Recenzja horroru

Razorback
Tytuł oryginalny:
Razorback
Reżyseria:
Russell Mulcahy
Scenariusz:
Peter Brennan, Everett De Roche
Obsada:
Gregory Harrison, Bill Kerr, Chris Haywood, Arkie Whiteley, Judy Morris, David Argue
Kraj:
Australia
Rok produkcji:
1984
Czas trwania:
95 minut






"Razorbacks. Vicious, shit-eating, godless vermin.
God and the Devil couldn’t have created a more despicable species."
Jake Cullen
Pewnego dnia posesję Jake’a Cullena, starzejącego się łowcy kangurów mieszkającego na australijskim odludziu, atakuje wielki dziki wieprz, przyczyniając się do śmierci młodziutkiego wnuka mężczyzny. Okoliczni mieszkańcy i władze nie dają wiary brzmiącym fantastycznie zeznaniom Cullena, jednak mężczyzna z braku dowodów zostaje zwolniony z aresztu. Odtąd okryty niesławą żyje z dala od ludzi, poprzysięgając zemstę na potężnej bestii – razorbacku.
Dwa lata później amerykańska reporterka telewizyjna i aktywistka ekologiczna, Beth Winters, wyprawia się na australijskie bezdroża, by zebrać materiał do oskarżycielskiego programu o łowcach kangurów. Po spotkaniu tytułowego drapieżcy będzie musiała zmienić plany.
"Razorback" jest filmem symptomatycznym dla połowy lat 80., kiedy to za kamerami stanęło nowe pokolenie twórców, którzy swoje umiejętności szlifowali na planach teledysków i reklam, czego przykładem Ridley i Tony Scottowie ("Obcy. Ósmy pasażer Nostromo" / "Zagadka nieśmiertelności"), Adrian Lyne ("Flashdance") czy Steve Barron ("Electric Dreams"). Wraz z nadejściem tej nowej "formacji" część krytyków obwieściła narodziny "teledyskowej" estetyki doby MTV, opartej na dynamicznym montażu i charakteryzującej się śmiałymi rozwiązaniami formalnymi, a niektórzy krytycy zaczęli wróżyć zmierzch kina jako dzieła sztuki, teraz sprowadzonego do atrakcyjnego produktu "jednokrotnego użytku". Do tego nieformalnego pokolenia filmowców zalicza się także Russella Mulcahy’ego, który swoje "pięć minut sławy" będzie miał w 1986 roku dzięki "Nieśmiertelnemu", istnemu uppercutowi wizualnemu z Christopherem Lambertem. Nim jednak Mulcahy nakręci epicką fantazję o szkockim góralu MacLeodzie, zadebiutuje w fabule dwa lata wcześniej, zrealizowanym na Antypodach horrorem "Razorback".
Producenci Hal i Jim McElroy (którzy wcześniej wypromowali Petera Weira) zaproponowali Mulcahy’emu realizację dość konwencjonalnej opowieści o dzikim wieprzu terroryzującym ludność zamieszkałą na dalekiej australijskiej prowincji, która z pozoru wydawała się tylko banalnym ersatzem "Szczęk" Spielberga. Scenariusz Everetta De Roche’a, weterana australijskiej produkcji gatunku ("Patrick", "Harlequin", "Roadgames" i "Long Weekend"), rewelacji rzeczywiście nie przynosi i grzecznie odtwarza wzór utrwalony w klasyku twórcy "Pojedynku na szosie" przeszło dekadę wcześniej, dodając dla efektu zdegenerowanych tubylców rodem z "Teksaskiej masakry piłą mechaniczną". Mimo wtórności (która szczególnie daje się we znaki w drugiej połowie filmu) skrypt "Razorbacka" zręcznie odtwarza charakterystyczny dla lokalnych horrorów motyw zdradliwej natury, wabiącej egzotyką i pięknem bezkresnych przestrzeni, ale bezlitosnej wobec wszystkich "przybyszów z zewnątrz". Złowrogą emanacją natury jest tu tytułowy razorback – potężny knur o rozmiarach kilkakrotnie przekraczających normalnego dzika, bez trudu rozrywający swoimi kłami ludzkie ciała. Ironią jest zresztą fakt, że jako jedna z pierwszych w filmie z kłami bestii zostaje skonfrontowana zdeklarowana obrończyni zwierząt. W grozie z Antypodów nie ma miejsca na dobrotliwego misia koalę i romantycznych ekologów tulących się do drzew. Bezlitosna przyroda jest tu tylko manifestacją darwinowskiej zasady doboru naturalnego.
