Recenzja horroru

Planet of the Vampires
Tytuł oryginalny:
Terrore nello spazio
Reżyseria:
Scenariusz:
Mario Bava, Alberto Bevilacqua, Callisto Cosulich, Antonio Roman, Rafael J. Salvia, Ib Melchior
Obsada:
Barry Sullivan, Norma Bengell, Angel Aranda, Evi Marandi, Stelio Candelli
Kraj:
Włochy, Hiszpania
Rok produkcji:
1965
Czas trwania:
86 min.






W 1950 roku niezależny producent George Pal zrealizował pionierskie dzieło science-fiction, które wprowadziło po wojnie film fantastyczno-naukowy na zupełnie nowe tory. "Destination Moon", bo o nim tu mowa, oparte na powieści Roberta A. Heinleina, zaproponowało nowe schematy fabularne i odważniej wdzierało się w otchłań kosmosu niźli wcześniejsze pozycje tego gatunku. Obraz wyprodukowany przez Pala odniósł niespodziewany sukces, skutkiem czego fala międzyplanetarnych wypraw i inwazji opanowała kino. Oczywiście Amerykanie w mnożeniu podobnie fantastycznych wizji byli niedoścignieni - niekoniecznie jakościowo, ale z pewnością ilościowo. Wystarczy wspomnieć "Phantom from Space" (1953), "Target Earth" (1954) czy rewelacyjne "Forbidden Planet" (1956). Jednak moda na kosmiczne opowieści szybko opanowała Europę i Japonię, które do panteonu SF wniosły tak klasyczne pozycje jak "Voyage to the End of the Universe" (Czechosłowacja 1963), "Battle in Outer Space" (Japonia 1959) i przede wszystkim "First Spaceship on Venus", znane nam jako "Milcząca gwiazda" (Polska/NRD 1960). W owym wspaniałym rozkwicie gatunku miały też swój udział Włochy, które złamały ugruntowany przez lata schemat podróży na obce planety, wprowadzając do niego elementy horroru. Wielokrotnie "groza" przybywała na Ziemię, lecz nigdy wcześniej nikt jej nie spotkał na obcym gruncie w tak czystej formie, jak bohaterowie "Planety wampirów".
W swej długoletniej karierze Mario Bava nakręcił ponad 35 filmów, lecz nie to zaświadcza o jego geniuszu, ale fakt, iż żaden nie był tak zły, by nie dało się go obejrzeć. Nawet tworząc dzieło przeciętne, udowadniał swój kunszt, czego najlepszym dowodem jest powstałe w 1971 roku "A Bay of Blood". Opływający w krwawe wydarzenia horror, mimo opieszałego tempa akcji i nielicznych dłużyzn, stał się solidnym fundamentem pod cały nurt slasherów. Podobnie ma się rzecz do "Planet of the Vampires", z tą subtelną różnicą, iż w tym wypadku mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym, odważę się nawet rzec ponadczasowym, które przetworzyło fantastykę-naukową na fantastykę grozy. Należy przy tym podkreślić, iż grozy absolutnej, gdyż u Bavy przeraża wszystko.
Nie uświadczymy tu gumowych potworów czy też robotów najnowszej generacji. Jest za to wszędobylskie uczucie osamotnienia, a nawet zesłania na tajemniczą planetę, której nieskończenie surowy krajobraz, większości śmiertelników najszybciej może skojarzyć się z piekłem. Do tego imponująca scenografia, uświadamiająca maleńkość istoty ludzkiej w obliczu własnej jak i obcej technologii. Potencjał, jaki włoski reżyser ujrzał w tendencyjnym, amerykańskim kinie SF początku lat 60-tych, do opowiadania przerażających historii, zauważyli w kilka lat później inni filmowi twórcy. Podążając w kierunku wyznaczonym przez Bave, Dan O’Bannon, późniejszy scenarzysta genialnego "Dead & Buried", tworzy historię, która na stałe wkracza do kanonu fantastyki. "Obcy – ósmy pasażer Nostromo", będący mrocznym połączeniem horroru i science-fiction, pociągnął za sobą szeroką lawinę naśladownictwa: "Inseminoid", "Forbidden World", "Creature", a nawet kultowe "Galaxy of Terror" Bruce’a D. Clarka. I pomimo, że wszystkie te tytuły inspirują się "Obcym", swe korzenie znajdują w "Planecie wampirów", co sprawny obserwator jest w stanie uchwycić. "Alien" Ridley’a Scotta odmienił gatunek, ale 14 lat wcześniej, tylko z mniejszą "pompą", zapoczątkował to Bava.
