można to zrobić intrygująco (tu choćby Romero, czy żeby pozostać w stylistyce, "28 Weeks Later" Fresnadillo), można w sposób umiarkowanie ciekawy (jak dajmy na to miało to miejsce w "Scream 2" czy nawet "Saw II"), a można tak jak Balaguero i Plaza. Takiego miszmaszu w wyjaśnianiu tego, co się tak naprawdę dzieje i jakie są przyczyny nie widziałem od bardzo dawna. Bardzo szybko okazuje się, że Owen nie jest wcale lekarzem z ministerstwa, tylko księdzem. Do tego egzorcystą. W ogóle scena, kiedy zrywa zasłonę pozorów i odsłania swoją koloratkę to kwintesencja niezamierzonej śmieszności. Zamiast zaskakiwać widza ujawnieniem ważnego szczegółu dotyczącego bohatera, wygląda jak wyjęta z kabaretu, daleko poza granicami parodii. Zresztą jestem przekonany, że taka scena została już nakręcona – mogę sobie tylko przypomnieć czy był to jakiś skecz, filmik na youtube czy komedia w rodzaju "Naked Gun". W każdym razie, pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy to Clark Kent rozpinający koszulę, pod którą widnieje logo Supermana. W filmie nawet mało uważny widz odnajdzie nawiązania do znajomych motywów zapożyczonych z o wiele lepszych filmów grozy. Niemniej jednak, poza sygnalizowaniem, że twórcy również znają kanon filmowego straszenia ("Alien" choćby), wiele dobrego z takiego cytowania nie wynika. Zresztą, co to za sztuka nawiązywać do dzieł, które wszyscy znają. O wiele więcej przyjemności dostarcza odszyfrowywanie kryptycznych przekazów dla wtajemniczonych. Kontynuacje jednak kręci się dla masowej widowni, a nie dla pryszczatych geeków.
"[REC]2" to mieszanka słabo umotywowanych scen z bardzo sprawną pracą operatorską podczas momentów akcji. Choć chciałoby się zignorować potknięcia scenariuszowe (kilkukrotnie powtarzane "to była nasza ostatnia opcja", po czym akcja toczy się dalej w kierunku nowego rozwiązania i oczywistego fiaska), to Plaza i Balaguero nie dają widzowi najmniejszej szansy. Dialogi, które ledwo daje się znieść, nielogiczności fabularne, które każą przypuszczać, że scenariusz powstawał na planie i ogólne wrażenie skoku na kasę. Oraz niestety śmieszność. Kiedy film o zombie (lub istotach zombieidalnych) przeradza się nagle w mutanta o demonicznych opętaniach i sposobem walki z zarażonymi (ludźmi we władaniu demona, a może demonów?) jest przybicie różańca do drzwi, za którymi zamknięto jedną z ofiar, to ja zwyczajnie mówię "nara". Takich momentów, gdzie reżyserzy próbują nieudanie połączyć kilka konwencji jest niestety więcej. Ale to nie największy z grzechów. Nawet sprawne prowadzenie akcji w dynamicznych momentach, nie potrafi ukryć braku panowania nad całością. I tak sceny, które miały widza wbijać w fotel, przygnębiać fatalizmem i nieuchronnością losu ocalałych, raczej śmieszą. Przykładem niech będzie choćby chwila śmierci strażaka. Wszystkie te nawiązania, cytaty i zapożyczenia, zalane sosem paradokumentu nie łączą się w zgrabną całość.
Próba pożenienia "Egzorcysty" z dynamiczną estetyką reporterskiej kamery a la "Cloverfield" czy pierwszy "[REC]" właśnie może brzmieć atrakcyjnie. Choć pewnie puryści będą się upierać przy tradycyjnych metodach budowania napięcia w przypadku opowieści o tym jak dzielny ksiądz spuszcza łomot samemu diabłu. Co więc poszło nie tak? Akcja drugiego filmu to niemalże powtórka z oryginału wątpliwie wzbogacona o coraz bardziej niedorzeczne wstawki o opętaniu. Te fragmenty ocierają się bardzo mocno o autoparodię poważnego horroru. Dziwię się, że twórców tak bardzo zawiodło wyczucie jak prowadzić fabułę. Pociągnięcie wątku nadnaturalnego wydaje się mocno nieprzemyślane i zmieniane na gorąco w trakcie kręcenia filmu. W moim przypadku kolejne wywody Owena zabijały ewentualną przyjemność śledzenia coraz bardziej rozpaczliwej walki o przetrwanie. Wraz z rozwojem akcji i mnożeniem się dodatkowych wyjaśnień, które tylko potęgowały chaos moja irytacja rosła. Tak więc srogie rozczarowanie. Nie sądzę, żebym śpieszył się z wizytą w kinie na kolejnych częściach serii (choć prawda jest taka, że jeśli już muszą powstać, to ich miejsce pewnie jest wśród tytułów straight-to-DVD). Szkoda.