Recenzja horroru

Plutonium Baby
Tytuł oryginalny:
Plutonium Baby
Reżyseria:
Ray Hirschman
Scenariusz:
Wayne Behar
Obsada:
Danny Guerra, Patrick Molloy, Mary Beth Pelshaw, Joe Viviani
Kraj:
USA
Rok produkcji:
1987
Czas trwania:
85 minut
Słowa nie potrafią w pełni oddać tego, jak nędzny jest ów dystrybuowany przez słynną amerykańską wytwórnie Troma horror. Oglądanie tej szmiry było dla mnie absolutną torturą, ale czego się nie robi z miłości do gatunku.
Fabuła jest cienka jak dupa węża, ale nic w tym dziwnego, bo scenariusz jest jedną wielką bzdurą. Grupa nastolatków spędzając czas w leśnej głuszy spotyka chłopca imieniem Danny. Jego matka była obiektem eksperymentu z promieniowaniem i po urodzeniu Danny'ego przemieniła się w odrażającego stwora. Ciągle grasuje po lesie mordując przy okazji nierozważnych turystów i obozowiczów. Niestety wkrótce zarówno ona jak i ojciec Danny'ego zostają zabici przez sługusów naukowca, który przeprowadził nieudany eksperyment, a teraz chce zatrzeć wszystkie ślady. Chłopcu udaje się uciec do Nowego Yorku, ale po 10 latach również i on przemienia się w plutonowego mutanta.
Zdaje sobie w pełni sprawę z tego, że horrory Tromy nie należą do najbardziej inteligentnych, ale tutaj twórcy wyraźnie postawili na ogłupienie widza. Do tego jeszcze idiotyczna fabuła ciągnie się jak glut z nosa, powodując szybkie znużenie oglądającego. Film obfituje w wiele dłużyzn (np.: żenująca scena aerobiku) i jest naprawdę trudny do przebrnięcia. Aktorstwo jest po prostu koszmarne, a efekty specjalne są niewiarygodnie kiepskie. Najbardziej uśmiałem się z radioaktywnych stworków przypominających króliki, które atakują i gryzą ludzi. Dawno nie widziałem takiej żenady! Nawet amatorskie sceny gore nie wyrwały mnie z odrętwienia spowodowanego oglądaniem tej kosmicznej chały. Szczytem idiotyzmu jest jednak scena, gdy jeden kretyn wkłada puszkę z piwem do beczki z materiałem radioaktywnym, po to aby je schłodzić.
Mogę się założyć, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie w stanie obejrzeć "Plutonium Baby" w całości bez zapadnięcia w letarg czy wyłączenia odbiornika po paru minutach projekcji. Żadna ziemska siła nie zmusi mnie do ponownego obejrzenia tej szmiry.