Recenzja horroru

R-Point (R-point)
Tytuł oryginalny:
R-Point
Reżyseria:
Su-chang Kong
Scenariusz:
Su-chang Kong
Obsada:
Woo-seong Kam, Byung-ho Son, Tae-kyung Oh, Won-sang Park, Seon-gyun Lee
Kraj:
Korea Południowa
Rok produkcji:
2004
Czas trwania:
107 minut






Prawdę powiedziawszy mieszaniny gatunkowe nie są moim ulubionym typem filmów, ale w tym wypadku argumentem, który przemawiał żeby zainstalować się w kinie, był kraj pochodzenia. Horror z Korei Południowej, a ja miałbym zostać w domu? Nic z tego, dlatego też jako przykładny wojskowy z kategorią "D" w kieszeni, zameldowałem się na seansie, jak tylko znalazłem wolną chwilę.
R-Point to nazwa tajemniczego miejsca, do którego zostaje wysłany oddział porucznika Choi Tae-in, aby odnaleźć grupę zaginionych żołnierzy, którzy nagle, po pół roku, dali znak życia. Misja do R-Point nie będzie jednak zwykłym zadaniem wojskowym. Na swoje nieszczęście Koreańczycy przekonają się o tym dopiero na miejscu, kiedy odkryją, że "stąd nie ma powrotu: ten kto przelał krew innych, nigdy nie wróci"...
Oczekiwania wobec horrorów z Azji są z mojej strony obecnie niezwykle wysokie. W końcu to skośnoocy nadają kształt współczesnemu wizerunkowi horroru na świecie. Niestety ma to swoje skutki uboczne, bo to właśnie przekonanie, że zobaczę mistrzowskie i przerażające widowisko nie pozwoliło mi delektować się "R-Point" tak, jakbym chciał. Wydawało mi się, że zestawienie horroru wojny (ukazanego w formie dramatu) i horroru nadprzyrodzonego to temat, który w rękach Azjatów mógłby zostać tak wymodelowany, że powstałoby coś niezwykłego. Jednak nie w pełni się to powiodło. Na pierwszy rzut oka łatwo zauważyć, że wspomniane połączenie było już wcześniej wykorzystane przy okazji innych tytułów, że wystarczy wspomnieć "Dolinę Cieni" ("Deathwatch, 2002) Michaela J. Bassetta. Świeży nie jest również pomysł wysłania oddziału żołnierzy z misją ratunkową, ewidentnie było to już maglowane w przeszłości, choć trzeba podkreślić, że mylą się Ci, którzy porównują film Su-chang Kong do osławionego "Czasu Apokalipsy". Dlatego też, prawdę powiedziawszy, troszeczkę zawiodłem się na historii opowiedzianej w "R-Point". Zważywszy na fakt, że Su-chang Kong był odpowiedzialny za scenariusz do tak fascynującego thrillera jak "Tell Me Something" z 2000 r. rokowało to nadzieję, że i tym razem przygotuje nam coś równie dobrego. Niestety, na tle wspomnianego filmu "R-Point" wypada trochę mizernie i mało atrakcyjnie. Oczywiście nie można przekreślić całego wysiłku scenarzysty - jakby nie patrzeć jest to jednak wciągający obraz, który zapewnia kilka niezłych niespodzianek, serwuje trochę zaskakujących rozwiązań, bazuje na niedopowiedzeniach i otwartych do interpretacji sytuacjach. Ale wszystko to jakoś nie do końca poprawnie funkcjonuje. Tak jakby już gdzieś było pokazane. I nawet nie chodzi tu o takie drobnostki, jak widok z perspektywy "tego", co ściga żołnierzy (skojarzenie z "Predatorem" murowane), po prostu w "R-Point" wszystko działa na pół gwizdka. No może poza warstwą wizualną, bo ta w "R-Point", z kilkoma naprawdę stylowymi ujęciami, wpisuje się bardzo dobrze w przepiękne kino azjatyckie, które fascynuje tak wielu ludzi na świecie. Może nie jest to poziom genialnego "A Tale of Two Sisters" (2003) Ji-woon Kima, ale nadal stanowi bardzo intensywne doświadczenie - ogląda się to naprawdę rewelacyjnie.
