Recenzja horroru

Piranha 3D (Pirania 3D)
Tytuł oryginalny:
Piranha 3D
Reżyseria:
Alexandre Aja
Scenariusz:
Peter Goldfinger, Josh Stolberg
Obsada:
Richard Dreyfuss, Ving Rhames, Elisabeth Shue, Christopher Lloyd
Kraj:
USA
Rok produkcji:
2010
Czas trwania:
88 minut






Kariera Aleksandre Aji potoczyła się błyskawicznie. Brawurowy debiut zyskał uznanie fanów gatunku oraz zebrał pozytywne opinie wśród recenzentów. Od razu przyciągnął też uwagę amerykańskich producentów, którzy bez wahania postanowili wykorzystać potencjał francuskiego reżysera. I tak hollywoodzka machina wessała młodego twórcę, który jak wielu przed nim nie miał żadnych wątpliwości, że to jedyna słuszna droga, którą powinien iść. Tyle że bezduszny amerykański przemysł filmowy zaoferował pieniądze i możliwości, a wyprał z twórczego podejścia do sztuki filmowej. W efekcie, z obiecującego reżysera tzw. francuskiej nowej fali, Aja przeistoczył się w człowieka do wynajęcia, który może przyjąć na siebie ciężar realizacji remake’ów i adaptacji. Trochę szkoda patrzeć jak "Pirania 3D" staje się kolejnym krokiem w karierze reżysera do osiągnięcia statusu króla recyklingu.
Co prawda Francuz nie realizuje bezpośrednich, dokładnych przeróbek wcześniejszych filmów, bo jego kolejne dzieła można traktować również jako samodzielne twory, jednak ich źródłem są wcześniejsze dokonania. Można się sprzeczać na ile są to własne pomysły oparte na pewnym punkcie wyjściowym, na ile podkradanie pewnych idei w celu zaadaptowania ich do potrzeb współczesnego widza z zamiarem czysto komercyjnym, jednak trzy ostatnie filmy zawsze będzie się rozpatrywać w kontekście ich oryginalnych wersji. Z "Piranią 3D" jest identycznie: nie da się o niej pisać bez wspominania choć słowem do "Piranią" z 1978 r. w reżyserii Joe Dantego, z którym to film Aji, poza ogólnym tonem, głównymi "bohaterami" oraz pewnymi detalami, nie ma nic wspólnego. "Pirania" AD 2010 to historia, w której w wyniku podwodnego wybuchu do jeziora przedostają się prastare wygłodniałe piranie, które po setkach lat kanibalistycznych praktyk w końcu mają okazję na zmianę menu. Dodatkowo, zbliżający się okres wakacyjny oraz tradycyjna coroczna impreza, na którą zjeżdża się cała masa młodych ludzi, dają gwarancję smakowitej uczty.
Film został zrealizowany w 3D, jednak Aja nie dał się całkowicie poddać nowoczesnej technice, co odróżnia go od kilku innych twórców horrorów tego typu (Patrick Lussier i jego "My Bloody Valentine 3D"). Podobnie jak w pozostałych produkcjach nie da się uciec od charakterystycznych ujęć nakręconych specjalnie pod kątem tej techniki, stąd kilka dodatków, które wydają się zbędne dla fabuły, a stanowią jedynie uatrakcyjnienie widowiska, ale na szczęście nie ma tego zbyt wiele i nie przeszkadza to w odbiorze całości. Dzięki temu odbiór "Piranii 3D" w wersji uboższej o jedno "D" byłby bardzo podobny, jak przy oglądaniu go przez specjalne okulary. Swoją drogą Aja podkreślał w jednym z wywiadów, że projekt pierwotnie miał być jako klasyczna pozycja dwuwymiarowa. Dopiero podczas pisania scenariusza i pod wpływem informacji odnośnie realizacji "Awatara" pojawiła się idea dodania jednego wymiaru ekstra.
O ile jednak wymogami techniki 3D można wytłumaczyć niektóre zbędne lub nieco nietrafione sceny, to z pewnością nie należy tego odnosić do wszystkiego co oglądamy. Są fragmenty, dla których uzasadnienie z pewnością istnieje (trochę golizny zawsze jest cennym uatrakcyjnieniem), ale w kontekście całego filmu stają się one przypadkowe lub całkowicie niepotrzebne. Z zażenowaniem oglądałem np. jak jedna z piranii wypluwa nagryzionego penisa reżysera filmów porno. Niby drobiazg, który w jakiś sposób miał rozluźniać atmosferę, ale bardzo chybiony, nawet w sali kinowej nikt jakoś się nie ubawił. Warto też zwrócić uwagę na styl filmowania ataków samych piranii, które są prezentowane w dość dynamiczny, ale zarazem chaotyczny sposób, tak że praktycznie nic nie widać na ekranie. Rozumiem, że to miało oddawać sposób ich zachowania, niemniej przydałoby się trochę więcej przejrzystości, zamiast takiego bałaganu.
