Recenzja horroru

Horror Pig Fucking Movie

Pig Fucking Movie

Tytuł oryginalny:

Vase de Noces

Reżyseria:

Thierry Zéno

Scenariusz:

Thierry Zéno, Dominique Garny

Obsada:

Dominique Garny

Kraj:

Belgia

Rok produkcji:

1974

Czas trwania:

82 minuty

Horror Vase de Noces - zdjęcie 1Horror Vase de Noces - zdjęcie 2Horror Vase de Noces - zdjęcie 3Horror Vase de Noces - zdjęcie 4Horror Vase de Noces - zdjęcie 5Horror Vase de Noces - zdjęcie 6

Lata 70-te przyniosły cały szereg filmów wywodzących się z nurtu kina artystycznego, których twórcy łamali niemalże każde tabu. Takie obrazy jak np.: "Eraserhead" Davida Lyncha, "Sweet Movie" Dusana Makavejewa , "Viva la Muerte" Fernando Arrabala czy wreszcie wzbudzające do dziś kontrowersje finałowe dzieło Piera Paolo Pasoliniego "Salo: The 120 Days of Sodom" szokowały i wzbudzały obyczajowe skandale, a widoczne rozluźnienie cenzury w światku filmowym tylko temu sprzyjało. Belgijski "The Pig Fucking Movie" wywołał spory szum na festiwalu w Cannes, ale przyniósł reżyserowi Thierry'emu Zéno tylko chwilowy rozgłos. Film ten szybko został zapomniany, co więcej wiedzą o nim zapewne jedynie fanatyczni zwolennicy kina transgresyjnego. Nie będę ukrywał, iż do obejrzenia "Vase de Noces" zaprowadziła mnie czysta ciekawość, chęć zobaczenia, jak daleko Zéno posunął się w przeniesieniu swoich dziwacznych (dla wielu mocno podszytych obłędem) wizji na ekran. Oj, posunął się bardzo daleko, powstał wszakże jeden z najbardziej odpychających i monotonnych filmów, jakie miałem wątpliwą przyjemność oglądać.

"The Pig Fucking Movie" otwiera scena, gdy farmer w średnim wieku (Dominique Garny) nakłada plastikowe główki lalek na łebki gołębiom. Taki przejaw dziwactwa to jeszcze nic wielkiego, gdyż wkrótce okaże się, że nasz bohater jest zoofilem pałającym miłością do swojej wielkiej maciory. Dwukrotnie widzimy, jak kopuluje ze świnią (raz w chlewie, a potem na świeżym powietrzu). Oprócz tego dogląda innych zwierząt hodowlanych (kur, wieprzy, kaczek, indyków), bez powodu bije w zawieszony na dachu dzwon (w czym wspomaga go jego ukochana maciora), zbiera odchody i wszelki brud do słoików oraz włóczy się bez celu po farmie. Gdy świnia rodzi trzy dorodne prosięta, farmer zabiera je od matki i szyje dla nich ubranka. Usiłuje również spożywać z nimi posiłek, ale prosiaki wyraźnie tęsknią za rodzicielką. Rozżalony mężczyzna decyduje się udusić wszystkie świnki, po czym wiesza je na sznurkach, by później umieścić truchła w słoikach. Maciora odnajduje swoje martwe dzieci, obwąchuje je i dotyka ryjem, a w chwilę potem umiera z rozpaczy. Po śmierci umiłowanej świni nieszczęśliwy farmer popada w coraz większe szaleństwo. Najpierw zaczyna się żywić własnym gównem i pić mocz z czajnika, a następnie wiesza się.

Czego tutaj nie ma? Zoofilia, zjadanie kup i innego brudu, grzebanie się w ekskrementach, zabijanie zwierząt - oto atrakcje, które czekają na spragnionego mocnych wrażeń widza. Niestety pomimo skrajnie ohydnej tematyki "Wedding Trough" cechuje się niewiarygodnie monotonnym tempem akcji. Za atut filmu na pewno można uznać całkowite wypaczenie, zniekształcenie rzeczywistości czy eksponowanie brzydoty, co przywodzi mi na myśl zwłaszcza futurologiczny horror Davida Lyncha "Eraserhead". Po fabule natomiast nie należy oczekiwać żadnego sensu, bowiem stanowi ona zlepek maniakalnych wizji powstałych w umysłach reżysera oraz scenarzysty. Nie mam pojęcia i zapewne nigdy nie wpadnę na to, co do cholery chciał przekazać Thierry Zéno kręcąc tak obleśny i udziwniony film. Czy chodziło tylko o żałosną prowokację czy może są tutaj zawarte jakieś głębsze treści, których moja jaźń nie potrafi objąć? A może Zéno chciał nakręcić artystyczny manifest dla ludzi, którzy posuwają świnie?

Słówko należy rzec o ścieżce dźwiękowej, która stanowi połączenie muzyki organowej, chorałów i odgłosów życia na farmie. Ów niecodzienny konglomerat naprawdę daje się we znaki i działa na nerwy, tym bardziej, że film jest zupełnie pozbawiony dialogów. Czarno - białe zdjęcia jeszcze silniej akcentują jego posępny, odrealniony klimat, a umiejscowienie akcji na opustoszałej, niszczejącej farmie, gdzie zamieszkuje jedynie farmer (czyżby ostatni żywy człowiek?) i jego zwierzęta być może stanowi komentarz reżysera odnośnie ludzkiej samotności. Jedno jest w stu procentach pewne: "The Pig Fucking Movie" należy się wysokie miejsce w hierarchii najbardziej dziwacznych, brudnych i obrzydliwych transgresji z lat 70-tych.

Ocena: 2+/6

Autor: Embalmer