Recenzja horroru

Rakht
Tytuł oryginalny:
Rakht
Reżyseria:
Mahesh Manjrekar
Scenariusz:
-
Obsada:
Bipasha Basu, Sanjay Dutt, Sunil Shetty, Dino Morea, Amrita Arora
Kraj:
Indie
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
95 minut





Największy na świecie przemysł filmowy, ulokowany w Indiach, potocznie nazywany jest Bollywood. To oczywiście świadome nawiązanie do amerykańskiego Hollywood, zmodyfikowane jedynie literką B od nazwy miasta, w którym się ów przemysł rozwija - Bombaju. Jednak podobieństwo, jak się pewnie domyślacie, nie kończy się na nazwie. Również filmy, łudząco przypominają te tworzone w Ameryce. Mechaniczne kopiowanie (czy jak kto woli adaptowanie na potrzeby tamtejszego rynku) to część tradycji tego indyjskiego kina. Filmy grozy nie są tu wyjątkiem i o żadnych odstępstwach od reguły nie może być mowy - również i one wplątały się w tryby machiny Bollywood. Na szczęście kserowaniu podlegają na razie jedynie produkcje amerykańskie, że wystarczy wspomnieć chociażby horror "Hawa" (2003), stanowiący bollywoodzką wersję "The Entity" (1981) czy też "Papi Gudia", hinduskiego brata "Laleczki Chucky". Do grona powielonych należy też śmiało zaliczyć "Rakht".
Wróżąca z kart Drishti (Bipasha Basu) ma dar widzenia nadchodzących zdarzeń. Dzięki swoim zdolnościom stara się pomagać innym ludziom - dawać nadzieję, wyciągać z kłopotów, ostrzegać przed grożącym niebezpieczeństwem. Wkrótce jej ponadnaturalne umiejętności dają o sobie silnie znać - Drishti przeczuwa, że słodkie życie pewnej pary zostanie zniszczone przez straszliwą tragedię. W niedługim czasie jej profetyczna wizja zmienia się w rzeczywistość - młoda dziewczyna zostaje zamordowana a jej zwłoki (z pomocą daru Drishti) zostają odnalezione w jeziorze. Morderca zostaje schwytany, ale dla Drishti koszmar dopiero się zacznie...
Pamiętacie taki film jak "Dotyk przeznaczenia" ("The Gift", 2000), popełniony kilka lat temu przez niejakiego Sama Raimi'ego, z Cate Blanchett w roli głównej? Ja akurat pamiętam, choć niezbyt dobrze - niestety moja pamięć nie jest już tak sprawna jak kiedyś, a i sam film nie był wiekopomnym dziełem. W momencie jednak, gdy zacząłem oglądać "Rakht", w głowie bardzo szybko przypominały mi się wszystkie sceny z amerykańskiego filmu. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że obraz Mahesha Manjrekara to mechaniczne odwzorowanie "The Gift" Raimi'ego. Właściwie scena po scenie, kwestia po kwestii. Tyle, że wszystko oblepiono charakterystycznymi dla hinduskiego kina elementami i upchano do worka z napisem Bollywood. Kto zna to kino wie czego sie spodziewać. Ja byłem przygotowany, ale i tak nie mogłem się wprost doczekać na te słynne tańce, hulanki, swawole... A właściwie tańce, z których produkcje z Bollywood słyną. Film, w którym nie ma kilkuminutowego tanecznego i śpiewanego spektaklu to niemalże film pogrzebany na starcie. To się jednak nie tyczy "Rakht" - o ile dobrze pamiętam, po godzinie mamy za sobą projekcję dwóch "teledysków". Jeśli kawałki disco o tytułach "One Love" nie będą w stanie Was oderwać od ekranu, jest szansa, że dotrwacie do końca. W całym filmie są bowiem aż trzy takie występy (ponoć to bardzo mało jak na Bollywood), a każdy z nich to widowisko, którego co prawda nie uświadczycie w żadnym innym kinie, ale kompletnie psujące cały klimat. Co prawda mogę zrozumieć, że taki jest styl, że dzięki temu widzowie łatwiej przyswoją film, że będą mieli to co lubią i jednocześnie może uda sie wylansować jakiś hicior lub gwiazdkę, ale do pewnych obrazów to po prostu nie pasuje. Ktoś, kto zdecydował się wtrącić te klipy, powinien się jednak mocno puknąć jakimś młotkiem w głowę. Nie zmienia to jednak faktu, że jako charakterystyczne zjawisko filmowe, prezentowało się dość interesująco. Tyle, że w thrillerze z elementami nadnaturalnymi jest to naprawdę zbędne.
