Recenzja horroru

Horror Pora mroku

Pora mroku (Pora mroku)

Tytuł oryginalny:

Pora mroku

Reżyseria:

Grzegorz Kuczeriszka

Scenariusz:

Dominik Wieczorkowski-Rettinger

Obsada:

Jakub Wesołowski, Jan Wieczorkowski, Ryszard Ronczewski, Natalia Rybicka

Kraj:

Polska

Rok produkcji:

2008

Czas trwania:

95 minut

Horror Pora mroku - zdjęcie 1Horror Pora mroku - zdjęcie 2Horror Pora mroku - zdjęcie 3Horror Pora mroku - zdjęcie 4Horror Pora mroku - zdjęcie 5Horror Pora mroku - zdjęcie 6

Niedawno Eli Roth w "Hostelu" próbował przekonać widzów, że zło nie kryje się jedynie na amerykańskich pustkowiach, gdzie w cieniach ogrzanych słońcem werand zdegenerowani tubylcy wyczekują potencjalnych ofiar. Prawdziwe piekło ukazane w "Hostelu" to rubieże Europy Wschodniej. Naukę z tej swoiście rozumianej turystycznej reklamy, jaką Słowakom zgotował amerykański reżyser, wyciągnęli również i polscy filmowcy. Po "Hienie" Grzegorza Lewandowskiego, filmie, który raził ocierającą się o kicz stylistyką i autorską pretensją, przyszedł czas na "Porę mroku", wyreżyserowaną przez zdolnego operatora Grzegorza Kuczeriszkę. W swoim fabularnym debiucie Grzegorz Kuczeriszka w ewidentny sposób inspirując się filmem Rotha, postanowił pokazać, jak w Polsce "odradza się zło". Miejsce zdewastowanej fabryki na przedmieściach Bratysławy z "Hostelu" zajęła równie zdewastowana fabryka porzucona gdzieś pośrodku Dolnego Śląska, a grupę amerykańskich nastolatków, poszukujących erotycznych wrażeń, zastąpiła czwórka młodych ludzi, tym razem poszukujących zaginionego przed rokiem chłopaka. I cóż, tu porównania z "Hostelem" się kończą.

"Wiem, jakie błędy popełniłem, wiem co mogłem zrobić lepiej, ale wiem również, że nie ma obciachu" – tłumaczył w wywiadzie udzielonym internetowemu serwisowi Horror Online reżyser "Pory mroku". "Niestety obciach jest, panie Grzegorzu – i to dość poważny". Bądźmy szczerzy – niedoszła jaskółka polskiego horroru to autentyczna katastrofa – i to z każdej możliwej strony. Czy ma jakikolwiek sens wyliczanie błędów popełnionych w filmie Kuczeriszki, biorąc pod uwagę, że kolokwialnie rzecz ujmując, "nic tu się nie trzyma kupy"? To trochę tak, jakby ktoś dokonując obdukcji szwajcarskiego sera, starał się udowodnić, że rzeczony ser posiada dziury. Jednak z recenzenckiego obowiązku przytoczę parę przykładów, które mam nadzieję, choć w zarysie zobrazują rozmiary katastrofy.

Już w prologu, kiedy dwójka młodych ludzi z niewyjaśnionych przyczyn wsiada do zdezelowanej windy i zjeżdża nią do podziemnych pomieszczeń opuszczonej fabryki, nasuwa się pytanie, które jeszcze wielokrotnie odbije się echem: "ale o co chodzi?". Pytanie jeszcze bardziej uzasadnione w momencie, w którym jeden z mężczyzn zostanie dosłownie wessany w głąb jakiejś fabrycznej dziury. Jak można zostać wciągniętym do dziury znajdującej się na suficie? I co się z tym człowiekiem stało? To jednak dopiero początek całej serii niewyjaśnionych zdarzeń i niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności, godnych pozbawionego puenty odcinka serialu "Twilight Zone". Ha, żeby jeszcze tylko twórcy ograniczyli się do "niewyjaśnionych zdarzeń" – w "Porze mroku" nie obowiązują nawet najbardziej elementarne związki przyczynowo-skutkowe. W słoneczny dzień bohaterowie wchodzą do fabryki, pięć minut później z niej wychodzą i: "o, to już księżyc świeci?". Tytułowa "pora mroku" zobowiązuje, a widzowi pozostaje tylko cierpliwie czekać na nadejście świtu.