Przechwałki reżysera, że "Pirania 3D" jest jednym z najbardziej krwawych horrorów w dziejach kina, są nieco na wyrost, ale nie są wcale takie bezpodstawne. Faktycznie, taśma filmowa jest silnie przesiąknięta juchą, która bryzga na lewo i prawo, a czerwień jest dominującym kolorem drugiej części filmu. Ogryzione do kości ciała, zmasakrowane zwłoki oraz morze krwi podczas kulminacyjnego punktu młodzieżowej imprezy potwierdzają, podobnie jak w przypadku jego wcześniejszych filmów, że Aja nie bał się zaserwować iście potwornej jatki, na jaką stać, poza drobnymi wyjątkami, niewielu twórców pracujących w Hollywood. Dał upust swojej wyobraźni, aby przez blisko 20 minut zapewnić nieco perwersyjnej radości widzom lubiącym się potaplać w świeżej i gorącej krwi. Pokazuje przy tym bez skrępowania wszystko z dużą dosłownością, tak więc widz może się przygotować na kilka zaskakujących momentów, w których prezentuje chociażby co może się przytrafić osobie, której długie włosy zaplączą się w śrubę motorówki. Spośród ofiar wyłowić można Eli Rotha, reżysera obu części "Hotelu", który wcielił się w rolę jurora konkursu miss mokrego podkoszulka dosłownie tracącego głowę w krytycznym momencie. Realistyczne i perfekcyjne wykonanie efektów gore to zasługa specjalistów z ekipy KNB, którzy w dziedzinie okaleczania i mordowania bliźnich na filmowym ekranie doszli do absolutnego mistrzostwa. Trzeba przyznać, że pomysłowością niektórych scen uśmiercania ofiar oraz ich wykonaniem reżyser może się śmiało chwalić, tyle że jest to jedna z niewielu rzeczy, która zostaje w głowie po seansie. W tym miejscu należy się również słowo o samych piraniach: przez większość ekranowego czasu są przed widzem ukrywane, co wydaje się słusznym rozwiązaniem, jeśli chodzi o trzymanie widza w niepewności co do ich wyglądu. Zwłaszcza, że potwory wygenerowane za pośrednictwem CGI, jakkolwiek rewelacyjne by nie były i jak trudne do wykonania by nie były (tak jak w tym przypadku), nigdy nie zrobią, przynajmniej na mnie, takiego samego wrażania, jak wykonane tradycyjnymi, nazwijmy to pozakomputerowymi, metodami.
Wspomniany wyżej Eli Roth nie jest bynajmniej jedynym "rodzynkiem", na którego warto zwrócić uwagę podczas seansu. Co prawda w zamierzeniu w filmie miało się pojawić wiele epizodycznych rólek m.in. Jamesa Camerona i Joe Dante, jednak z różnych przyczyn nigdy do tego nie doszło i ostatecznie skończyło się tylko na jeszcze jednym cameo. W początkowych scenach filmu obserwujemy starego, styranego życiem rybaka, który staje się pierwszym pokarmem krwiożerczych piranii. To nie kto inny jak Richard Dreyfuss, oceanolog znany fanom animal attack i nie tylko ze "Szczęk". To oczywiste nawiązanie do słynnego filmu doskonale odzwierciedla intencje Aji, dla którego "Pirania 3D" miała być czymś na kształt "Szczęk" dla nowego pokolenia kinomanów. Jednak nie ma na to żadnych szans. Francuski reżyser nie jest drugim Spielbergiem, stąd mierzenie się z legendą kina od początku było skazane na niepowodzenie (z tego też pewnie powodu nikt nie zdecydował się kręcić nowej wersji klasyka z rekinem). Jak nie tonę w zachwytach nad twórczością tego drugiego i jego stylem to jednak trzeba mu oddać, że urodził się z kamerą w ręku. Aja nie ma tyle kunsztu by odpowiedzieć dobrze historię, nie potrafi wywołać takich głębokich emocji, nie jest w stanie wykreować takiego suspensu czy uczucia autentycznej paniki. Oczywiście przyświecał mu nieco inny cel: jego film miał trafić do widzów głównie za sprawą gore. I tu po raz kolejny potwierdza się stara teza, że najbardziej przeraża to czego nie widać. I nie jest tego w stanie zmienić nawet ekipa KNB.
"Piranha 3D" nigdy nie zbliży się ani do "Szczęk" ani nawet do filmu Dantego. To film pod popcorn, krwawy, a zarazem na tyle lekki w tonie m.in. dzięki elementom czarnego humoru, że stanowi czystą rozrywkę dla spragnionego juchy współczesnego, przeciętnego widza horroru, który z przyjemnością śledzi poczynania Pana Zagadki (sic!). Może i nie ma w tym nic złego, ale chyba w całej tej krwawej imprezie zabrakło nieco zwyczajnie dobrego kina oraz prawdziwego horroru, który ścisnąłby za gardło i nie pozwalał złapać tchu.