Recenzja horroru

Horror Prince of Darkness

Prince of Darkness (Książe Ciemności)

Tytuł oryginalny:

Prince of Darkness

Reżyseria:

John Carpenter

Scenariusz:

John Carpenter

Obsada:

Donald Pleasence, Jameson Parker, Victor Wong, Lisa Blount, Dennis Dun

Kraj:

USA

Rok produkcji:

1987

Czas trwania:

97 minut

"Porozmawiajmy o naszych wierzeniach i o tym, czego się możemy o nich dowiedzieć. Wierzymy, iż natura jest stała, a czas ciągły. Materia posiada substancję, czas zaś kierunek. Wiatr jest niewidoczny, lecz realnie istnieje. Dym, ogień, woda, światło – jest różnica między nimi. Zakładamy, iż czas jest wąski tak jak w zegarku – mija sekunda po sekundzie dla każdego z nas. Przyczyna poprzedza efekt – owoc gnije, woda spływa strumieniem. Rodzimy się, starzejemy, umieramy. Odwrotność nigdy nie ma miejsca... Nic z tego nie jest prawdą. Powiedzcie do widzenia rzeczywistości, ponieważ nasza logika rozpada się na poziomie subatomów... w zjawy i cienie." – profesor Edward Birack.

"Książe Ciemności" w oczach krytyki zwykle uchodzi za jeden z najgorszych filmów Johna Carpentera. Owszem, kariera twórcy "Halloween" po nakręceniu "The Thing" (1982) zaczęła powoli zjeżdżać po równi pochyłej, ale bezspornym pozostaje dla mnie fakt, iż pokaźna większość filmów Cieśli warta jest obejrzenia. Reżyser w wielu wywiadach przyznaje, że fascynuje go literatura brytyjskiego pisarza Nigela Kneala, twórcy serii filmowej i telewizyjnych show "Quatermass". I tak w "Quatermass and the Pit" (1967) grupa robotników pracując w londyńskim metrze wykopuje zagadkowy artefakt (statek kosmiczny) zawierający ciała obcych, co powoduje cały szereg psychicznych złudzeń i halucynacji. "Prince of Darkness" to najbardziej knealowski film w karierze Carpentera odwołujący się do literackiego konceptu Nigela przedstawiającego Szatana jako element pamięci rasy obcych z rogami.

W czasie prywatnego śledztwa dotyczącego śmierci pewnego księdza, Ojciec Loomis z Watykanu odkrywa dowody egzystencji Bractwa Snów, tajemniczej organizacji wewnątrz Kościoła Katolickiego. Piwniczne podziemie opuszczonego monasteru St. Goddard w San Francisco kryje w zatęchłym mroku dziwaczny cylinder pełen zielonej substancji. Wkrótce przybywa profesor fizyki kwantowej Edward Birack wraz z grupą studentów, aby przyjrzeć się bacznie nietypowemu znalezisku. Poddany obserwacji cylinder, a w zasadzie to, co znajduje się w jego otchłani, wprawia naukowców w niemałe zdumienie. Towarzyszy mu tekst obejmujący zbiór starożytnych inwokacji po łacinie, koptyjsku i grecku, natomiast sam kanister opatrzony jest datą karbonu sprzed milionów lat i wydaje się być szczelnie zamknięty. Niespodziewanie pojemnik budzi się do życia, po czym zielona ciecz dostaje się do ust kilku studentów zamieniając ich w przerażające humanoidalne kreatury. Budynek zostaje otoczony przez grupki przebywających jakby w stanie parasomnicznego półsnu bezdomnych, którym przewodzi demoniczny Alice Cooper. Okazuje się, iż wspomniane Bractwo Snów przez blisko 2000 lat strzegło zawartości kanistra – święcącej zielonej ektoplazmy, płynnej esencji Szatana – ‘Księcia Ciemności’, elementu anty-przestrzeni egzystującego na poziomie kwantowym w naszej rzeczywistości i zamierzającego ujarzmić ludzkość...

Wielu fanów kina grozy od razu uzna "Prince of Darkness" za pretensjonalny nonsens, a obeznani z fizyką kwantową będą wytykać dziury w fabule. Tylko pytam się po co? "Książe Ciemności" proponuje naprawdę intrygujący i ciekawy twist odnośnie klasycznego okultyzmu - w tym przypadku Diabeł to anty-przestrzeń funkcjonująca na poziomie kwantowej niepewności. Carpenterowski scenariusz pełen jest osobistych medytacji nad teorią antymaterii, zasadą kota Erwina Schroedingera ("Kot istnieje tylko wtedy gdy jest żywy albo martwy. Nie ma stanu półmartwego.") oraz ruchem tachionów. Podróże reżysera w głąb mechaniki kwantowej nie zawsze należycie zazębiają się z okultystyczną grozą obecną w filmie. Zaś sama idea, iż płynny Szatan potrafi z łatwością opanować owady i ciała bezdomnych, bowiem są to niższe formy życia, wzbudza lekkie zażenowanie. Ale Carpenter jest zbyt doświadczonym reżyserem, by zawieść spragnionego dobrego horroru widza i umieszcza w "Księciu Ciemności" kilka niezapomnianych momentów autentycznej grozy. Jedna z zamordowanych ofiar powraca do życia jako spektralne widmo w całości złożone z karaluchów. Gęsta zawiesina niedostrzegalnego zła unosi się nad filmem wdzierając się powolutku w nozdrza widza. Towarzyszy jej elektroniczna ścieżka dźwiękowa Carpentera – soniczna reprezentacja koszmaru budzącej się do życia miazmy. Niestety fizykalna manifestacja płynnego Szatana nieco rozczarowuje, chociaż z drugiej strony zawsze obawiałem się cieni w lustrze. A TEN jest przerażający do szpiku kości.

I choć film jest przyzwoicie zagrany, jedynie parę postaci zapada na dłużej w pamięć np. Donald Pleasence jako Ojciec Loomis (czyżby przyrodni brat Doktora Loomisa z "Halloween"?) i znany choćby z fantastyczno-kopanego widowiska "Big Trouble in Little China" (1986) Victor Wong. Romansująca ze sobą para studentów (Jameson Parker i Lisa Blount) wypada bezbarwnie, ich związkowi zupełnie brakuje chemii, natomiast Walter (Dennis Dun) to zabawna postać. W dodatku "Książe Ciemności" pozwala na sporo iście karkołomnych interpretacji: w jednej ze scen filmu opętana zielonym fluidem Azjatka zaczyna z furią pisać na komputerze złowieszcze słowa: "Nie zostaniecie ocaleni przez Świętego Ducha. Nie zostaniecie ocaleni przez Boga Plutonu. W ogóle nie zostaniecie ocaleni." Kimże jest Bóg Plutonu? Przeciwieństwem Anty-Boga? Bronią nuklearną? Widmem plutonowej annihilacji? Obcym z odległego wymiaru czasoprzestrzeni? Może rzeczywiście nic nas nie ocali...

Ocena: 5-/6

Autor: Embalmer