Kluczem do sukcesu filmu okazało się powierzenie reżyserii Mulcahy’emu, a stanowiska operatora Deanowi Semlerowi, jednemu z czołowych autorów zdjęć narodowej kinematografii. Mulcahy, autor rozbuchanych formalnie teledysków Duran Duran, Billy’ego Joela, Roda Stewarta i Eltona Johna, potraktował pobyt na planie "Razorbacka" jako pole do wizualnych eksperymentów i pełnego inwencji popisu filmowymi środkami wyrazu. Towarzyszący mu na planie Semler, wsławiony już zdjęciami do przeboju "Mad Max 2", znakomicie przepisał na taśmę barokowe pomysły reżysera, nadając przy tym scenerii filmu postapokaliptyczną aurę (najbardziej widoczną w bodaj najlepszej sekwencji filmu, onirycznej wędrówce przez pustynię). Od otwierającej sceny "Razorback" dosłownie poraża pięknymi wizualiami, które pozostają co prawdą tylko pustą zabawą formalną, ale za to właśnie one zapewnią filmowi status dzieła wyjątkowego w swoim gatunku. Już pierwsza scena o trójaktowej konstrukcji zdumiewa przepychem i pomysłowością: najpierw nastrój budują długie ujęcia australijskiego pejzażu na tle krwiście czerwonego zachodzącego słońca, następnie domową idyllę (Jake Cullen kładzie do kołyski młodego Scotty’ego) przerywa kwik dzika i następuje zbliżenie odbezpieczanej strzelby, napięcie potęgują wysmakowane kadry ze światłem księżyca rzucającym cień turbiny wiatrowej na domostwo Jake’a Cullena, skrzypiącą huśtawką spowitą mgłą niczym w gotyckim horrorze, a wreszcie reżyser zaskakuje błyskawicznym travellingiem rodem z "Evil Dead", a scenę wieńczy zdjętym kamerą z ręki ujęciem pogrążonego w rozpaczy Cullena na tle płonącego budynku. Co to długo pisać, mistrz po prostu!
Wielbicieli animal attack należy jednak przestrzec, że w swojej konwencji film Mulcahy’ego nieco rozczarowuje. Animatronicznego razorbacka nie widać ani razu w całej okazałości, najczęściej twórcy wypełniają ekran zbliżeniem paszczy stwora, co w widoczny sposób obrazuje ograniczony budżet filmu. Sceny ataków razorbacka tracą przez to impakt, osłabiony w dodatku przez przedstawicieli studia Warner Bros., którzy usunęli z filmu co bardziej krwiste kadry (a przy okazji wymusili zmianę zakończenia). Mankamentem okazało się także powierzenie roli Carla Wintersa niezbyt przekonującemu Gregory’emu Harrisonowi. Szczęśliwie aktorsko nadrabia pozostała część obsady, wcielająca się w mieszkańców osady Gamulla, ze szczególnym wyróżnieniem Billa Kerra w roli charyzmatycznego Jake’a Cullena. Mimo paru niedociągnięć "Razorback" proponuje doświadczenie unikatowe w swoim rodzaju. Warto się mu poddać, by nie przegapić tej niespodziewanej australijskiej perełki, której wizualne bogactwo wywarło niewątpliwe piętno na kinie fantastycznym lat 80.