Jednak pierwsze 30 minut filmu, poprzedzające uwięzienie czworga młodych w trzewiach nieczynnej fabryki, broni się przynajmniej dobrymi intencjami reżysera, który poprzez zużyte gatunkowe klisze stara się wygenerować choćby szczątkową atmosferę suspensu. Począwszy od momentu, w którym nieszczęśni studenci z dzielnych poszukiwaczy przygód przemienią się w szukające drogi wyjścia ofiary, Kuczeriszka dość niespodziewanie zmienia gatunkowy rejestr, a "Pora mroku" z pseudo-horroru przemienia się nagle w pseudo-kino akcji. Zgodnie ze schematem obławy jest grupa pościgowa, są potencjalne ofiary i są wreszcie niekończące się ciągi korytarzy i pomieszczeń, po których obie grupy gonią się we wszystkie strony. Ktoś do kogoś strzela, ktoś kogoś ściga, na ekranie pojawia się a to jakiś duch w ujęciu pięciosekundowym, a to do akcji włącza się nieznana wcześniej brygada w maskach gazowych, a w tle mamy do tego gromadę mściwych nazistów i tajemnicę sięgającą aż do Arystotelesa… Trudno się nie zgodzić z recenzentką "Dziennika", która napisała, że "od połowy filmu" na ekranie panuje "absolutny freestyle". Gratuluję osobom, którym udało się rozeznać w tej serii bezładnie poskładanych wątków, ale z drugiej strony… wątpię, czy warto wkładać w to wysiłek.

Nawet od strony technicznej "Pora mroku" budzi szereg wątpliwości. Wydawało się, że doświadczony przecież operator Grzegorz Kuczeriszka w swoim fabularnym debiucie zadba przynajmniej o filmową formę, ale niestety… Rozedrgane, krótkie ujęcia z ręki, nieskładny cięty montaż, luźna kompozycja kadru, częste stosowanie zbliżeń... "Pora mroku" przypomina pod tym względem seriale typu "Kryminalni", ale na pewno nie produkcję grozy, dla której plastyka kadru jest przecież elementem niezbędnym dla wywoływania określonych emocji. Być może Kuczeriszka szlifował warsztat oczekując na zdjęcia do serialu "Teraz albo nigdy", niemniej szkoda, że ten reżyserski trening odbył się kosztem widza.

Od paru lat europejskie kino grozy przeżywa renesans. Angielskie "28 tygodni później", irlandzka "Izolacja", francuskie "Frontière(s)", hiszpański "Sierociniec", norweski "Hotel zła". To tylko parę bardzo dobrych tytułów, jakie ukazały się na polskim rynku w przeciągu ostatniego roku. Artystyczne i finansowe sukcesy europejskich horrorów dawno już zdyskontowały produkcje powstające za Oceanem. Podczas gdy podopieczni Wuja Sama coraz częściej narzekają na pętający ich twórczy paraliż, to Europa wyrasta obecnie na bastion kina gatunku z prawdziwego zdarzenia. Trudno się zatem dziwić, że oczy wielbicieli horroru coraz częściej zwracają się w stronę Europy Wschodniej, oczekując na pojawienie się nowego talentu miary Polańskiego, Borowczyka czy Żuławskiego.

Ale czy w Polsce, kraju, w którym krytyka głównego nurtu, recenzując produkcje grozy wykazuje się elementarnym brakiem kompetencji, a filmy takich twórców, jak Mario Bava, Jörg Buttgereit czy Narciso Ibáñez Serrador są znane jedynie wąskiemu gronu wtajemniczonych wielbicieli, można mówić o kształtowaniu się jakichś zalążków kina gatunku? Moim zdaniem nie. Dopóki nie pojawi się kinofilska kultura gatunku, a wraz z nią nowi twórcy, dopóty będziemy skazani na kolejne klony "Hien" i "Pór mroku".

Na razie wizytówką polskiego horroru na Zachodzie nadal pozostaje na poły pornograficzny "Fantom Kiler" Romana Nowickiego stylizowany na włoskie horrory typu giallo. Szczęśliwie niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że Roman Nowicki to pseudonim… angielskiego reżysera Trevora Barleya. I niech tak zostanie – konkurencji na polskim horyzoncie chwilowo nie widać.

Ocena: 2-/6

Autor: flagg