"Terrore nello spazio" powstało na motywach opowiadania Renato Pestriniero "One Night of 21 Hours", opublikowanego w magazynie "Interplanet". Pestriniero, czterokrotny laureat nagrody Italia (największa i najstarsza włoska nagroda za dokonania w dziedzinie SF i fantasy), szybko stał się liczącym w swej profesji artystą. Niestety poza jednym wyjątkiem, Włosi nie sięgali więcej po jego literaturę w celu adaptacji. Pozostaje zatem jedynie satysfakcja z efektu jaki uzyskał Mario Bava, w tym przypadku po raz pierwszy współpracujący ze swym synem Lamberto, jako asystentem reżysera. Wspólnie opowiadają historię dwóch bliźniaczych statków kosmicznych, "Argos" i "Galliot", które otrzymują tajemniczy sygnał z bezimiennej planety. W pobliżu celu "Galliot" znika, natomiast "Argos" na skutek silnego przyciągania, zmuszony jest lądować. Na powierzchni załogę ogarnia niekontrolowany szał, któremu w ostatniej chwili przeciwstawia się kapitan Mark Markary (w tej roli rewelacyjny Barry Sullivan). Kolejnym godzinom bezcelowych prób odpalenia "Argosa", towarzyszą zagadkowe zniknięcia i mnożące się z każdą chwilą niedomówienia wokół odnalezienia rakiety "Galliot". Wszystkie znaki na niebie wskazują na to, że rozbitkowie z przymusu, nie są na planecie sami.
W "Planecie wampirów" najważniejsza jest scenografia (film powstawał w legendarnym studio Cinecitta), która, mimo, iż nie odcina się całkowicie od schematów amerykańskiego filmu science-fiction ze swego złotego okresu, wyrażona jest na ekranie w zupełnie odmienny sposób. Jej głównym celem nie jest fascynowanie, lecz szokowanie. Począwszy od imponujących rozmiarów "Argosa" i "Galliota", na niezidentyfikowanym wraku, odnalezionym w czasie penetracji planety, skończywszy. Zbliżony zabieg zastosowano w "Obcym", wystarczy wspomnieć ładownię "Nostromo", w której żywot zakończył Harry Dean Stanton czy też pozostałości statku, z którego dobiegł sygnał alarmowy. Znaleziony tam gigantyczny szkielet przy sterach, nie był nowością, w "Terrore nello spazio" występuje podobny, tylko ujęty w żywsze barwy. U Ridley’a Scotta dominują ponure kolory, natomiast Bava pozostaje wierny swej sztuce malowania obrazu i podobnie jak z "Kill, Baby…Kill!" czy "Blood and Black Lace", również z "Planet of the Vampires" tworzy film absolutnie zapierający dech w piersiach od strony wizualnej. W całości poparty hipnotyzującymi kompozycjami Gino Marinuzzi Jr. Dalekie są one od tego, co tworzył chociażby Ronald Stein na potrzeby większości produkcji Cormana, szczególnie tych z pogranicza fantastyki. Marinuzzi komponuje utwory mroczne, w niektórych partiach (szczególnie w czołówce), przywodzące na myśl muzykę Jerry’ego Goldsmitha z pierwszej części sagi o Obcym.
UWAGA SPOILER!!! Jeśli nie oglądałeś filmu pomiń poniższy akapit!!!
Bava daleki był od popełniania space-opery. Jego bohaterowie nie zostają powołani do życia by przeżywać przygody, ale by walczyć o przetrwanie z silniejszym i sprytniejszym wrogiem. Podobnie jak w "Obcym" z istotami niemalże doskonałymi, również pasożytami, zdolnymi opanowywać ludzkie ciała. Prowokuje to cały szereg klasycznych rozwiązań, z którymi nie raz będziemy się spotykać w kinie lat 70-tych i 80-tych (np. "The Thing" Carpentera). Zaskakujące zdolności tymczasowych mieszkańców tajemniczej planety, którzy jak niełatwo się domyślić, podobnie jak Obcy, wytrzebili niejedną już rasę, wyjaśniają tytuł. Z jaką uwagą widz nie śledziłby fabuły, typowych wampirów w niej nie uświadczy. Jedynie kosmiczny gatunek, który podobnie jak dzieci nocy potrafi kontrolować ciało ofiary. Posiąść je i zużyć, by w niedługim czasie zawładnąć kolejnym, uzależniając od tego swój żywot. Prowadzi to nieuchronnie do ironicznego zakończenia, nawiązującego do chętnie podejmowanej w latach 50-tych tematyki inwazji.
KONIEC SPOILERA!!!
Nim zdecydowano się na tytuł "Planet of the Vampires", obraz Bavy miał ponad 15 innych. Do tej pory spotkać go można choćby jako "Space Mutants", "Terror in Space", "Planet of the Damned" czy "The Haunted Planet". Ujmujący kolorystyką horror w sztafażu science-fiction, z porywającą scenografią, za którą odpowiedzialny był współpracujący przy "The Last Man on Earth", Georgio Giovannini. Wszystkie wspaniałe talenty pod przewodnictwem Mario Bavy, zaowocowały jednym z najlepszych dzieł w jego dorobku. Oczywiście z perspektywy czasu nie uniknie ono pewnych zarzutów, jednak nie z mojej strony. Za bardzo jestem pełen podziwu dla reżysera, który po raz kolejny w swej karierze, z tak wielką maestrią, wytyczył poprawny kierunek dla potomnych. Tajemnicza planeta, zdezorientowana załoga, nieznany przeciwnik, a to wszystko w dalekim kosmosie, gdzie "nikt nie usłyszy twego krzyku".