Recenzja horroru

Horror Phenomena

Phenomena

Tytuł oryginalny:

Phenomena

Reżyseria:

Dario Argento

Scenariusz:

Dario Argento, Franco Ferrini

Obsada:

Jennifer Connelly, Daria Nicolodi, Donald Pleasence, Fiore Argento

Kraj:

Włochy

Rok produkcji:

1985

Czas trwania:

110 minut

Horror Phenomena - zdjęcie 1Horror Phenomena - zdjęcie 2Horror Phenomena - zdjęcie 3Horror Phenomena - zdjęcie 4Horror Phenomena - zdjęcie 5Horror Phenomena - zdjęcie 6

"Phenomena" jest dla mnie filmem szczególnym. Miałem bodajże 6-7 lat, kiedy obejrzałem ów horror na pirackiej kasecie video i był to dla mnie dziewiczy kontakt z włoskim kinem grozy. Wywarł na mnie wówczas niezatarte wrażenie, a niektóre sceny (dekapitacja nad wodospadem, kąpiel w basenie pełnym larw i toczonych przez nie ciał) utkwiły w mej pamięci na bardzo długi czas i nie dały się z niej wymazać. Pamiętam doskonale, iż była to 83-minutowa wersja zatytułowana "Creepers", którą wprowadzono na amerykański rynek w 1985 roku. Obecnie wiem, że z pełnej 110-minutowej wersji wycięto masę dialogów oraz trzy sceny gore, co wydatnie przysłużyło się do znacznego zniekształcenia fabuły filmu, ale wtedy, jako dzieciak, omal nie umarłem ze strachu śledząc wydarzenia na ekranie. Nawet teraz, po blisko 20 latach od czasu pierwszego seansu, uważam "Phenomenę" za jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych horrorów w karierze maestro włoskiego kina grozy Dario Argento.

Film otwiera scena brutalnego morderstwa dokonanego na zagubionej duńskiej uczennicy nad spienionym górskim wodospadem. Dziewczyna zostaje dźgnięta w pierś nożyczkami, jej głowa uderza w szybę rozpryskując ją na setki kawałków, po czym tajemniczy morderca ucina jej głowę. Osiem i pół miesięcy później nastoletnia Jennifer Corvino (Jennifer Connelly) przybywa z USA do szwajcarskiej Transylwanii, aby rozpocząć naukę w tamtejszej akademii. Szybko staje się oczywiste, że potrafi się telepatycznie komunikować z wszelkiej maści insektami. Już pierwszej nocy Jennifer lunatykując staje się świadkiem morderstwa. Z opresji ratuje ją szympans i młoda dama trafia do domu profesora Johna McGregora (nieżyjący niestety weteran kina grozy Donald Pleasence, pamiętny doktor Loomis z "Halloween" Carpentera), sparaliżowanego entomologa, który pomaga organom ściagnia w poszukiwaniu nieuchwytnego mordercy. Oboje jednoczą siły próbując natrafić na jego ślad...

Czytałem bardzo wiele niepochlebnych opinii na temat ninejszego filmu. Pisane były zarówno przez maniakalnych wielbicieli twórczości Dario Argento, jak i przez osoby, które dopiero co zaczynają swą podróż w głąb włoskiego horroru. Filmowi zarzucano zbytnie skomplikowanie fabuły (z czym się absolutnie nie zgadzam) oraz natarczywe użycie kawałków heavy metalowych w soundtracku. Historia opowiedziana przez Argento wcale nie jest zawiła, a przewijają się w niej wątki samotności i dojrzewania. Zdaję sobie sprawę, iż nie każdy lubi heavy metal (w filmie usłyszymy utwory Iron Maiden, Andy Sex Gang czy Motorhead), ale moim skromnym zdaniem energetyczna muzyka doskonale współgra z szybkim tempem filmu. To samo dotyczy późniejszego giallo Argento "Opera".

Na pochwałę zasługuje przede wszystkim doskonała obsada. Donald Pleasence był świetnym i raczej niedocenionym aktorem. Jego profesor McGregor to wyrzutek na polu entomologii, który szybko zaprzyjaźnia się z Jennifer z uwagi na jej telepatyczny kontakt z owadami, a także ze względu na podobieństwo dziewczyny do zamordowanej Rity (jego współpracownicy). Daria Nicolodi, wieloletnia towarzyszka życia Dario Argento i pamiętna reporterka Gianna z mistrzowskiego giallo "Deep Red", wypada znakomicie jako demoniczna pani Bruckner. Aplauz należy się również młodziutkiej Jennifer Connelly (miała zaledwie 13 lat w trakcie realizacji filmu), bowiem zagrała rewelacyjnie. Sam Argento nie szczędził pochwał pod adresem Connelly chwaląc zwłaszcza jej instynkt aktorski.

Efekty specjalne za które odpowiadał Sergio Stivaletti robią wrażenie. I nawet nie chodzi mi tutaj o obrzydliwą scenę kąpieli Jennifer w basenie pełnym gnijących, toczonych przez robaki zwłok, ale konkretnie o inwazję much na budynek akademii. Co ciekawe, Stivaletti stworzył ją za pomocą ziarenek kawy. Film oferuje sporo makabry, w tym dwie cudowne sceny dekapitacji, ale nie jest tak oszałamiająco krwawy i brutalny jak "Tenebre" czy "Opera". Na fantastyczny soundtrack składają się natomiast wspomniane powyżej kawałki heavy metalowe oraz wpadający w ucho temat przewodni, pod którym podpisali się Claudio Simonetti, Massimo Morante i Fabio Pignatelli czyli muzycy grupy The Goblins.

Nie wypada nie wspomnieć o ostatnim akcie filmu, który jest absolutnie moim ulubionym, jeśli chodzi o całokształt twórczości Argento. Czego tu nie ma? Dziecięcy manekin, zasłonięte kotarami lustra, trujące pigułki i spowodowane nimi wymioty, larwy gnilne, basen pełen zwłok w daleko posuniętym stanie rozkładu, straszliwa deformacja oblicza, dekapitacja, szympans z brzytwą, itd. Finał "Phenomeny" jest niczym ekscytująca przejażdżka po upiornym domu strachów i u niejednego widza wyzwoli potężne pokłady adrenaliny.

Uogólniając, "Phenomena" bywa często klasyfikowana jako horror z kilkoma elementami reprezentatywnymi dla nurtu giallo, ale dla mnie jest to po prostu kliniczny przykład baśniowego kina grozy a la "Suspiria" i "The Company of Wolves", w którym Jennifer w bieli przypomina młodziutką Królewnę Śnieżkę. Zasiadając do oglądania warto zwrócić uwagę na ciekawe postacie, oryginalną fabułę oraz na przepiękną scenerię górskiej Szwajcarii. Co prawda, "Phenomena" nie odznacza się tak perfekcyjnym scenariuszem jak "Deep Red", ani nie jest tak przerażająca i wizualnie przepiękna jak "Suspiria" czy "Inferno", ale na pewno potrafi nie raz, nie dwa urzec czy zjeżyć włosy na głowie.

Ocena: 5+/6

Autor: Embalmer