Warto wspomnieć w kilku słowach o bohaterach filmu. Podejrzewam, że wybór żołnierzy miał w zamyśle potęgować nastrój grozy (jak bardzo muszą być przerażające wydarzenia, które oglądamy na ekranie, że nawet żołnierze tracą głowę i ulegają panicznemu strachowi?), jednak nie za bardzo się to udało. Tak na dobrą sprawę bohaterami mogliby być zwykli turyści. Przy okazji wojskowego munduru, w który został zestrojony "R-Point" dochodzimy do ukrytych zamierzeń reżyserskich Su-chang Kong. Ponoć jest to film w swojej wymowie antywojenny. I tu również przyznam się bez bicia, że nie za bardzo potrafiłem to wyłapać. Za to muszę oddać, że od samego początku los żołnierzy nie był mi obojętny, choć nietrudno było się domyśleć, że zapewne zostaną wycięci w pień, jak tylko znajdą się w pułapce bez wyjścia zwanej R-Point. To ludzie, z którymi, przynajmniej w pewnym stopniu, można się identyfikować. Zahartowani, twardzi, ale jednocześnie bardzo normalni, niewolni od strachu i humanitarnych odruchów, zwykli ludzie, którzy tak naprawdę są przerażeni wojną (może tu chowają się te elementy antywojenne, o których wspominał reżyser?) i tym co się wokół nich dzieje. W każdym razie nie zostało to tak spartolone jak w "Bunkrze SS" ("The Bunker", 2001) Roba Greena. Osobne zdanie należałoby poświęcić językowi, jakiego używają nasi wojskowi. Na myśl przychodzi mi zwłaszcza jedno sformułowanie, co do którego nadal nie wiem, czy jest tylko wymysłem pokręconego scenarzysty czy po prostu polski tłumacz popuścił wodze fantazji. W końcu nieczęsto się słyszy w kinie tekst "śmierdzi, jakby małpy się jebały"...
No dobra, czas zostawić elementy dramatu wojennego - w końcu "R-Point" ma być (i jest) horrorem. Su-chang Kong co prawda zadbał o to, aby zmieścić się w gatunkowych ramach, pokazując, że wie czego może oczekiwać widz kina grozy, jednak elementy które wprowadził z pewnością będą znane przeciętnemu maniakowi. Trochę mam o to żal, bo można było sobie np. darować kobietę z kruczoczarnymi włosami - przecież woń "Ringu" da się wyczuć na kilometr a dzięki temu, że jest to tak nadużywane, ta woń powoli zmienia się w nieprzyjemny zapach siarkowodoru. Jednocześnie trzeba przyznać, że czasem reżyser potrafił stworzyć coś zapadającego w pamięć - pojawiający się przy błyskawicy las krzyży ("możesz mi powiedzeć na chuj mi las?") daje efekt wprost piorunujący! Wierzcie mi, robi to kapitalne wrażenie. Jest też trochę gore (głównie w finale) oraz scena z wisielcem, niestety w liczbie jednego, co trochę dziwnie wypada w kontekście polskiego plakatu do filmu. Ale cóż, lepszy rydz niż nic, jak to mówią. Trzeba jednak podkreślić, że w "R-Point" nigdy nie będziecie obijać głową sufitu, podskakując z grozy. Mimo doskonałych, ujmujących od strony wizualnej zdjęć, wspomaganych delikatną muzyczką, reżyser nigdy na dobre nie pozwala nam doznać prawdziwego paraliżującego uczucia strachu. Mimo to "R-Point" nadal pozostaje filmem interesującym i na swój sposób intrygującym.
Orderów nie będzie, musztry, fanfar i salw armatnich również, Su-chang Kong nie wjedzie Pociągiem Zwycięstwa na stację zarezerwowaną dla mistrzów grozy. Ale zasalutować można, bo "R-Point" na tle innych filmów łączących grozę i tematykę wojenną wypada jak na razie najlepiej.