Na tym nie kończy się bollywoodzkie zniekształcanie. "Rakht" to "Dotyk Przeznaczenia", tyle że rozciągnięty do granic możliwości. Na szczęście nie do granic możliwości widza, choć przyznam się, że ponad dwie godziny seansu lekko dało mi się we znaki. Zważywszy na fakt, że to wcale nie było tak dużo, jak na Bollywood, powienienem się raczej cieszyć. Czas przejść do aktorów. Na oklaski zasługuje w szczególności grająca główną bohaterkę Bipasha Basu ("Raaz") i to nie tylko za urodę, ale za to co pokazała. A przyznać trzeba, że pokazała klasę - doskonale wczuła się w rolę, która nawiasem mówiąc do prostych raczej nie należy. Potrafiła udźwignąć właściwie cały film i trzeba powiedzieć, że udało jej się to równie skutecznie co Cate Blanchett w "Dotyku Przeznaczenia". Na drugim biegunie z kolei usadowić można Suniela Shetty'ego, starającego się wcielić w postać ułomnego mechanika z problemami natury psychicznej i emocjonalnej. Absolutna katastrofa! To jest chyba najgorzej zagrana rola w dziejach kina! Shetty stroi dziwne miny, krzywi się, dyga - zachowuje się jak robot, w którym ktoś spieprzył oprogramowanie. Każde jego pojawienie się w kadrze to niewyobrażalna męczarnia dla oczu. Nie mówiąc już o tym, że to profancja genialnego występu Giovanniego w filmie Raimi'ego.
Trzeba jednak przyznać, że "Rakht" ma w sobie coś magicznego, co przyciągnie z pewnością niejednego widza do ekranu. To duża ilość bardzo efektownych, niejednokrotnie naprawdę pięknych, dopieszczonych kadrów, bogatych w żywe, nasycone kolory. Od tej strony z pewnością należy docenić film Mahesh Manjrekara. Widać, że ma całkiem niezłe wyczucie, w tworzeniu filmowego "innego świata". Nawet efekty specjalne zostały przyzwoicie wklejone do całości. Co prawda wizualna strona filmu (co ciekawe moim zdaniem ciut lepsza od tej zaoferowanej przez Raimi'ego) nieco zakrywa rozbudowaną, wielowątkową fabułę, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Mahesh Manjerekar potrafi bowiem lepiej pokazać niż opowiedzieć, o czym przekona się każdy kto spróbuje obejrzeć "Rakht". Zresztą problemy z utrzymaniem spójności filmu pogłębia jeszcze dodawanie tych klipów, które nie tylko irytują i rozpraszają, ale zupełnie odrywają widza od całej historii.
Na koniec kilka słów o tym, jak "Rakht" reprezentuje kino mające wzbudzać silne emocje. Jak na thriller zdaje się być za mało trzymający w napięciu i jest to niestety konsekwencja przyjętego przez reżysera stylu. To co miało być atutem filmu (wciśnięcie w ramy Bollywood) okazało się jego najsłabszą stroną. Gdyby nie wspomniane "teledyski", "Rakht" miałby szansę utrzymać dobre, choć narastające umiarkowanie, napięcie. Ze dwie sceny obliczone na podskok na krześle też niewiele zmieniają w tej kwestii. Co ciekawe, reżyser nie zrezygnował np. ze sceny duszenia Drishti, choć wydawało mi się, że zostanie to wyrzucone. Dobrze natomiast prezentują się wizje koszmarów sennych - te należy umieścić po stronie plusów.
Podsumowując, stawiam 3+, bo film to nazwyklejszy w świecie średniak, ale plus idzie za egzotykę, której, co jak co, ale tutaj akurat nie brakuje oraz za wizualną stronę filmu. Jeśli jednak nie macie ochoty obcować z typowo bollywoodzkim kinem i wolicie więcej mocnych wrażeń polecam "Bhoot" (2003) Rama Gopala Varmy.